2010
1 – 3 stycznia
„ Nad Wartą otulone białym puchem drzewa stoją ,
Wiatr lekko kołysze ich gałęzie „
Mamy nowiutki okrągły , bo 2010 roczek . Ciekawi jesteśmy co nam w darze przyniesie . Świetliście i puszyście na świecie . W pierwszych dniach stycznia nad Wartą lekka mgiełka , brunatne plamy kaczek na spokojnej wodzie , leniwie polatują śniegowe gwiazdki . Rozleniwieni i zmęczeni sylwestrowymi szaleństwami Poznaniacy drzemią w zaciszu ciepłych kanap . Ale nie Gosia – szefowa klubowej sekcji nordic walking , bo we własnej osobie kłusuje dzielnie po nadwarciańskim bulwarze raźno machając kijkami , aby nie gnuśnieć , aby nie stracić wspaniałej formy w ciepłych pieleszach , Gosia jako rasowy „ kijek ” twierdzi ( i trzeba jej wierzyć ) , że każda pora na walkingowanie jest dobra i nie ma złej pogody do maszerowania . Pozostali członkowie sekcji drżą ukradkiem popatrując na Gosię , „ no ta da nam wycisk i weźmie się ostro za trenowanie trzódki , aby nie stracić kondycji ”, a jako zodiakalny koziorożec dotrzyma , oj dotrzyma słowa .
4 stycznia
Z impetem ruszyli strzelcy , ponieważ zainaugurowano zajęcia w sekcji strzeleckiej . Jako pierwsze zgłosiły się : Ola i Zosia i chwyciwszy w dłonie strzelbę i pistolet oddały celne strzały
do tarczy komputerowego symulatora . Wieść niesie , że panowie także budzą się z drzemki . Jak dziewczyny będą intensywnie ćwiczyć , to będziemy mieć w klubie strzelczynie wyborowe .
Bingo , dziewczyny !
5 stycznia
Rozpoczęliśmy zajęcia z tańca towarzyskiego .
Na efekty będzie trzeba jeszcze poczekać ,
ale wytrwałość i praca
czyni mistrza .
8 stycznia
„ Walc , walc w białych muślinach ,
Walc , walc w perłach i cekinach
I łza zaplątana w rzęsie
I szept gorący – moje szczęście … „
Łaziki wszak nie tylko turystyką żyją . Część klubowiczów wzięła udział w zabawie karnawałowej zorganizowanej przez stowarzyszenie osób z dysfunkcją ruchu . Zabawa była przednia . Trwała bowiem nockę całą – od 19 do 3 rano . A jakie pląsy były , a jakie tanga upojne . Wszyscy przepięknie się bawili . I to tak pierwszorzędnie , że teraz chórem dopominają się – bis ! bis !
No , Kochany Zarządzie klubu , no , Szefie znamienity .
Vox noster, vox noster .
15 stycznia
„ Niewidzialni „
Kilkoro łazików udało się na premierę filmu dokumentalnego
oraz wystawę fotografii pt. „ Niewidzialni „ .
Spotkanie miało miejsce w Centrum Kultury Zamek .
Film jak i wystawa budzi wiele kontrowersji .
16 stycznia
„ Wokół pionu „
To nazwa wystawy rzeźb .
Twórcą przemyślnych postaci i przedmiotów jest Mariola Kalicka – rzeźbiarka zaprzyjaźniona z naszą biblioteką .
Wernisaż odbył się w galerii „ Radwan „
w pobliżu Poznańskiej Cytadeli .
5 lutego
Kolejny raz zebraliśmy się w Bibliotece Raczyńskich . Zarząd Klubu
przedstawił propozycje wyjazdów , rajdów oraz spotkań towarzyskich .
10 kwietnia
Nordic – walking szkolenie
Miało być wiosennie , radośnie , dziarsko i „ kijowo ” .
Nasz nordic – walkingowy szef – Gosia zarządziła kijkowe szkolenie ,
oczywiście na Harcerskiej Polanie. Z dumnym okrzykiem „ A kij ! ”
zgłosiliśmy się karnie i tutaj doszła nas wieść o katastrofie prezydenckiego samolotu . Szkolenie Gosia przeprowadziła , choć byliśmy przygnębieni
i w należnym skupieniu słuchaliśmy instrukcji i uwag dotyczących postawy
i sposobu pracy kijkami.
Są sytuacje , gdzie można tylko z szacunkiem pochylić głowy .
24 kwietnia
A kij !
Tym razem i pogoda i nastroje dopisały . Sekcja walkingowa z dumnym
okrzykiem „ A kij ! „ ruszyła na trasę Radojewo – Poznań . Zielono, mgliście
i przejrzyście . Z grupy wyłonili się liderzy i prawdziwi zawodnicy w osobach :
Pawła , Darka i Marcina . Następnie dzielnie tupał peleton pod bacznym
instruktorskim okiem Gosi i grupka outsiderów – spacerowiczów .
W sumie kondycyjnie nikt nie zawiódł , a to było najważniejsze .
Trasa sprawdzona , kondycja także , tylko tak dalej !
25 kwietnia
Tbilisi tylko dla przyjaciół
Na tę niecodzienną wystawę zostaliśmy zaproszeni przez pomysłodawcę
przedsięwzięcia p. Pawła Kamzę . Człowieka iście renesansowego .
Reżyser teatralny , dramaturg , scenograf ,fotografik .
Kinga Nettmann-Multanowska – teksty
Paweł Kamza – zdjęcia
Iwona Rosińska – Kurator
MUZEUM NARODOWE W POZNANIU
Miejsce: Muzeum Etnograficzne w Poznaniu , ul . Grobla 25
„Bierz i pij na zdrowie !
To moje wino domowej roboty.
Tylko dla przyjaciół!”.
Gruzja . Tbilisi . Świat wypleciony z przyjacielskich więzi niczym kosz
do zbioru winogron . Przyjaciele ! Ci ze szkoły , z podwórka , z pracy ,
przyjaciele brata i przyjaciele naszych przyjaciół . Przyjaźnie pieczętuje się
i utrwala przy stole . Po serii toastów i wielogodzinnej biesiadzie do domu
powracają „ przyjaciele ” .„ Megobari ” ( przyjaciel ) … już w samym słowie
zawarta jest cała głębia i zażyłość zawartej przy stole znajomości „ ten , który
jadł z nami z jednego talerza ” . Przyjaciele nie mają przed sobą tajemnic .
Żyją więc przy otwartych oknach . Dosłownie . Idąc latem ulicami starych
dzielnic Tbilisi można zaglądać do domów . Wielokrotnie zaintrygowana odgłosami dobiegającymi
z mieszkań , wspinałam się na palce , aby podejrzeć ćwiczącego gamy małego pianistę ,
kobietę przyrządzającą chaczapuri , wesołe
towarzystwo za stołem wiwatujące na cześć współbiesiadników pijących
braterskie wachtanguri . Nie było w tym wścibstwa , raczej chęć dowiedzenia
się , czym żyje miasto .W drewnianych ramach , niczym w oknach ,
na fotografiach Pawła Kamzy zawarte jest Tbilisi . Pani Kinga Nettmann –
Multanowska opowiadająca ze znawstwem i pasją o Tbilisi anglistka , doktor
nauk humanistycznych , lektor języka polskiego na Państwowym Kirgiskim
Uniwersytecie Narodowym w Biszkeku ( Kirgistan ) , pracownik Ambasady
RP w Tbilisi ( Gruzja ) , autorka i współautorka projektów i publikacji .
Dzieliła się z nami kaukaskimi zwyczajami i opowieściami o potrawach.
Dla mnie był to powrót po latach do zapomnianych smaków i kolorów ,
do gwiazd wiszących tuż nad tarasem i do zapierających dech widoków
„ ziemskiego raju ” .
2009
Kolejny rok – intrada
Faktograf , czyli klubowy Agrafek rozpoczyna kolejny rok kronikarskiej służby. Jaki to będzie rok, czas uchyli zasłony i łazikowy ludek ujawni swoją różnorodność.
Lidka opowiada – 25 stycznia
Lidka nasz rzecznik prasowy i attache kulturalny udzieliła wywiadu w „Sygnałach Świata”. Rzetelnie opowiedziała o dokonaniach i planach klubu na rok bieżący. Mówiła rzeczowo, bez ozdobników, choć Klub działający siłami społecznym ma się czym pochwalić.
„Przyjęcie dla głupca” – 28 stycznia
Licznie, ponieważ ponad 30 osób obejrzało to przedstawienie. Autor Francis Veber. Taki pozornie kankan i pióra na kapeluszu – Lekkie, łatwe i przyjemne – Niby komedia. A mi było smutno. Lubimy się śmiać, a powodów do uciechy rzeczywistość dostarcza codziennie bez liku. Czy polityka w naszym kraju nie przypomina “komedii pomyłek”, a skład kolejnych rządów – “komedii charakterów”?
Kłopot w tym, że gagi sytuacyjne, raczej żenują niż śmieszą. Na pewno jednak trudno o bardziej trafny tytuł. Fabuła Webera kojarzy się trochę z tekstami Woody’ego Allena. Główny bohater, Pierre Brochant ma piękną młodą żonę, opływa w dostatki, pija drogie wina i kolekcjonuje malarstwo W wolnych chwilach razem z przyjaciółmi organizuje niezwykłe przyjęcia – kolacje dla głupców. Gospodarze zapraszają na nie, nieświadomych niczego nieznajomych, których uznali za wyjątkowych przygłupów, a następnie przez cały wieczór bawią się ich kosztem. Przed jedną z imprez Pierre doznaje urazu kręgosłupa – wypada mu dysk, co unieruchamia go na kanapie. W drzwiach staje tymczasem kolejna ofiara – niepozorny Francis, rozwodnik, urzędnik, a prywatnie – maniak makiet popularnych obiektów, które własnoręcznie konstruuje z zapałek. Nieświadomy niczego François urządza głównemu bohaterowi prawdziwe piekło, jakby mszcząc się za jeszcze nie zaznane krzywdy.
Pobieżnie i powierzchownie zarysowane charaktery. Ich obecność potęgowała jedynie wrażenie pośpiechu, jakbyśmy wszyscy mieli za chwilę pognać do domu na rzeczywistą kolację przed telewizorem, w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku bycia na kulturalnej rozrywce. Morał (“zanim będziesz się z kogoś śmiał – pomyśl, kim sam jesteś”) sprawił, że poczułam się jak na widowni szkolnego teatrzyku. Dla mnie spektakl jest przykładem chałtury, której oby było na naszych scenach coraz mniej. Szkoda czasu.
Zebranie informacyjne – 30 stycznia
W ubiegłym roku został wybrany nowy zarząd klubu, który objawił plany klubowych atrakcji na bieżący sezon.
- dwutygodniowy turnus we Władysławowie : 6 – 20 VI
- spotkanie we Wieleniu : 24 VII – 1 VIII
- wyprawa poznawcza do stolicy : 22 – 28 VIII
- wycieczka-ucieczka –planowana w m-cu wrześniu.
Z imprez stałych w tym roku – jak zawsze – „Herbatki u Małgorzatki” .
Ponadto spotkamy się na:
- biesiadzie karnawałowej : 21 lutego
- spotkaniu wigilijnym : 19 grudnia
Oprócz tego tradycja rajdowa nie zaginie, bowiem w trzecią sobotę
lub niedzielę każdego miesiąca będziemy wędrować po urokliwych trasach
w okolicach Poznania.
Zarząd postanowił klubowiczów bardziej usportowić, stąd od stycznia zgłosił akces do Stowarzyszenia Sportowego Niewidomych „CROSS” .
Utworzone zostały cztery sekcje :
- turystyczna,
- strzelecka,
- pływacka,
- tańca sportowego.
Marzy się nam sekcja nordic – walking , czyli chodzenia z kijkami,
ale na rejestracje tej sekcji trzeba zaczekać aż CROSS do niej „dojrzeje”.
Jest to sympatyczna forma ruchu, także dla osób niewidomych i technicznie łatwa.
W związku z tym tłok się uczynił ogromny przy stolikach rejestratorek. Gosia otworzyła kantorek składkowy , a Kaja zapisywała chętnych na wypoczynek wielodniowy.
Lidka obdarzała planami imprez i informacjami , jaka impreza i za ile.
Bardzo udany początek.
Opowiedz mi co widzisz – 19 lutego
Filmy z audiodeskrypcją to wynalazek całkiem świeżej daty, przynajmniej „na żywo” w Poznaniu. Owszem, można je kupić lub wypożyczyć w Bibliotece PZN. Tutaj chodziło o zwykły kinowy seans. Na początek był to polski film Zanussiego „Serce na dłoni” wyświetlony w najstarszym kinie miasta [ponad 100 lat] Muza. Dwie sympatyczne panie czytały informacje uzupełniające typu: „spojrzał na niego” „Konstanty podaje klucz” „wsiada do samochodu”, „bogaty salon”. Te komunikaty doinformowywały niewidomych o przebiegu akcji niedostępnej wrażeniom dźwiękowym.
Po filmie przekazaliśmy opinie na temat audiodekrypcji. Pomysł świetny. Marzy się przynajmniej jedna sala kinowa z pętlą induktofoniczną i słuchawkami. Grupowanie niepełnosprawnych w jednym miejscu i czasie jest nie do przyjęcia, ponieważ nie wszyscy widzowie z należyta uwagą śledzą akcję. A trudno nieustannie uciszać głośnych i rozbawionych.
Karnawał w kościele – 21 lutego
Karnawałowa biesiada w kościele, no może nie w samej świątyni, ale w salce wynajętej za zgodą księdza-proboszcza, włodarza parafii w Starym Zegrzu. Odświętnie odziane łaziki , panie w złocistościach i aksamitach tłumnie
[49 osób] wczesnym popołudniem wkroczyli w skromne, choć sympatyczne progi parafialnego zaplecza.
Stoły przybrane zielonymi jednorazowymi obrusami, plastikowa zastawa i muzyka z laptopa. Nic to! Ważne, że atmosfera sympatyczna, jedzonko na wpół z cateringu, na wpół własnym przemysłem zrobione, tudzież napitki bezalkoholowe. I biada tym, którzy bezalkoholowe uczty i pląsy ganią jako jałowe i nudne. Zabawa trwała do późnych godzin nocnych. A jakie konkursy się odbyły, a jaka ochota w ich udziale!
Pod wodzą Lidki – naszego ministra kultury panie pokazały grację i wdzięk paradując z książkami na głowie, popisywały się także „słowiki” na wylosowanym tekście. Bezsprzecznie najbardziej podobała się Alusia śpiewająca do melodii „Wróć do Sorrento” tekst zaczerpnięty z brajlowskiej „Pochodni”.
Zmierzyły się także dwie drużyny w sztafecie wykazując talent do zespołowej pracy. Lucynka wygłosiła „wielce uczony” wykład o differentia specifica pomiędzy stanami cywilnymi w aspekcie różnic płci. [sic!] który to wywód został nagrodzony salwą śmiechu i niekłamanym aplauzem.
Na specjalne uznanie jak zawsze zasłużyło artystyczne małżeństwo Lidka i Paweł dając sympatyczną część artystyczną i do wspólnych śpiewów zachęcając.
A kuchnia . Kuchnia jak u kochanej mamci, a to za sprawą Kai, Ani, Gosi i Lucynki.
I ja tam byłam, fotki robiłam, aby ocalić od zapomnienia to co w nas najlepsze.
„Stifello” – 27 lutego
Niewielu członków gazikowej społeczności lubi operę, niemniej całkiem spora gromadka – 11 osób – zasiadła w pierwszych rzędach poznańskiej opery aby obejrzeć rzadko wystawiane dzieło. Giuseppe Verdiego, libretto: F. M. Piave, kierownictwo muzyczne:Eraldo Salmieri, scenografia:Izabela Kolka.
Obsada: Stifellio Sylwester Kostecki, Lina-Monika Mych, Stankar – Adam Szerszeń, Rafaello – Marek Szymański, Jorg – Rafał Korpik, Federico – Piotr Friebe, Dorotea – Magdalena Wilczyńska-Goś, Fritz –Ryszard Dłużewicz.
Ta mało znana opera Verdiego zadziwia: muzyką, która jest równie atrakcyjna jak w innych, najbardziej znanych dziełach tego kompozytora, oraz librettem, dotykającym rzadkiej w operach tematyki i w dodatku nie kończy się tragedią.
Dlaczego więc o “Stiffeliu” mało kto słyszał? W przewodniku operowym ani słowa. Brak popularności dzieła wynika zapewne z faktu, że opowiada o romansie żony pastora, a w XIX w. był to temat, którego nawet nie poruszano w rozmowach towarzyskich. Być może z tego względu opera została zapomniana.
Mnie podobała się Monika Mych jako Lina – niewierna żona Stiffelia, która już na początku akcji żałuje swojej chwili słabości. Silny głos o szlachetnej barwie wzrusza od samego początku: w akcie I, gdy żałuje zdrady, w III – gdy spowiada się mężowi. Przejmująco w finale brzmi jej modlitwa z chórem.
Atrakcyjnie obsadzona była też partia tytułowa. Sylwester Kostecki jako pastor Stiffelio przekonująco wcielił się w postać, którą miotają silne emocje. Z jednej strony zazdrość i gniew zdradzonego męża, a także chęć natychmiastowej zemsty. Z drugiej – pragnienie życia zgodnie ze słowami Chrystusa, za którym poszedł wybierając drogę kapłańską. W akcie II na cmentarzu Stiffelio w odruchu zazdrości chce zabić Raffaelego i wtedy słyszy słowa: “Pamiętaj, kim jesteś”. Tę jego walkę wewnętrzną podkreśla wyjątkowa scenografia – wizualizacje typu memento.
Także realizatorzy postawili na wierność epoce. Nawiązują do niej kostiumy, symbolicznie stara się też odnieść scenografia. Ciekawy był pomysł schodów. najpierw z powodzeniem udają wnętrze zamku hrabiego Stankara, a na koniec – kościoła, w którym Stiffelio spotyka się z wiernymi. To pomysłowy zabieg, współgrający z librettem i wyglądem postaci. Dalej jednak jest nieco dziwnie.
W II akcie Lina modli się na grobie swojej matki. To cmentarz, na którym pomniki mają kształt wielkiej dłoni albo bliżej nieokreślonej bryły. O ile w tym przypadku scenografię można jeszcze tłumaczyć walorami estetycznymi tej sceny, o tyle zupełnie niezrozumiała jest w finale. Stiffelio spotyka się z wiernymi, czyta im fragment Biblii – przypowieść o cudzołożnicy. Na koniec, tak jak Jezus, zwraca się do ludzi: “Kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamieniem”. Zdrada Liny zostaje jej przebaczona. “Bo tak mówi Bóg”.
Przy realistycznym podejściu do dzieła Verdiego, w takiej scenie adekwatny byłby symbol Boga, w którego tak bardzo wierzy Stiffelio i jego lud. Tymczasem oglądamy coś bardzo atrakcyjnego wizualnie, ale kojarzącego się raczej z wnętrzem jakiejś pogańskiej świątyni słońca. Chyba, że światło to emanacja przebaczenia.
Ale dość wybrzydzania Faktografku!
Czas na wiosnę czas – 8 marca
Ani się spostrzeżemy jak pączki na drzewach pękną i trawka się zazieleni i trzeba będzie na trasy ruszać. Paweł z Gosią pojechali do Władysławowa dopatrzeć nasz czerwcowy wyraj a sekcja kijkowa skrzyknęła się na marsz. Wprawdzie na szlakach i drożynach jeszcze błotko i kałuże, lecz na Cytadeli tyle ścieżek znakomitych. Sprawa ważna i poważna, ponieważ chodzi o to aby nordic-walking był dostępny dla niewidomych. Przetrenowaliśmy solidnie Zbyszka, bo też z ociemniałych tylko on i Paweł są entuzjastami kijkowych radości. Pozostali nordicowcy to osoby niedowidzące, a więc pracujące samodzielnie. Trening wypadł pomyślnie i zadowolony Zbyszek obdarzył trzy trenerki uśmiechem numer 6, kwiatkami i słodkim co nieco, odgrażając się, że na szlaku da nam „do wiwatu” Trzymamy za kijki, ups…. za słowo.
Kiedy świat był młody – 15 marca
Spektakl Pawła Kamzy “Kiedy świat był młody” inspirowany historią powstania wielkopolskiego zobaczyliśmy w Malarni Teatru Polskiego.
Było o powstaniu wielkopolskim, ale całkiem inaczej. – „To bardziej spektakl o Macie Hari niż generale Taczaku” – mówiła Joanna Nowak, wicedyrektor Teatru Polskiego podczas konferencji prasowej zapowiadającej wydarzenie.
“Kiedy świat był młody” to przede wszystkim historia o miłości, zdradzie, namiętnościach z aferą szpiegowską w tle. Podszyta historią powstania.
Reżyserem i autorem scenariusza jest Paweł Kamza, reżyser teatralny, dramaturg, scenograf i osoba słabowidząca, częsty gość „Sygnałów Świata”. Na pomysł spektaklu o powstaniu wpadł na długo, zanim Teatr Polski zwrócił się do niego z taką propozycją: – „Mój dziadek był powstańcem wielkopolskim. Mój wuj z kolei w tym samym czasie wolał spędzać czas w lokalach. I właśnie te dwa podejścia do powstania postanowiłem zderzyć w moim spektaklu. Nie interesuje mnie historia powstania sama w sobie, ale ludzie, którzy pod koniec 1918 r. po raz kolejny stracili grunt pod nogami” – tłumaczy.
Jednym z bohaterów spektaklu jest Dezerter, którego gra Łukasz Chrzuszcz. Chłopak z wojennych okopów wraca do domu. A tam słyszy, że znów ma chwycić za broń… Ironia, czy wyznacznik polskiej historii?
Po świętych śladach – 18 marca
Jola i s. Lidka pielgrzymkowym szlakiem zawędrowały do Ziemi Świętej, czyli do Izraela. O swoich wrażeniach opowiedziały przy herbatce u Małgorzatki. Zwiedziły miejsca znane z Biblii i literatury. Turystów plaga i raczej trudno o duchowe przeżycie. Ale Morze Martwe jest nadal gorzkie i słone a nad Jeziorem Tyberiadzkim nadal pięknie zachodzi słońce.
Film o ks. Jerzym – 26 marca
Rekordową liczbę biletów – 57 – zakupiły łaziki na film o księdzu Jerzym Popiełuszce. Jak każdy film biograficzny dotykający tragicznych momentów naszej historii, obraz budzi namiętne dyskusje, choć film jest oceniany pozytywnie. Dla łazików, to żywa i osobista historia, czas, który odmierzali w codziennych sprawach, nadziejach, lekach i niepokojach. To też film miała tutaj charakter emocjonalnego współbrzmienia.
Nominowana
Nie pytaj co możesz otrzymać od ludzi, ale co ty możesz im dać. Tej oczywistej prawdzie wierna jest od lat Lidka, która nie szukając poklasku ani zysku jest obecna dokładnie tam, gdzie jest potrzebna. Nie tylko wydatnie pomaga Pawłowi w szarej krzątaninie wokół spraw klubu. Cała otoczka dokumentacyjno-informacyjna to jej dzieło. Lidka to nasz attache kulturalny i rzecznik prasowy. Podobnie jak Paweł – prosi, przekonuje i kokietuje sponsorów, pisze stosowne wystąpienia i aplikacje aby zdobyć chociaż trochę pieniędzy na nasze potrzeby.
To jej zawdzięczamy programy rozrywkowe na naszych imprezach, I nie tylko. Lidka pomaga jako opiekun a ma ku temu kwalifikacje, troszczy się o nas dbając czy wszystkim jest dobrze.
I jak tu nie doceniać tyle serca. W tajemnicy wysłaliśmy jej kandydaturę do plebiscytu na niepełnosprawnego o wielkim sercu. I choć w tym roku kapituła doceniła bardziej spektakularne dokonania, – a to punkt zatrudniajacy niepełnosprawnych a to siłownia dla nich, – to jesteśmy przekonani, że w roku następnym jej taka zwykła bez fanfar i wielkich słów praca być może zostanie dostrzeżona i uhonorowana uznaniem.
Wiosenny rajd – 4 kwietnia
Wiosna na dobre rozgościła się w okolicach. Słoneczko prawie letnie, niebo lazurowe jak na Capri. Pora na odświeżenie ubiegłorocznych dróżek. Jedziemy sporą gromadką [23 osoby] do Biskupic aby pomaszerować polnymi traktami do Tuczna.
Droga, wierzba sadzona wśród zielonej łąki,
Na której pierwsze jaskry żółcieją i mlecze.
Pośród wierzb po kamieniach wąska struga ciecze,
A pod niebem wysoko śpiewają skowronki.
Wśród tej łąki wilgotnej od porannej rosy,…….
Idą sobie radośnie łaziki kontemplując zielone warkocze wierzb pochylonych puszystą mgiełkę drobnych liści na drzewach i mrugające z przydrożnych niw złote mlecze.
Na trasie Paweł i Zbyszek testują nowy wynalazek kijkowy, czyli uprząż. W przenośni i dosłownie przewodnik niewidomego ma na ramionach paski od plecaka do których zamontowane są elastyczne linki przymocowane karabińczykami do pasa osoby niewidomej. Takie oprzyrządowanie sprawdza się znakomicie, ponieważ pozwala na synchronizację kroków i daje partnerom swobodę ruchu. Halinka i Jola także są zadowolone z takiej formy współpracy z przewodnikiem. Postanawiamy przeprowadzić jeszcze kilka prób w zróżnicowanym terenie aby pomysł ostatecznie opatentować.
Rajd tradycyjnie kończymy obiadkiem w Tucznie i zaliczywszy 11 km tuptania wracamy autobusem do Poznania.
Wio kijniku! – 5 kwietnia
To nie chochlik psotnego Worda, ale mały neologizm, skoro jest koniku, dlaczego nie może być „kijniku”? Paweł wyraźnie czuje niedosyt kijkowania i skrzykuje 5 osób na dalsze testy uprzęży. Tym razem jedziemy do Radajewa. Teren nieco zróżnicowany jeśli chodzi o poziom, szlak mało uczęszczany co pozwala na rozwinięcie tempa dwójek. Paweł i Gosia w tej konkurencji są niekwestionowanymi talentami. Zasapana Marysia ledwo za nimi nadąża. W końcu ustalamy, że w przyszłości Zbyszka przejmie bardziej sprawny pilot.
Na trasie spotyka nas pierwsza niespodzianka. Stado pięknych trójkolorowych piesków rasy basset. Rozbrykane, dwoiły się i troiły, dokazywały wesoło powiewając ogonkami niczym chusteczkami. Okazało się, że ich właściciele robią na tej trasie spotkania dając pupilom okazję do pobiegania i nabrania kondycji.
Przed zakończeniem trasy nastepna niespodzianka. Mijając dwóch starszych panów zajętych około samochodu usłyszeliśmy okrzyk pełen zadziwienia i entuzjazmu – „Tej, patrz, babcia ciągnie dziadka”
I czy nie warto uprawiać nordic walking?
Lany Poniedziałek – 13 kwietnia
Tego jeszcze nie było aby klubowa sekcja tak gorliwie pracowała. Gdy większość rodaków czciła jajeczko i kiełbaskę, kijkowcy hajda na szlak. A sprawa była poważna. Nadal testujemy pracę w dwójkach, łącząc przyjemne z pożytecznym. Trasa przyjazna z Radajewa do Poznania. Zaliczamy ją bez kłopotów. Zaglądamy także na Łowisko. Jest to zespół stawów hodowlanych, w których wędkarze moczą nieco inne kije. Cisza i spokój. Można posiedzieć, pogrzać się słonku, posłuchać ptaszków i mruczenia źródełka. Szkoda, że zakątek zaśmiecony i zaniedbany. Widocznie ludzie nie potrafią inaczej funkcjonować, tylko w tonach puszek i plastikowych butelek.
Odkrywanie trasy – 16 kwietnia
Kiedy drzewa na wiosnę zakwitną,
Klon też kwitnie choć starym już był.
I choć jesteś stworzeniem osiadłym,
Zdobądź kijki, maszeruj co sił.
Maszerować co sił,
Choćbym starym już był?
Właśnie tak, co wyjaśniać ci mam.
Tajemnicę tę znasz
Każdy młodą ma twarz.
W naszym Klubie co młody jest sam.
Dobrym zwyczajem postanowiliśmy sprawdzić trasę rajdu z Murowanej Gośliny do Tuczna. Wszystko zaczęło się znakomicie. W Murowanej Goślinie znaleźliśmy szlak rowerowy R2 i raźno ruszyliśmy między zabudowaniami wielce piaszczystą drogą. Ale cóż to by była za trasa gdyby nie było niespodzianek. Nasz szlak zaczął się gubić, owszem pełno większych i mniejszych dróżek bez jakichkolwiek oznaczeń. Zaczęliśmy wędrować na tzw. nos. Wreszcie spotkaliśmy grupę studentów wydziału leśnego, ale i oni nie byli zorientowani jak dojść do Tuczna. Minęliśmy uroczy klejnocik leśnego jeziorka i wybraliśmy najbardziej uczęszczaną, najszerszą drogę i solidnie zmęczeni dobrnęliśmy do… Kicina – miejscowości sporo od Tuczna oddalonej. W efekcie radosnej eksploracji zamiast planowanych 13 km zrobiliśmy 23. Gdy dotarliśmy na przystanek autobusowy mieliśmy lekko ogłupiałe miny, nogi z waty a Zbyszek olbrzymi pęcherz na pięcie i to w bardzo wygodnych adidasach. Ale eksploracja udana, wręcz wspaniała.
Na wszelki wypadek Paweł i Kaja uprosili Filipa aby samochodem sprawdził z nimi szlak. Nie można narażać ludzi na niepewną trasę.
Rajd – 19 kwietnia
Na rajd stawiło się 17 wytrawnych piechurów. Odpadł Zbyszek [z powodu rzeczonego pęcherza na pięcie] i Marysia, która lojalnie pozostała z małżonkiem. Tym razem prawidłowa trasa z Murowanej Gośliny do Tuczna wyniesie 13 km. Potem zasłużony obiadek i o 16 powrót do Poznania.
„Kolacja na cztery ręce” – 24 kwietnia
Sztukę „Kolacja na cztery ręce” wyreżyserował w Teatrze Nowym w Poznaniu znany aktor i reżyser filmowy Olaf Lubaszenko a została napisana w 1984 roku przez niemieckiego muzykologa Paula Barza (ur. 1941), autora wielu książek o muzyce baroku, w tym monografii poświęconych Bachowi i Haendlowi.
I z tego też powodu jest osadzona w prawdopodobnych realiach sytuacyjnych. Autor przedstawił w bardzo intrygujący sposób zderzenie kultury wysokiej, reprezentowanej przez J. S. Bacha, z ówczesnym show biznesem, uosabianym przez F. Haendla. W niemieckim oryginale sztuka została opatrzona podtytułem „możliwe spotkanie”, bowiem opowiada historię spotkania Bacha i Haendla w zajeździe a więc przy jedzeniu trunkach i oczywiście muzyce. Wizyta Jana Sebastiana przekształca się w żywiołowy i nierozstrzygnięty pojedynek między kompozytorami. I choć postać F Haendla została pociągnięta – moim zdaniem – zbyt grubą kreską, to w ostateczności ten pozorny zwycięzca, sybaryta i ulubieniec życia okazuje się być pełen lęków i niepewności. A skromny kantor od św. Tomasza pokazuje lwi pazur.
W poznańskiej inscenizacji Jana Sebastiana Bacha zagrał Witold Dębicki, Jerzego Fryderyka Haendla – Mariusz Sabiniewicz, a Mirosław Kropielnicki wcielił się w postać sługi i przyjaciela Haendla, Jana Krzysztofa Schmidta.
Spektakl mądry i naszej 17 osobowej grupie sprawił wiele radości.
Majówka weekendowa wędrówka – 1 i 3 maja
Natura zachłysnęła się zielenią i zamarła w oczekiwaniu deszczu. Pyliście i gorąco. Słupy kurzu tańczą na polnych drogach. Ale dusznym mieście jeszcze gorzej. Trzeba ruszać w drogę, choćby tę pylistą. 34 klubowiczów zrobiło „ustawiony” zajazd na zaprzyjaźniony dworek w budowie. p.p Eli i Jana. Zawładnęliśmy autobus do Owińsk a potem kilkukilometrowy spacerek do wsi Potasz. Droga zielona, choć wielce monotonna. Kilka bagiennych stawków, jakieś mokradło i dużo śmieci na trasie. Ech ukarze za to nas Matka Natura i to srogo. Gościnni gospodarze zaserwowali żurek z jajeczkiem i kiełbaską oraz pyszności owocowy placek. Odwdzięczyliśmy się pięknie śpiewając nie tylko nasze ulubione piosenki turystyczne, ale także nostalgiczne – pierwszomajowe „Niech w pochodzie jednoczy się młodość. Niechaj praca nas łączy i pieśń.”
A 3 Maja radośnie i świątecznie część grupy pojechała do Kórnika. Magnolie kwitną, bzy oszołamiająco pachną, żabki kumkają tak rozgłośnie i zapamietale, że tylko absolutny niewrażliwiec minie je obojętnie. Towarzyszący nam przewodnik interesująco opowiadał o arboretum, historii, ciekawych okazach flory i zwyczajach roślin. I tylko meszki za nic miały interesującą pogadankę tnąc nas zawzięcie po rękach i nosach.
Zapamiętali piechurzy w spiekocie i kurzu powędrowali z nieodłącznymi kijkami do Zieleńca. A ponieważ grupa była zgrana i wytrenowana pobito rekord przemarszu. Podejrzewam, że dopingiem były meszki i ich żarłoczna natura. A gdyby je opatentować jako naturalny środek dopingujący.
Kije – 10 maja
Entuzjaści Nordic Walkingu mają się całkiem kijowo. Tym razem ponownie nasza sympatyczna trasa z Radojewa, czyli lasem i polami 11 km. Nadal z zapałem testujemy pracę w dwójkach. Zastanawiamy się na rekordem Guinessa ilu też niewidomych kijkowców w tak zwanym wężu będzie mógł poprowadzić jeden przewodnik. Nie obyło się także bez gimnastyki pod czujnym okiem Gosi. Był to rasowy stretching z przyrządami. Całkiem sympatyczny zaprawa przed kolejnym rajdem.
Sprawdzanie trasy – 13 maja
Tym razem sprawdzamy trasę z Czerwonaka na Dziewiczą Górę i dalej do Owińsk. Trasa jest oznakowana niedbale, trzeba przedzierać się przez zarośla i pokonywać dość ostre podejścia. Musimy zrezygnować z tego szlaku ze względu na zróżnicowaną kondycję łazikowej braci. Na szczęście znajdujemy bardziej przyjazny szlak, wart starań i drobnego wysiłku.Samo wzniesienieliczy 143 mn.p.m, będzie więc miłą atrakcją, szczególnie jeśli pogoda dopisze i ukaże się panorama okolic Poznania. Zaglądamy także do Owińskiej restauracji o wdzięcznej nazwie „Jaśmin” ale niewdzięcznych cenach i dość niedbałym menu. Ceny zaporowe jak na kieszenie zwykłych turystów. Jednogłośna decyzja – Wyruszamy odwrotnie – z Owińsk, ponieważ w Czerwonaku knajpka okazuje się być zachęcająca cenowo i zestaw dań brzmi swojsko.
Sprawdzanie trasy – 19 maja
Pogoda służy wędrowcom, wiec z rozpędu sprawdzamy trasę rajdu zaplanowanego na lipiec. Tym razem trasa wiedzie z Owińsk do znanego i przyjaznego nam Tuczna. Droga wije się wśród leśnej zieleni a my ścigamy się ze smokami w postaci dwóch wielkich maszyn drogowych wytyczających rowerowy szlak. Och jaki żal, takie piękne śródleśnie dróżki zostaną ucywilizowane, poszerzone, wyrównane i oczywiście zawłaszczą je wszelkiej maści samochody z rykiem silników i spalinami. A teraz jest tak dobrze, zielono, roślinnie i tyle świergotu nie tylko z drzew, ale także z rosnących na poboczu krzewów. Trasa prawie cały czas biegnie leśnymi duktami. Szlaki poplątane nieco, ale bezkolizyjnie docieramy do Tuczna – 13 km. Najważniejsze, że przy rozsądnym dawkowaniu popasów i czasu przejścia łaziki nie odbiorą szlaku jako trudnego.
Rajd dziewiczy – 23 maja
Wędrujemy, a ściśle mówiąc jedziemy do Owińsk a następnie lasem, polem w kierunku najwyższego w tej okolicy wzniesienia o bogatej historii. Góra Dziewicza – najwyższe wzniesienie w Puszczy Zielonce, a zarazem drugi najwyższy szczyt w okolicach Poznania (po Górze Moraskiej) liczy 143 m n.p.m. Jest to urozmaicony kompleks leśny, bogaty pod względem przyrodniczym, z dużymi różnicami wysokości. Leży w paśmie środkowopoznańskiej moreny czołowej, 2 km na wschód od przełomowej doliny Warty.
W roku 1242 Dziewicza Góra wraz z okolicznymi włościami na mocy fundacji Przemysła I stała się własnością cysterek z Owińsk. Od nich pochodzi pierwotna nazwa góry: Wzniesienie pierwotnie nosiło nazwę Dziewcza Góra. którą przekształcona później na Dziewiczą Górę. Szczyt i jego otoczenie porośnięte są pięknymi lasami – drzewostany składają się z sosny i prawie wszystkich gatunków rodzimych drzew liściastych. W kilku partiach rosną wiekowe dęby o obwodach przeszło 4 m. Bardzo bogaty także jest świat roślin, zarówno leśnych jak i łąkowych, stepowych a nawet górskich. zaobserwowano tutaj występowanie ok. 700 gatunków roślin naczyniowych oraz ok. 130 gatunków mchów i wątrobowców. W lasach między Dziewiczą Górą a Czerwonakiem stwierdzono występowanie czerwca polskiego, owada żyjącego w korzeniach drzew, w średniowieczu hodowanego dla produkcji czerwonego barwnika. – stąd nazwa miejscowości. Przekazy głoszą, że w średniowieczu zapobiegliwe cysterki z Owińsk hodowały go właśnie na Dziewiczej Górze.
Po dużym pożarze w 1992 roku w którym spłonęło 250 ha Puszczy Zielonki postanowiono wzmocnić ochronę przeciwpożarową tego kompleksu leśnego. W 2005 roku na szczycie Dziewiczej Góry Nadleśnictwo Łopuchówko wybudowało przeciwpożarową wieżę obserwacyjną. Wieża służy również jako punkt widokowy turystom. Żelbetowa konstrukcja zasadza się na planie koła i ma 40 m wysokości. Poziom kabiny obserwacyjnej to 33 m, a pod nią na wysokości 30 m znajduje się taras widokowy z którego rozciąga się piękny widok na Poznań i okolice.
Amatorów podziwiania widoków, a raczej pokonania około 200 schodów tylko dwójka. Lidka pnąca się jak kozica i Agrafek sapiący na każdym półpiętrze niczym kowalski miech. Na tej wysokości wieje okrutnie i mgiełka nad Poznaniem.
Jeszcze obiadek w sympatycznej knajpce i powrót do Poznania.
Był to solidny spacerek
Wąchamy azalie – 24 maja
Kameralna grupka 10 osób melduje się na dworcu ratajskim. Pozostali rajdowicze nie „wydobrzeli” po sobotnich harcach. Nie spiesząc się obchodzimy kwitnące pola azalii. Piękne kolory i odcienie. Nieco tłumnie. Lubimy bardziej ustronne szlaki, ale bogactwo arboretum wynagradza wszelkie niedogodności tłumnego wyraju.
Koniec Polski, czyli Hel – 6 – 20 czerwca
Wiarygodny[no prawie!] opis naszych przygód doczekał się osobnego diariusza, stanowiącego załącznik do kroniki.
Na krańcu Polski.
Susza w Poznaniu, krajobraz prawie stepowy. Tęsknimy do wody, do dużej wody. A gdzie ją znajdziemy, jeśli nie w okolicach Helu i zatoka i otwarte morze i jeziora i las. Kaszuby wabią nas. Wszystko co się zamarzy turyście.
Dzień pierwszy – sobota – 06.06.
Grupa jest liczna – 38 osób i nader zróżnicowana kondycyjnie i wiekowo. Ale mamy wypróbowane, kompetencyjne cztery osoby kadry, która panuje nad sytuacją. Ponadto ambitne plany turystyczne i sportowe, ale nie uprzedzajmy wydarzeń.
Baza wypadowa – Władysławowo, pomarańczowo-zielony pensjonat „Patryk” przy wdzięcznie brzmiącej ulicy Trałowej. Jak przystało na miasto portowe mamy tu ulice z których nazw można złożyć kuter rybacki wraz z załogą i całkowitym wyposażeniem.
Lokujemy się i przydzielonych kajutach, ups… pokojach i schodzimy do kambuza na małe co nieco, oraz poznanie atrakcji przez kadrę zaplanowanych. A wygląda to bardzo poważnie : Kaja – odpowiada za turystykę, Gosia i Paweł za sprawy organizacyjne , a Lidka za rozrywkę.
Wobec tego zawiązuje się gimnastyczna ósemka, która pod opieka Kai codziennie będzie uprawiać poranne ćwiczenia.
Dzień drugi – niedziela – 07.06.
Niedziela zapowiada się mało atrakcyjnie, bowiem pogoda jest „przekropna”. Część łazików wędruje do kościoła, część zajmuje się ulubionymi niedzielnymi sprawami.
O godzinie 15 Kaja zaopatrzona w plan miasta zarządza spacer po Władysławowie, podając wiedzę w pigułce o jego dziejach.
Jak wynika z badań archeologicznych, pierwsi ludzie osiedlili się w tym miejscu ponad sześć tysięcy lat temu. Słowiańska osada powstała w początkowym okresie średniowiecza. Później, istniała tu wioska słowiańska – jedna z wielu na polskim wybrzeżu Bałtyku. W XIII w przyjęła ona nazwę Wielka Wieś. Jej przywilej lokacyjny pochodzi z roku 1376. Przywilej ten potwierdził w XVII wieku Władysław IV. To z jego osobą związany jest okres rozkwitu miasteczka. Król bowiem podjął decyzję o wybudowaniu portu morskiego. Pod kierownictwem królewskiego pomocnika wzniesiono potężną twierdzę. Jej długość wynosiła 300 m, a szerokość 150 m. Dodatkowym atutem były fosy i twarde, drewniane palisady. Sam monarcha zaszczycił swą obecnością obrońców fortecy. Wkrótce jednak sejm nakazał, aby załogę pościągać z murów, a po późniejszym sprzedaniu okrętów, twierdza przestała istnieć. Po I rozbiorze Polski, Władysławowo przeszło pod panowanie pruskie. Do Polski powróciło po I wojnie światowej. W połowie marca 1945 roku zostało wyzwolone spod okupacji hitlerowskiej. W latach pięćdziesiątych uzyskało status osiedla, a w kolejnej dekadzie – prawa miejskie. Dziś jest to jedno z najbardziej popularnych oraz tłocznych kąpielisk na polskim wybrzeżu Bałtyku. Wczasowicze doceniają tutejsze czyste, długie plaże i morskie powietrze, bogate w jod.
- Największy budynek we Władysławowie, to Dom Rybaka wybudowany w połowie lat 50-tych, jako hotel dla rybaków. Znajduje się końcu ulicy Generała Hallera (obok wesołego miasteczka) i obecnie jest siedzibą Urzędu Miasta. Mieści się tutaj także restauracja i charakterystyczna wysoka baszta z tarasem widokowym, z którego rozciąga się wspaniała panorama na Władysławowo, przylądek Rozewie, morze, Zatokę Pucką oraz Półwysep Helski.
Hallerówka – drewniany domek należący przed wojną do gen. Józefa Hallera, który wraz z rodziną mieszkał w nim podczas swoich wakacji. Dzięki staraniom Towarzystwa Przyjaciół Hallera mieści się tu Muzeum Generała Hallera, w którym pomieszczono niewielką ekspozycję poświeconą generałowi z cennymi pamiątkami po nim.
W domku obok – dawnej siedzibie adiutanta generała Hallera – Dworzańskiego, znalazło siedzibę Muzeum Przyrodnicze Nadmorskiego Parku Krajobrazowego – jedno z ładniejszych muzeów przyrodniczych na Pomorzu, pokazujące unikatową florę i faunę tego regionu.
Port we Władysławowie (położony nad otwartym morzem) jest jednym z najważniejszych portów rybackich na Bałtyku pod względem ilości wyładowywanej ryby, liczby obsługiwanych kutrów rybackich i wyposażenia. Oprócz wypełniania podstawowych funkcji (przetwórstwo ryb, fabryka lodu i mączki rybnej, stocznia remontowa) chętnie gości turystów, bowiem od maja do października cumują jachty sportowe i żaglowce. W porcie znajduje się morskie przejście graniczne dla turystów udających się do portów skandynawskich, litewskich i łotewskich.
W miesiącach letnich z portu pasażerskiego można wypłynąć statkiem w rejs po Bałtyku, co solennie sobie przyrzekliśmy. Port, a dokładnie zachodni falochron pełni rolę mola i i jest chętnie odwiedzany.
Dla upamiętnienia wielkich polskich sportowców na fragmencie promenady w 2000r powstała Aleja Gwiazd Sportu Obecnie promenada mieści 36 mosiężnych gwiazd wmurowanych w granitowe płyty, na których wygrawerowane są nazwiska sławnych polskich sportowców. Swoją gwiazdę posiadają tu m.in.: Irena Szewińska, Halina Konopacka, Kazimierz Deyna, Robert Korzeniowski, Andrzej Supron, Jerzy Kulej, Janusz Kusociński, Kazimierz Górski, Dariusz Michalczewski “Tiger” i wielu innych…
Czas wracać, ponieważ po kolacji zaplanowano wstępne zajęcia strzelania z broni długiej i krótkiej.
Dzień trzeci – poniedziałek – 08.06.
Wypad autobusem do Gdyni. Obowiązkowa trasa bazylika, Kamienna Góra, Wybrzeże z plejadą jednostek pływających.
A wieczorem po kolacji gościmy dwóch rutynowych przedstawicieli języka i folkloru kaszubskiego. Trochę gawęd, kilka zdań i piosenek w języku kaszubskim ze słynnym „Alfabetem”. Dostajemy szczyptę rybackiej tabaki aby należycie kichnąć. Rewanżujemy się gościom „Nadwarciańskim grodem” . Kończymy wieczór już we własnym gronie śpiewając turystycznie piosenki a głównie słuchając solowego występu Lidki, obdarzonej silnym głosem.
Dzień czwarty – wtorek – 09.06.
Wyprawiamy się do Kuźnicy Helskiej i dokonujemy podziału grupy na wytrawnych piechurów i spacerowiczów. Piechurzy – w tym miłośnicy nordic-walkingu maszerują brzegiem morza. Zdają egzamin kijkowe tandemy: Gosia i Paweł „PAGO” i Jurek i Zbyszek „ZIJ” Mamy w nogach około 14 km, zanim docieramy do celu.
Po kolacji uaktywnia się sekcja strzelecka.
Dzień piąty – środa – 10.06.
Pogoda znowu ponura i przekropna. Przejażdżka kutrem ma posmak sztormu. Wieje i kiwa. Samą przejażdżkę nazwaliśmy „wytknięciem nosa poza port” Ale dobre i to. Wilkami morskimi nie zostaliśmy.
Kilka osób podejmuje wspinaczkę na taras widokowy „Domu Rybaka”. A jest to wędrówka po 200 kręconych schodach. Ale widok roztaczający się na wszystkie strony świata wart jest trudu. Panorama wspaniała. Można ją podziwiać także przez lunetki stanowiące wyposażenie tarasu.
Sam port, choć nieduży, jest atrakcyjnie położony, zdobny w morskie akcesoria: koła ratunkowe, kotwice, makiety stateczków.
Wieczorem Attache Kulturalny – Lidka zarządza „miganą” miłą sercu Poznaniaków potańcówkę. Towarzystwo hula przy muzyce elektronicznej.
Dzień szósty – czwartek – 11.06. – Boże Ciało.
Święto wielkiej rangi, przeto dzień wolny od zajęć. Przez Władysławowo przetacza się burza z grzmotami i błyskawicami. Ale na osłodę otrzymujemy w darze wspaniała tęczę ginącą w granatowej tafli Bałtyku.
Po obiedzie chętni ćwiczą pracę z bronią długą i krótką.
Dzień siódmy – piątek – 12.06.
Znowu trzeba zmienić plan działania. Pada, pada i pada. Między prysznicem a siąpaniem mała przebieżka po plaży. Ale to tylko namiastka wędrówki. Kilka osób na wzór morsów postanawia skorzystać z dobrodziejstwa olimpijskiego basenu i wyprawia się do pływalni aby zrobić kilkadziesiąt solidnych okrążeń. Pozostali smęcą się przy oknach rozpłaszczając nosy na szybach.
Dzień ósmy – sobota – 13.06.
Nadal pada. Można się rozpłakać powiększając niebieskie łzy. Tylko wyborowi strzelcy ćwiczą laserowo i w goglach.
Po kolacji radosne tuptanie na miganej.
Dzień dziewiąty – niedziela – 14.06.
Wymodlona na niedzielnym nabożeństwie pogoda. Po obiedzie idziemy raźno do Wąwozu Chłapowskiego.
Chłapowo to leżąca tuż za Władysławowem wieś kaszubska, w której utrzymywano się z rolnictwa i rybołówstwa. Do dnia dzisiejszego zachowało się kilka starych chałup o konstrukcji szkieletowej. Zapewne w jednej z nich mieszkał urodzony w Chłapowie Augustyn Necel. Ten rybak i pisarz kaszubski, w takich opowiadaniach jak: “Kutry o czerwonych żaglach” czy “Okrętnicy spod nordowej gwiazdy”, opisał to co było historią tej części Pomorza i to co najistotniejsze dla mieszkających tu ludzi. Pewną ciekawostkę stanowi herb miejscowości. Biorąc pod uwagę twórczość pisarza i wykorzystując jego poetyckie określenia, mocno osadzone w tutejszej rzeczywistości i historii M. Adamczyk starał się upamiętnić je w herbie Chłapowa: w złoto-błękitnym polu tarczy, stylizowany, złoty kuter rybacki z czerwonym żaglem, w lewym górnym rogu tarczy, ośmioramienna błękitna gwiazda. Na burcie kutra napis “CHŁA”, a pod tarczą na złoto-błękitnej szarfie, data pierwszej pisanej wiadomości na temat Chłapowa.
Ziemia w okolicach tej ponadczasowej wioski kryje różne skarby. Począwszy od XIX wieku natrafiono we wsi na groby skrzynowe kultury wschodniopomorskiej. Cmentarzysko to pochodzi z wczesnego okresu żelaza (650-400 lat p.n.e). Wydobyto z niego m.in. popielnice, naczynia z gliny, szklane paciorki, ozdoby z bursztynu i wyroby z brązu. Innym bogactwem tej ziemi są złoża soli potasowej nadającej się jako nawóz dla rolnictwa.
Nadmorską część Chłapowa obejmuje Nadmorski Park Krajobrazowy o łącznej powierzchni 18 804 hektarów. Teren ten pozostając poza ingerencją człowieka stanowi w pełni naturalne środowisko. Chronione gatunki roślin i zwierząt, malownicze krajobrazy i wyjątkowy wąwóz to elementy dziewiczej przyrody, która nie zmieniła się od wieków. Największą atrakcją i najbardziej malowniczym zakątkiem Nadmorskiego Parku Krajobrazowego jest Wąwóz Chłapowski zwany przez Kaszubów Rudnikiem albo Rudnikowym Żłobem. Legenda głosi, że nazwa ta pochodzi od rudo-czerwonej ziemi, symbolu krwawej zasadzki zastawionej na Szwedów w 1655 roku (Potop Szwedzki). Zdaniem geologów Wąwóz powstał na skutek erozyjnej działalności wód spływających z Wysoczyzny do Bałtyku, a rdzawe zabarwienie ziemi powodują wysięki wód gruntowych o dużej zawartości związków żelaza. Spacerując malowniczą doliną możemy podziwiać piękno nienaruszonej przyrody oraz napotkane okazy fauny i flory, takie gatunki jak: rokitnik, dzwonek okrągłolistny, jałowiec, a żarnowiec miotlasty, którego żółte kwiaty przeplatane z kwiatami dzikiej róży nadają temu miejscu niezapomniany widok.
Główne wejście do Wąwozu znajduje się w centrum Chłapowa. Na całej jego długości są wytyczone ścieżki z pięknie wkomponowanymi ławeczkami, poręcznymi kładkami i schodkami ułatwiającymi spacer, czyniąc go bardziej przyjemnym, a wiejący od morza wiatr z dużą dawką jodu powoduje, iż czujemy się orzeźwieni i zrelaksowani. Wąwóz kończy się na plaży. W dalekiej przeszłości Dolina Chłapowska i Kępa Swarzewska sięgały zdaniem naukowców 8-16 km w kierunku północnym, a więc na obecny teren Bałtyku, którego fale “atakujące” ląd spowodowały przesunięcie się linii brzegowej na dzisiejszą wysokość. Zjawisko to zwane jest abrazją. Badania wykazały, że Bałtyk pochłania przeciętnie 0,8 m lądu rocznie. Niedaleko wylotu wąwozu na urwistym brzegu klifu można zaobserwować zjawisko stratygrafii (układ warstw skalnych) – dzieło bałtyckiego morza, które za pomocą fal rzeźbi od wieków.
Wszystko to podziwiamy idąc stromą ścieżka obok kęp żarnowca i ukwieconych spłachetków zieleni. Wracamy plażą obserwując kutry wyciągnięte wysoko na klif. A całość jest ozłocone słoneczkiem. Nareszcie wraca uroda tej krainy.
Dzień dziesiąty – poniedziałek – 15.06.
Koniec Helu – czyli Hel. Jesteśmy niemniej ciekawi fok, portu, oraz prezydenckiej ostoi, [jeśli będzie dane ją zobaczyć]
Pierwsza notatka o Helu pojawiła się w dokumentach krzyżackich w roku 1378, kiedy to Wielki Mistrz Winrich von Kniprode nadał tej słowiańskiej osadzie prawa miejskie. Od tamtego czasu nastąpił systematyczny rozwój miasta. W 1430 roku powstała tutaj osada Nowa Hela, której w połowie XV w. król Kazimierz Jagiellończyk nadał prawa miejskie. Wkrótce potem dynamiczny rozwój niewielkiego miasta zahamowali Krzyżacy i Duńczyków podczas wojny trzynastoletniej. W następnych wiekach miejscowość niszczyli Szwedzi. Mieszkańcom dawały się również we znaki pożary. Datą przełomową w dziejach miasteczka był rok 1892, kiedy zbudowano tutaj port, a w cztery lata później uruchomiono zakład kąpielowy. Od tej pory zaczęli na Hel zjeżdżać coraz liczniejsi kuracjusze. Przed rokiem 1914 ich liczba rzadko przekraczała 500 osób rocznie. Prawdziwy boom nastąpił w okresie międzywojennym. W roku 1923 przybyło tutaj ponad 10 000 wczasowiczów, co stanowiło ponad 60% gości wszystkich polskich kurortów. Jako znamienitego gościa wymienia się marszałka Sejmu Macieja Rataja. Dziś Hel to miejscowość żyjąca z turystyki. Stanowi ona jedno z najważniejszych źródeł dochodów jego mieszkańców. Ciekawym pomnikiem przeszłości są na Helu stare chaty rybackie – niskie, jednokondygnacyjne budynki o konstrukcji szkieletowej, zbudowane na planie prostokąta. Warto również wstąpić do starej karczmy, wybudowanej w XVIII w. Jest to jeden z najcenniejszych zabytków miasteczka. Innym, cennym pomnikiem przeszłości jest poewangelicki kościół św. Piotra przekształcony w Muzeum Rybołówstwa. Część frontową wieńczy niewysoka, drewniana wieża. która pełni funkcję widokową.
Pierwsza wzmianka o kościele pochodzi z 1417 roku. Pełnił on wtedy funkcję kościoła parafialnego w Nowym Helu. W 1525 roku został on przekształcony w świątynię protestancką, ponieważ większość mieszkańców przeszła na wyznanie ewangelickie.
W 1572 r. wieża uległa zniszczeniu podczas pożaru miasta. Została ona później odbudowana i pełniła funkcję latarni morskiej. W siedemnastym wieku sztormy i fale morskie doprowadziły do zawalenia części frontowej budynku wraz z wieżą.
W dwa lata później przystąpiono do odbudowy pozostałej części budowli. W okresie wojennym wieża kościoła została rozebrana. Zniszczenia wojenne Kościoła zostały odbudowane w 1959 roku. Ponieważ w Helu nie działała już wtedy parafia ewangelicka, budynek pokościelny zaadaptowano na cele muzealne.
W 1972 roku obiekt przekazano Centralnemu Muzeum Morskiemu w Gdańsku, które utworzyło tam swój oddział – Muzeum Rybołówstwa.
O pradziejach miejscowości można znaleźć dodatkowe informacje. „Na początku XIII wieku w tym miejscu, był znany na całym Bałtyku ośrodek rybołówstwa podporządkowany władzy pomorskiego księcia Świętopełka II. Najdawniejszy Hel położony był około 1,5 kilometra na zachód od centrum obecnego miasta. Z zachowanych opisów wiadomo, że posiadał on murowany kościół, ratusz, szpital, dwa place targowe, kilka karczm oraz przystań dla łodzi rybackich i statków handlowych. W tym czasie mieszkańcy Helu trudnili się połowem ryb i fok. Wielu z nich również zaciągało się do królewskiej floty kaperskiej. Helscy kupcy prowadzili handel z całym światem. Na przeszkodzie do dalszego rozwoju Helu stanęło przejście miasta pod władzę Gdańska, który skutecznie zablokował konkurencję z drugiej strony zatoki.”
Dziś miasto ma się zupełnie dobrze oferując malownicze zakątki i zabytki a przede wszystkim Fokarium, które jest częścią Stacji Morskiej – naukowej placówki terenowej Instytutu Oceanografii Uniwersytetu Gdańskiego, gdzie realizowany jest projekt odtworzenia i ochrony kolonii fok szarych w rejonie południowego Bałtyku. Ośrodek istnieje od 1999r., choć działalność na rzecz ochrony fok podjęta została już w momencie pojawienia się pierwszego podopiecznego – Balbina.
Miało to miejsce w 1992 roku, bowiem ostatniego dnia marca tamtego roku na plaży w Juracie znaleziono tego młodego samca foki szarej. Z założenia jest to placówka badawczo-hodowlana, dzięki której w przyszłości foki znów zasiedlą południową część Bałtyku, a jednocześnie ośrodek rehabilitacji fok chorych i osłabionych. Wyleczone zwierzęta są wypuszczane na wolność, podobnie jak przychówek hodowlanego stada.
Wypuszczanie ma na celu uzupełnienie strat, jakie naturalna populacja bałtyckich fok ponosi wskutek nierozważnej działalności człowieka (zanieczyszczeń, rybołówstwa, żeglugi). Wszystko po to, aby foki szare mogły żyć jak dawniej w obrębie całego morza, a spełniając pozytywną rolę drapieżnika były dla człowieka testerem jakości morskiego ekosystemu, w tym ryb. W fokarium Stacji Morskiej prowadzi się badania nad biologią i ekologią bałtyckich fok. Bada się ich zachowanie, skład pokarmu, wiek, trasy wędrówek, zatrucie tkanek substancjami toksycznymi, zapasożycenie oraz ustala najważniejsze zagrożenia i przyczyny śmierci tych zwierząt. Ośrodek spełnia ważną rolę pomocniczą w odtwarzaniu bałtyckiej populacji tego gatunku. Ratuje foki chore, dostarcza młode. Zaznajamia ludzi z problemami ekologicznymi Bałtyku i jego mieszkańców. Pracownicy fokarium uczą i informują wszystkich – od dzieci po polityków.
Foki niegdyś były traktowane przez rybaków jako szkodniki. Jako ilustracja może służyć rozpięta na ścianie północnej Muzeum Rybołówstwa, pod stropem prezbiterium, sieć do połowu fok, nazywana w języku kaszubskim “zelintową klotką”. Wynalazł ją i opatentował w roku 1912 rybak z Kuźnicy, Paweł Budzisz. Jego sieć okazała się jednym z najskuteczniejszych narzędzi do zabijania fok. Na szczęście dla tych sympatycznych futrzaków sytuacja się zmieniła na ich korzyść, ponieważ zbudowano duży kompleks basenów służący doświadczeniom naukowym z zakresu biologii i ekologii organizmów morskich. Jako podstawowy cel, postawiono sobie hodowlę w celach rozrodczych foki szarej.
Foki hodowane są w warunkach podobnych do tych panujących na Morzu Bałtyckim. W basenach jest ta sama woda co w morzu, a foki żyją w tzw. haremach, liczących łącznie od siedmiu do dziewięciu osobników.
Cały przychówek, po odkarmieniu przez matki oraz po opanowaniu umiejętności polowania na żywe ryby, jest uwalniany do morza.
Niestety, uwalnianie nie może odbywać się na przybrzeżnym terenie półwyspu. Z uwagi na duże niebezpieczeństwo odłowienia fok przez rybaków, wypuszczane są z dala od portów, w bezpiecznym i spokojnym terenie.
Fokarium składa się z budynku dydaktyczno-laboratoryjnego, wystawy poświęconej roli fok w ekosystemie Bałtyku i zagrożeniom jakie wypływają z dewastacji środowiska morskiego. W fokarium znajdują się trzy duże baseny o głębokościach jednego metra, dwóch i pół oraz trzech i pół metra. Znajdują się tu również mniejsze zbiorniki, przeznaczone dla wychowu małych fok lub rehabilitacji chorych.
Zwiedziliśmy także marinę, oraz stanowiska obronne z czasów II wojny światowej. Chwilę zadumaliśmy się przy pomniku St. Żeromskiego, oraz przy zachwalanych checzach Kaszubów z ubiegłego wieku.
Wieczorem śpiewamy turystyczny repertuar piekąc przy ognisku kiełbaski i chlebek nanizany na szpikulce.
Dzień jedenasty – wtorek – 16.06.
Wyprawa autokarowa po Ziemi Kaszubskiej – Władysławowo – Puck –Władysławowo.
Dyplomowany przewodnik grup turystycznych p. Wiesia snuje opowieść o Helu. Jest to najdłuższy polski półwysep. Ma niezwykle piękne, piaszczyste, szerokie plaże, czyste morze i sosnowe lasy ciągnące się kilometrami od początku do samego końca półwyspu.
Półwysep powstał dzięki działalności prądów morskich, które przez wieki nanosiły tu z zachodu piasek, który najpierw tworzył wyspy, a potem uformował cały półwysep. W duńskiej kronice z 1219 roku jest informacja, że wzburzone fale wyrzuciły statek wiozący wysłannika króla Waldemara II „Zwycięzcy” na wyspę Gellen czyli Hel, słynącą z połowu i handlu śledziami. Na szwedzkiej mapie z XVII w. Hel wciąż był przedstawiany, jako sześć oddzielnych wysp. Współcześnie na półwyspie znajduje się kilka popularnych miejscowości, m.in. Władysławowo, Chałupy, Jastarnia i Jurata oraz Hel, leżący na samym końcu półwyspu.
Cały rejon Półwyspu Helskiego położony jest w Nadmorskim Parku Krajobrazowym. Park istnieje od 1978 r. na powierzchni 15 510 ha, z czego tylko 4810 ha stanowi ląd, w 63% zalesiony. Jego tereny są wyjątkowo atrakcyjne zarówno pod względem przyrodniczym, jak i turystycznym. Magnesem dla licznie przybywających tu turystów, jest wąski Półwysep Helski (od 0,5 do 3 km szerokości), zbudowany z piasków naniesionych przez prądy morskie, którego wydmy porośnięte są lasem i roślinnością wydmową. Niektóre miejscowości na półwyspie (Jurata i Jastarnia) mają charakter uzdrowisk. Nadmorski Park Krajobrazowy obejmuje granicami pas wybrzeża od Białogóry na zachodzie po Półwysep Helski, wraz z jej zachodnimi wybrzeżami po Rewę i Mechelinki na południu. Został on utworzony jako jeden z pierwszych Parków Krajobrazowych w Polsce. Obejmuje unikalne nie tylko na skalę kraju, tereny o wybitnych wartościach przyrodniczych i kulturowych oraz o bardzo wysokich wartościach rekreacyjnych. Nadmorski Park Krajobrazowy w całości części lądowej położony jest w strefie nadmorskiej, poddanej oddziaływaniu morza na środowisko przyrodnicze lądu. Obejmuje swym zasięgiem: Mierzeję Helską, cześć Mierzei Kaszubskiej po Bialogórę, przymorskie fragmenty Kępy Swarzewskiej i Puckiej oraz pradolin Płutnicy Kaszubskiej, a także tzw. Zatokę Pucką Wewnętrzną. Na styku lądu i morza ma miejsce szczególnie duża dynamika procesów przyrodniczych i geomorfologicznych jak: procesy eoliczne, akumulacja i przeważająca na terenach Parku erozja – szczególnie intensywna w zachodniej części półwyspu i na klifach w sąsiedztwie Jastrzębiej Góry.
W Nadmorskim Parku Krajobrazowym występują wszystkie typy wybrzeża charakterystyczne dla południowego Bałtyku to jest: klifowe, wydmowe, mierzejowe i zalewowe. Na Półwyspie Helskim znajdują się jedyne w Polsce plaże o ekspozycji południowej. Lasy stanowią 47% powierzchni lądowej Parku. Na terenie Nadmorskiego Parku Krajobrazowego lasy pełnią funkcje ochronną gleby, spełniają rolę umocnienia wydm oraz klifów. We florze Parku spotykamy dużą grupę gatunków rzadkich w skali kraju oraz reliktowych. Stwierdzono tu występowanie stu kilkudziesięciu gatunków ptaków. Występują tu myszołowy, krogulce, bataliony, brodźce, ohary, cyranki i inne. Liczna jest grupa mew, rybitw. Szczególnie masowe są wiosenne i jesienne przeloty ptaków wzdłuż Półwyspu Helskiego, który leży na trasie południowo bałtyckiego szlaku wędrówek ptaków. Na, wodach Zatoki Puckiej przez cały rok przebywa wiele gatunków ptaków wodnych i błotnych. Jesienią zlatują się gromadnie między innymi łabędzie i dzikie kaczki, aby tutaj spędzić zimę. Zatoka Pucka jest jedynym w swoim rodzaju akwenem na całym wybrzeżu o niepowtarzalnym charakterze. Pojawiają się tutaj sporadycznie foki szare i morświny. Cenne zabytki kulturowe i historyczne związane są z nadmorskim położeniem Parku, folklorem kaszubskim i tradycjami morskimi. W okolicach wsi Rzucewo zachowały się ślady osady pradziejowej datowanej na III II tysiąclecie p.n.e. W Jastarni zachowane są ślady osadnictwa sprzed 2 tysięcy lat. Na szczególna uwagę zasługują zabytkowe założenia przestrzenne dawnych wsi założonych głównie w XIII i XIV wieku (Hel, Jastarnia, Wielka Wieś, Swarzewo, Chłapowo, Rewa), Najstarsze obiekty architektoniczne pochodzą; z XIV – XV wieku i należą do budownictwa sakralnego (kościoły w Pucku i Helu). Z dawnych latarni morskich pozostała jedynie latarnia morska z połowy XVIII wieku w Rozewiu. W Helu ciekawy jest zespół zabytkowych szczytowych domków rybackich pochodzących z przełomu XVIII i XIX wieku. Na szczególną uwagę zasługują obiekty związane z obroną Helu w 1939 roku.
Pierwszy popas turystyczny. Zamek Jan III Sobieski w Rzucewie. Pierwsze ślady osadnictwa z terenu Rzucewa pochodzą z lat 250 p.n.e. Osada była zamieszkana przez plemię kultury ceramiki sznurowej. Podczas prac polowych natrafiono na resztki cmentarnych kamieni. Około 1308 roku Rzucewo było posiadłością należąca prawdopodobnie do kasztelana puckiego, a w następnym wieku określano jako dobra rycerskie na prawie polskim. Pod koniec XIV i na początku XV wieku dobrami rzucewskimi władała rodzina Schonegghe. W latach 1460-1462 podczas wojny trzynastoletniej zamek rzucewski został splądrowany i następnie zburzony, a Rzucewo zostaje przyłączone do Prus Królewskich. Około 1500 roku w posiadanie Rzucewa weszła rodzina Bolszewskich z Bolszewa trudniąca się rybołówstwem. Bolszewscy posiadali przywilej królewski na łowienie ryb w zatoce, potwierdzony w 1548 roku.. W 1578 roku właścicielami dóbr rzucewskich została rodzina magnatowi pomorskich Wejherow. Za ich czasowa majątek uległ znacznemu powiększeniu. Około 1625 roku dwór wraz z calą osadą został splądrowany i zniszczony przez wojska szwedzkie. Jednakże na mapie z 1655 roku ponownie pojawił się dwór rzucewski pod nazwa “Weiershoff”, W 1676 roku dobra rzucewskie odstąpiono Michałowi Radziwiłłowi, który poślubił Katarzynę Sobieską, siostrę króla Jana. Wiadomo ze podczas swojego pobytu w Gdańsku w latach 1676-1677 król kilkakrotnie odwiedził Rzucewo i uczestniczył tu w polowaniach. Tradycja temu właśnie przypisuje położenie czterorzędowej alei lipowej łączącej Rzucewo z Osłoninem. Po śmierci męża w 1685 roku Katarzyna darowała Rzucewo królowi. Po śmierci Jana III Sobieskiego Rzucewo przeszło na Marię Kazimierę, następnie na królewicza Aleksandra, a po nim na Jakuba. W 1734 roku podczas oblężenia Gdańska Rosjanie nie chcąc dopuścić do desantu francuskiego spalili większość wsi i majątków nadbrzeżnych od Gdyni po Puck. Kto był fundatorem barokowej siedziby z dworem i ogrodem dotąd nie wiadomo. W 1811 roku podczas wojen napoleońskich dwór przemieniono w lazaret, a następnie spalono. W 1853 roku zbudowano w pobliskim lesie kaplicę grobową, którą powiązano z aleja lipowa droga obsadzona bukami. W 1871 roku po śmierci Karola von Below, Rzucewo wraz z folwarkiem w Osloninie i Zelistrzewie przechodzi na własność Gerharda a następnie jego córki Pauli,. Okolo polowy XIX wieku dotychczasowy ogród barokowy urządzono w duchu naturalistycznym i rozszerzono go na przylegle tereny. Z dawnego ozdobnego charakteru zachowały się drzewa: platan klonolistny, sosna, buk czerwonolistny i kasztan jadalny. Na początku XX wieku majątek rzucewski znalazł się w rekach rodziny von Krokow, prawdopodobnie na skutek małżeństwa którejś z córek Pauli von Keyserling. W 1945 roku majątek ulega parcelacji. W pałacu umieszczono Technikum Rolnicze, które zajmowało go do 1975 roku. W grudniu 1994 roku pałac wraz z parkiem kupiło Przedsiębiorstwo Produkcyjno Handlowe “Kaszub” z Wejherowa. Od roku 1996 dzięki renowacji ponownie urzeka swoim pięknem pełniąc role hotelowa. Są tu pozostałości parku położonego na skraju morza z wieloma egzotycznymi drzewami.
Wracamy do Pucka aby rzucić okiem na pucką marinę, pomnik gen. Hallera i zabytkowy kościół.
Początki grodu sięgają III – VI wieku naszej ery. Ślady najstarszego portu obecnie znajdują sie na dnie zatoki i pochodzą z VI – XII wieku. W XIII wieku Puck stał się książęcym grodem zarządzanym przez kasztelana. Z tamtego okresu pochodzą różne nazwy miasta : Putzk Putzc Puzch. Rok 1348 przyniósł nadanie osadzie praw miejskich. Podobnie jak inne miasta i osady z rejonu zatoki Puck dostał się pod panowanie Krzyżaków. Krzyżacy nadali miastu charakterystyczny prostopadły układ uliczek. Puck przetrwał liczne wojny z Krzyżakami, Duńczykami, Szwedami, Rosjanami, Niemcami. miasto przez wieki słynęło z wytrawnego piwa, którego skład ustalono w XIV wieku. Receptura piwa była największą i najlepiej strzeżoną tajemnicą. Jakość tego piwa pozwoliła zdobyć rynki dotychczas zamknięte. Np w roku 1583 król Stefan Batory zezwolił puckim browarom na zaopatrywanie Helu. Anegdota mówi, że rada miejska kontrolowała jakość każdej partii napoju która opuszczała Puck. Prócz degustacji, która pozwalała poznać smak piwa, trunek rozlewano też na ławach na których siedzieli rajcy. Gdy piwo wsiąkło w spodnie zacnych mieszczan następowała najważniejsza próba. Na znak burmistrza wszyscy się podnosili. Jeżeli ława trzymała się spodni, to piwo nadawało się dla szlachty i mieszczan, jeżeli próba kończyła się wynikiem negatywnym, całą partię piwa sprzedawano pospólstwu.
Najważniejszymi zabytkami Pucka są: gotycki kościół św. Piotra i Pawła, stojące przy głównym rynku kamienice z XVII i XIX w oraz dawny budynek ratusza. W centrum miasta na ulicy Wałowej w słynnym Szpitaliku Miejskim wzniesionym około 1725 roku znajduje się siedziba główna Muzeum Ziemi Puckiej. Zaprezentowane są tam bogate zbiory etnograficzne z ziemi puckiej. Można zakupić tam rękodzieła kaszubskie oraz liczne książki, i inne publikacje o morskiej tematyce. Atrakcją turystyczną jest także port. Powstał on we wczesnym średniowieczu. W XVI i XVII wieku stacjonowała w nim flota królewska, a w okresie międzywojennym – okręty marynarki wojennej.
Obecnie port służy rybakom i żeglarzom. Może przyjąć 100 jednostek pełnomorskich lub 200 łodzi klas olimpijskich. Zaplecze portowe składa się z magazynów , warsztatów, a także z ośrodka sportowego. W przyportowych budynkach można zwiedzić małe muzeum morskie im. A. Budzisza. Przy wyjściu z portu po prawej stronie basenu portowego stoi pamiątkowy Słup Zaślubinowy. Jest on pamiątką zaślubin Polski z morzem dokonanych przez gen. Hallera 10.02.1920. Basen dla kutrów jest niewielki. dawną dzielnice portową, zwana Korabnym pochłonęło morze, a jedyna jej pozostałością jest przystań wraz z zabudowaniami.
Co roku w Pucku organizowane są festyny i koncerty z okazji Dni Morza i święta miasta. Odbywają się wówczas pielgrzymki wiernych z Półwyspu Helskiego do kościoła św. Piotra i Pawła. Setki kutrów przemierzają zatokę i wpływają do portu. Atrakcją przyrodniczą okolic miasta są głazy narzutowe przyniesione przez lodowiec skandynawski. Noszą one nazwę 12 Apostołów. Największy ma 7,5 metra obwodu. Niedaleko znajduje się też rezerwat BEKA, w którym chroni się gniazda wielu gatunków ptaków. Na temat samego aktu zaślubin z morzem można przeczytać w: opracowaniu Kazimierza Małkowskiego “Zaślubiny z Bałtykiem” w Roczniku Gdyńskim Nr 9, wyd. Tow. Miłośników Gdyni 1989/90, wspomnienia Eugeniusza Pławskiego. “Na wybrzeżu tuż obok pochylni dla wodnosamolotów wojsko z Batalionu Morskiego ustawiło maszt, a obok wkopano drewniany pal z wyrzeźbionym na nim Orłem Białym i Gryfem Pomorskim oraz napisem. Przed godziną 10 zaczęły ustawiać się kompanie I Baonu Morskiego oraz reprezentacje ze wszystkich pułków wojska biorącego udział w objęciu Pomorza. Dziesiątki kutrów rybackich w pełnej gali flagowej ustawiły się na wolnej od lodu przestrzeni wodnej. Publiczność cywilna zajęła wyznaczony jej plac za masztem i palem. Zabrzmiały tony marsza generalskiego. Wojsko zaprezentowało broń. Na kasztanowym rumaku, w otoczeniu świty zbliżył się w stronę morza generał Józef Haller. Pogrążeni w milczeniu i zaczarowani powagą chwili staliśmy wpatrzeni w z wolna zbliżający się orszak. (…) Przeżywaliśmy jeden z najwspanialszych momentów w historii Rzeczypospolitej. ” Po przeglądzie wojska generał Haller skierował się w strone polowego ołtarza, przy którym ks. biskup polowy (…) odprawił mszę świętą. Po udzielonym (…) błogosławieństwie generał Haller w asyście płk. Stanisława Skrzyńskiego skierował się po pochylni w stronę morza. Gdy konie stanęły w wodzie, generał Haller patrząc przed siebie w stronę Bałtyku wypowiedział mniej więcej następujące słowa: W imieniu Najjaśniejszej Rzeczypospolitej Polskiej ja, generał broni Józef Haller, obejmuję w posiadanie ten oto nasz prastary Bałtyk słowiański. Generał odebrał od adiutanta dwa platynowe pierścienie, z których jeden rzucił w morze, a drugi – identyczny, nałożył sobie na palec, po czym zwracając się w stronę admirała Porębskiego rozkazał podnieść banderę. (…) Orkiestra Marynarki Wojennej zagrała “Jeszcze Polska nie zginęła”, wojsko sprezentowało broń, a bateria artylerii polowej huknęła gromem salutu na cześć Rzeczypospolitej i jej morza. Wszyscy obecni, wtórując orkiestrze śpiewem, śledzili ze wzruszeniem, jak kapral marynarki Kazimierz Wiśniewski i st. marynarz Florian Napierała powoli wciągali banderę na maszt….”
Pierścień prawdopodobnie spoczywa dotąd w dnie zatoki. Drugi pierścień, który gen. Haller nosił na palcu, po jego śmierci w 1960r znalazł się w muzeum marszałka Foscha w Tarbes kolo Lourdes we Francji (według innej wersji – przekazany został przez syna generała, Eryka, wraz z innymi pamiątkami do muzeum Ojców Marianów w Londynie).
Zahaczamy o Żarnowiec – wieś przy drodze z Pucka do Słupska, położona 2 km na północny wschód od Jeziora Żarnowieckiego. Pierwsza wzmianka o Żarnowcu pochodzi z 1215 roku. Wówczas książę Subisław nadał wieś opactwu w Oliwie. W 1246 założono tu klasztor cysterek, który następnie uposażyli kolejni książęta pomorscy – Świętopełk i Mściwój II. W XIV wieku do cysterek należało już Jezioro Żarnowieckie i większość przyległych wsi. W XV wieku, podczas walk polsko-krzyżackich (1433, 1454, 1466), klasztor kilkakrotnie był najeżdżany i plądrowany. Po reformacji opactwo podupadło, wobec czego władze kościelne zdecydowały się rozwiązać zgromadzenie cysterek (w 1589 roku) i sprowadzić na ich miejsce benedyktynki z Chełmna.
Po wojnach szwedzkich (w XVII stuleciu) nastąpił rozkwit klasztoru i wsi. Mniszki z Żarnowca prowadziły szkołę dla panien z dobrych domów, słynęły też z haftu artystycznego. Po pierwszym rozbiorze Polski dobra klasztoru zostały skonfiskowane przez skarb pruski. Ostatecznej kasaty klasztoru dokonano w 1834 roku. Przyklasztorny folwark znalazł się wówczas w rękach prywatnych, a część gruntów rozparcelowano wśród mieszkańców. W 1848 roku we wsi znajdowało się aż 40 zagród. W okresie międzywojennym Żarnowiec był miejscowością graniczną z Niemcami. Po zakończeniu wojny, jeszcze w 1945 roku do Żarnowca przybyły benedyktynki z Wilna. Klasztor benedyktyński działa tu do dziś.
Zespół klasztorny benedyktynek usytuowany jest w zachodniej części wsi, na skraju rozległych łąk nad Piaśnicą. Kościół Zwiastowania NPM jest salową, orientowaną budowlą o cechach gotyckich. Budowa świątyni zakończona została w połowie XIV wieku. W 1389 roku świątynia uległa zniszczeniu. Podczas odbudowy od zachodu dostawiono do korpusu nawy wieżę, a od południa znacznie powiększono szkarpy (wsporniki) i dobudowano kruchtę. Prace renowacyjne i konserwatorskie w kościele prowadzono trzykrotnie – w końcu wieku XVII, w 2. połowie XIX oraz ostatnich latach. Wyposażenie kościoła jest głównie XVII- i XVIII wieczne. Składają się na nie m.in. ołtarz główny, ołtarze boczne, stalle, ambona i chrzcielnica. Za szczególnie cenną uznaje się jednak wcześniejszą, gotycką pietę;
Plebania, dawniej zwana opactwem, zbudowana została w 1409 roku. Znajdowały się w niej pokoje przeznaczone dla kapelana oraz opatów oliwskich i biskupów wizytujących klasztor. Na początku XIX wieku dom przejęła parafia, która urządziła tu proboszczówkę. Zespół pałacowo-ogrodowy usytuowany na północ od zabudowań klasztornych, składający się z obiektów z przełomu XIX/XX wieku; pałac (dawny dwór), dziś stanowiący rezydencję ksieni, zbudowano w XVII wieku i gruntownie przebudowano w połowie XIX stulecia
– spichlerz z końca XVIII wieku, pierwotnie pełnił funkcję browaru klasztornego; po sekularyzacji dóbr klasztornych przebudowano go; z końca XIX wieku pochodzą stodoła i murowana z cegły gorzelnia.
Z klasztorem wiąże się opowieść siostry opiekującej się wycieczkami. „Przez ponad 700 lat klasztor i kościół w Żarnowcu oparły się wojnom, które przetaczały się przez Rzeczpospolitą, nurtowi reformacji, pruskiej administracji i powojennej biedzie
W pierwszym klasztorze nad jeziorem Żarnowieckim zamieszkały siostry cysterki. Grube gotyckie mury kościoła, który wybudowały cysterki, miały chronić zakon nie tylko przed najeźdźcami, ale także przed silnymi sztormowymi wiatrami. To nie wróg ani przyroda pokonały jednak zakonnice, lecz reformacja: pod jej wpływem mniszki pochodzące najczęściej z mieszczańskich rodzin porzucały życie zakonne. Gdy w 1538 roku biskup Hieronim Rozrażewski chciał dokonać wizytacji klasztoru, mniszki nie wpuściły dostojnika kościelnego za furtę klasztoru. Ta sama historia powtórzyła się kilka lat później. To wówczas rozgniewany biskup postanowił sprowadzić do Żarnowca benedyktynki z Chełmna.
Wkrótce po pojawieniu się w Żarnowcu “białe siostry” stworzyły tutaj szkołę dla dziewcząt ze szlacheckich i mieszczańskich rodzin. Młode panny uczyły się w klasztorze czytania, pisania, szycia i hafciarstwa. Pierwsza ksieni Zakonu, Barbara Knutówna, znana była również jako mecenas sztuki – wspomagała między innymi twórczość artystyczną słynnego gdańskiego malarza Hermana Hanna. W klasztorze mieściło się 35 cel dla zakonnic i osobna cela dla ksieni. Jak dokładnie wyglądało wnętrze klasztoru, nie wiemy. Można jednak przypuszczać, że tak jak w innych klasztorach benedyktynek znajdowało się tutaj skryptorium, w którym zakonnice przepisywały księgi, biblioteka, kapitularz (czyli sala obrad), audytorium, sala wspólnej pracy sióstr i pomieszczenia dla nowicjuszek. Na dziejach klasztoru odcisnęła też swój ślad historia najnowsza: w przyklasztornych krużgankach można dziś zobaczyć oznaczone krzyżem miejsce. Zginął tu ksiądz Kurt Reich, ostatni przedwojenny proboszcz Żarnowca. “Gdzie ksiądz – tam kościół” – miał powiedzieć proboszcz radzieckim żołnierzom, gdy nakłaniali go do ucieczki. Zginął od kul, w klasztornych krużgankach, gdy odmówił armii radzieckiej wydania kluczy do kościelnego skarbca.
Budowa kościoła przy klasztorze cysterek trwała blisko pół wieku, zakończyła się w 1 połowie XIV wieku. Wkrótce po poświęceniu świątyni została ona jednak tak poważnie zniszczona, że trzeba było ją budować niemalże od nowa – i ponownie konsekrować. W czasie, gdy odchodziły stąd cysterki, kościół podupadał. W XVII wieku za odnawianie jego wnętrza wzięły się benedyktynki. Siostry zleciły pomalowanie zewnętrznych murów na kolor czerwony, na dachu umieściły sygnaturkę (zachowała się do dziś), a na wieży barokowy hełm.
Z gotyckiego wyposażenia kościoła zachowała się Pieta z 1430 roku – mówi ks. Krzysztof Stachowski, proboszcz kościoła pw. Zwiastowania Najświętszej Marii Panny w Żarnowcu. – Są również kamienne rzeźby, które wspierają filary, przedstawiające Matkę Boską i świętą Katarzynę. Po przejęciu kościoła przez benedyktynki pozostało wyposażenie barokowe, z tego okresu pochodzi ołtarz główny, ołtarz Trójcy Świętej, ambona i stalle z wizerunkami św. Benedykta i św. Scholastyki. A także na piekny XVIII-wieczny obraz Zwiastowania, który zdobi ołtarz główny – tajemniczy uśmiech Maryi niektórzy porównują do uśmiechu Mona Lisy.
Żarnowiecką wspólnotę tworzy dziś 27 mniszek. Klasztorny dzień rozpoczyna się o 5.20. Siostry odprawiają jutrznię, rozmyślają, pracują w polu i ogrodzie, oprowadzają turystów po opactwie, a na koniec dnia modlą się i odmawiają różaniec. Benedyktynki mają 10 hektarów pola i tyle samo łąk, krowy, świnie i kury. Mają też stary traktor z lat 70., a dzięki zaprzyjaźnionym rodzinom co roku udaje im się zebrać z pól ziemniaki, zboże, kapustę i buraki. Bez pomocy z zewnątrz siostry, wśród których przeważają seniorki, nie poradziłyby sobie z ciężką pracą. Na tablicy przed kaplicą sióstr wywieszone są karteczki z intencjami modlitw osób z zewnątrz, aby zakonnice, które przechodzą tędy wielokrotnie w ciągu dnia, mogły je sobie przypomnieć.
Przez wieki los nie oszczędzał benedyktyńskich mniszek. Po pierwszym rozbiorze Polski Żarnowiec znalazł się pod rządami Prus. Dobra klasztorne zostały skonfiskowane, a zakon uległ kasacie. Kilka ostatnich mniszek, którym pozwolono tutaj umrzeć, żyło w nędzy, na łasce okolicznych mieszkańców. Ostatnia ksieni, Katarzyna Krużewska, zmarła w 1856 r., gdy kościół był już od dawna pełnił funkcje diecezjalne.
Po II wojnie światowej do Żarnowca przybyły benedyktynki z wileńskiego klasztoru św. Katarzyny. Nie miały łatwego zadania. Była zima, wkrótce skończyły się przywiezione zapasy. Zakonnice marzły, bo brakowało opału – palenie torfem niewiele pomagało. Sił do przetrwania dodała im blisko stuletnia staruszka, mieszkanka Żarnowca, która opowiedziała o tym, że gdy miała kilka lat, wraz z matką odwiedzała klasztor, aby zanieść jedzenie ostatniej żarnowieckiej benedyktynce.
Po wysłuchaniu długiej nostalgicznej opowieści snutej cichym głosem opuszczamy klasztor w zadumie.
Docieramy do kolejnego etapu. Bardzo atrakcyjnym fragmentem wybrzeża w okolicach Jastrzębiej Góry jest tzw. Lisi Jar, który stanowi rozcięcie erozyjne pomiędzy Rozewiem a Jastrzębią Górą o głębokości 50 metrów i stromych zboczach porośniętych bukowym lasem. Pośród wiekowych, bo ponad 100 letnich buków spotyka się pojedyncze okazy brzozy, dzikiej gruszy, świerku i jarzębiny. Runo leśne tworzę krzewy leszczyny, jałowca, kaliny, jeżyny, maliny i głogu, a także mniejsza roślinność taka jak: widłak, bluszcz, storczyk i wrzos. Z miejscem tym wiąże się także historia powrotu króla Polski Zygmunta III Wazy po jego nieudanej wyprawie w celu utrzymania władzy w rodzimej Szwecji. Otóż Zygmunt III Waza (1566 – 1632) był synem króla szwedzkiego Jana III i królewny polskiej Katarzyny Jagiellonki. Wybrany w 1587 r. na króla Polski, odziedziczył także w 1592 r. tron Szwecji. Przeciwko katolickiemu władcy wystąpiła protestancka opozycja. W czasie jego interwencji został w 1598 r. pobity w bitwie pod Linköping i utracił Szwecję na rzecz swego stryja Karola IX Sudermańskiego. To właśnie po tej nieudanej interwencji miał wylądować w Lisim Jarze, co na domiar złego zakończyło się rozbiciem jego okrętu. Przedwojenny właściciel Lisiego Jaru hr Aleksander de Rosset wystawił w tym miejscu obelisk upamiętniający to wydarzenie. Opuszczając Jar udajemy się w kierunku zachodnim wzdłuż wybrzeża morza. Mijamy Karwię skręcamy w kierunku południowym, a następnie za Sławoszynem w prawo udając się do dużej wsi o nazwie Krokowa.
Wieś od XII wieku do roku 1772 należała do rodu Krokowskich. Od końca XVI wieku do połowy XIX wieku Krokowa była centrum kalwinizmu na Pomorzu Gdańskim i przynajmniej do połowy XIX wieku odbywały się tutaj regularne nabożeństwa ewangelicko-reformowane po kaszubsku. Po wygaśnięciu polskiej linii rodu pod koniec XVIII wieku, Krokowa przeszła w ręce linii zniemczonej używającej nazwiska von Krockow. Pałac był budowany od XIV wieku, a obecny kształt uzyskał w XVIII wieku. W 1945, gdy właściciele zostali zmuszeni do wyjazdu do Niemiec, budynek został znacjonalizowany i popadł w kompletną ruinę. W 1990 został odrestaurowany przez polsko-niemiecką fundację, w skład której wchodzą także dawni właściciele. Obecnie jest to luksusowy hotel.
Od 1580 roku do 1945 Krokowa była poważnym centrum ewangelicyzmu kaszubskiego – ewangelicko-reformowane nabożeństwa po Kaszubsku odprawiano tu regularnie do połowy XIX wieku.
Interesującym zabytkiem jest kościół parafialny pw. św. Katarzyny Aleksandryjskiej – neogotycki, z poł. XIX w., do 1945 r. ewangelicki; ceglany, nietynkowany, o charakterystycznych, ośmiokątnych, płasko zwieńczonych wieżach z ceglaną balustradą.
Główną patronką krokowskiego kościoła jest Św. Katarzyna Aleksandryjska, natomiast na bocznych obrazach widnieją: Św. Pius X i Św. Wojciech. Kościołem opiekują się Zmartwychwstańcy. Godnym uwagi jest także piękny kościół z XIX w. wzorowany na paryskiej Notre Dame. W tej miejscowości zatrzymał się również król Zygmunt III Waza po niefortunnej interwencji w Szwecji.
Po kolacji mamy podniosłą uroczystość – okrągłe 30 lat małżeńskiej doli [zawsze] i niedoli [czasem] obchodzą Lidka i Paweł. Otrzymują od nas stosowne słowa uznania i życzenia na dalszą wspólną drogę a także okolicznościowe prezenty. Dostojni jubilaci podejmują nas smakowitym tortem i herbatką. Jest sympatycznie i rodzinnie.
A potem tańce, hulanka, ale bez swawoli.
Dzień dwunasty – środa – 17.06.
Pogoda słoneczna. Wieje rześko od morza. Zapowiada się dobry wypad do Jastrzębiej Góry i pobliskiego Rozewia aby wreszcie powędrować plażą do Władysławowa. Do Jastrzębiej docieramy autobusem.
Pierwsza nazwa tej miejscowości pojawiła się w 1848 roku i związana była z najwyższym wzniesieniem – Habischberg. Zasadniczy inwestorzy zaczęli się osiedlać latem 1920 i dlatego rok ten uznawany jest za narodziny kurortu. Wówczas to największe tereny kupił inżynier Osmołowski z Warszawy i po założeniu spółki Jastgór, na dużą skalę rozpoczął zabudowę. Ta typowo letniskowa miejscowość już w dwudziestoleciu międzywojennym zdobyła sporą sławę nie tylko w kraju. W willi “Grzybek” przebywał marszałek Rydz-Śmigły, z kolei w willi “Mewa” – marszałek Piłsudski, a w gospodzie “Nad Lisim Jarem” – prezydent Ignacy Mościcki. Największą estymą cieszył się wybudowany na skarpie morskiej Dom Zdrojowy o nazwie “Kurhaus Habichstberg”, po wojnie przemianowany na “Bałtyk”, w którym również gościły ówczesne elity polityczne. W roku 1938 spółka Osmołowskiego wybudowała wieżę wyciągową “Światowid”, którą wczasowicze z wysokiej, około 40-metrowej skarpy, zjeżdżali bezpośrednio na plażę. Po wojnie uszkodzoną windę uruchomiono dopiero w roku 1966. Po pięciu latach eksploatacji zaczęła być podmywana przez fale morskie i ją zamknięto. Nie zabezpieczona odpowiednio w porę, zawaliła się podczas sztormu, jesienią 1981. Trwają starania, aby w tym samym miejscu postawić podobnego typu nową, konstrukcję. Inną budowlaną ciekawostką [o czym już wspomniano na kartach tej kroniki], jest ustawiony w roku 1932, kamienny obelisk z tablicą upamiętniającą przymusowe – z powodu sztormu – lądowanie w roku 1598 króla Zygmunta III Wazy. Zwieńczenie obelisku tworzyła metalowa kula z orłem wznoszącym skrzydła do lotu. W 1939 hitlerowcy zdjęli go i wywieźli. Dopiero z inicjatywy członków Towarzystwa Miłośników Jastrzębiej Góry, na podstawie zachowanych ilustracji, wykonano odlew z brązu i 25 maja 1996, w obecności władz rządowych i lokalnych oraz mieszkańców, piastowski orzeł wrócił na swoje miejsce. Tuż obok obelisku rozpoczyna się w miarę łagodne zejście ciekawym jarem, którym można dotrzeć na plażę.
Upamiętniamy pobyt w kurorcie zbiorowym zdjęciem pod Gwiazdą Północy pamiątkowym obeliskiem wykonanm z inicjatywy Towarzystwa Miłośników Jastrzębiej Góry, który wyznacza najdalej wysunięte na północ miejsce w Polsce. Obelisk powstał w 2000 r. po przeprowadzonych pomiarach geodezyjnych.
Tutaj grupa dokonuje podziału na spacerowiczów – ci pozostają w miasteczku, oraz traperów, którzy jadą do następnego etapu, którym jest Przylądek Rozewie. Nazwa Rozewie po raz pierwszy pojawiła się w 1939 roku. Utworzony tu został rezerwat przyrody, w którym najokazalszym zabytkiem jest las bukowy, liczący ponad 200 lat. Najsłynniejszym zaś zabytkiem tej niewielkiej miejscowości jest najstarsza latarnia morska na polskim wybrzeżu Bałtyku. Istniała już pod koniec XVII w. Dzisiaj mozna oglądać latarnię wzniesioną w I połowie XIX w. Świeciła do początków XX w. Teraz to już tylko pomnik przeszłości jak i tablica pamiątkowa poświęcona Stefanowi Żeromskiemu oraz muzeum latarnictwa. Tereny Rozewia w znacznej części porośnięte są sosnowymi lasami, wśród których ukryte są liczne prywatne domy letnie.
Z Rozewiem związanych jest kilka ciekawych legend, które zamieszczam.
O mądrym rybaku i głupim diable
Pierwszy rybak, który osiedlił się w pobliżu Lisiego Jaru nazywał się Fabisz. Bałtyk byk wówczas morzem spokojnym i gładkim. Samotnego rybaka napastował jednak miejscowy diabeł – Purtk. Nękany Fabisz pewny swej odporności – postanowił zbadać siłę kusego Purtka. Zgodził się oddać mu duszę pod warunkiem, że bies utrzyma w miejscu kotwice jego żeglującej łodzi. Kiedy wypłynęli daleko w morze, rybak zgodnie z umową przywiązał diabła do kotwicy. Przeżegnał go i wrzucił do wody. Łódka jednak, mimo wiatru płynęła coraz wolniej i zwycięstwo diabła było bliskie. Wówczas rybak, nie widząc innego wyjścia, odciął linę łącząca łódkę z kotwicą i zawrócił do brzegu. Purtk poszedł na dno wraz z kotwicą. I choć od tego czasu nikt już nie zakłócał spokoju Fabisza, to Bałtyk przy Rozewskiej Głowie zmienił się bardzo. Kiedy bowiem diabeł próbuje wydostać się z pułapki zastawionej nań przez przebiegłego Kaszuba, morze zaczyna wrzeć, a z jego głębin daje się słyszeć straszliwy ryk oszukanego diabła.
Kto pierwszy zapali ogień na Rozewiu?
Uwięziony przez Fabisza w głębinach morskich u przylądka rozewskiego diabeł stał się postrachem wszystkich żeglarzy. Jednak najgroźniejszym okazał się wystający z morza granitowy głaz, który do dziś zowią “Frank”. Skąd to imię? Otóż pewien bogaty kupiec i żeglarz noszący to właśnie imię we wszystkie swoje podróże zabierał ukochana córkę Kristę, bowiem wierzył, ze jej obecność przynosi mu szczęście. Rozpieszczał ją, kupując w czasie podróży do Gdańska klejnoty i stroje. Ona zaś swą urodą i urokliwym śpiewem umilała czas podróży ojcu i załodze. Pewnego razu, gdy Frank miał wypłynąć z Gdańska w stronę Kołobrzegu ostrzegano go aby został w porcie, bo zbliża się sztorm. Ale Frank wierzył, że obecność Kristy zapewni mu bezpieczeństwo w największym sztormie. Wypłynąwszy, jak zwykle poprosił córkę, aby zaczęła nucić swe urokliwie pieśni. Sternik zasłuchany, nie zauważył że zbliżają się do miejsca. gdzie szaleje uwięziony w głębinach diabeł. Statek wpadł na wystający głaz i roztrzaskał się. Uratowała się jedynie Krista, która wspiąwszy się na urwisko, ułożyła stos i chciała zapalić ogień aby wskazać żeglarzom drogę ratunku. Bez krzesiwa i hubki była jednak bezradna. Wszystkich żeglarzy wraz z jej ojcem pochłonęło morze. Zwabiony rozpaczliwym krzykiem dziewczyny przybiegł w to miejsce młody rybak Fabisz, który mieszkał w Lisim Jarze. Zaopiekował się Kristą i młodzi zakochali się od pierwszego wejrzenia. Pobrali się i zamieszkali na Rozewskiej Kępie. Odtąd każdej nocy Krista rozpalała ogień by uchronić innych żeglarzy od losu jaki spotkał jej ojca, by omijali głaz, który od owego nieszczęścia nosi imię “Frank”. Gdy Krista umarła. ogień zapalali jej potomkowie.
Przemienieni w buki
Ogień na Rozewiu nigdy nie wygasł. Kolejni Fabisze dobrze spełniali swe obowiązki. Wybudowanej na rozkaz polskiego króla wieży nigdy nie opuszczali. Nawet ciała ich grzebano nie na swarzewskim czy żarnowieckim cmentarzu, lecz tu pod wieżą. Za panowania króla Zygmunta latarnikiem był młody Wit, ostatni potomek Kristy i Fabisza. Pokochał on śliczną Agnieszkę, córkę sołtysa z Tupadeł. Co ranka spotykali się nad brzegiem morza, ona śpiewała, on dla niej zrywał najpiękniejsze kwiaty. O zmierzchu Wit niezmiennie wracał do latarni. Poczyniono już wszelkie przygotowania uroczystych a hucznych zaślubin, gdy ostatniej nocy przed ślubem na morzu pojawiły się szwedzkie żaglowce króla Gustawa. Zarzuciły kotwice pod Lisim Jarem i najeźdźcy wtargnęli na kępę. Wit był w rozterce. Z jednej strony chciał biec do Tupadeł, ostrzec narzeczoną i tamtejszych ludzi przed niebezpieczeństwem. Z drugiej jednak przypomniał sobie przysięgę złożoną na puckim zamku, że od zmroku do świtu nigdy nie opuści latarni. Wierny ślubowaniu pozostał na posterunku. Podkładał do ognia drew, aby choć w ten sposób zwrócił uwagę mieszkańców. Jednak pierwsi spostrzegli go najeźdźcy. Z Lisiego Jaru wąską drożyną ruszył podjazd w kierunku wieży. Wdarli się do baszty i rozkazali ugasić ogień. Wit nie posłuchał. Własną piersią zasłoni ognisko, lecz padł zabity przez wroga i zgasło światło na Rozewiu. Błysnęły za to ognie palonych wsi, co widząc Kaszubi skryli się po okolicznych lasach. Pod wieczór Agnieszka wymknęła się z kryjówki, weszła na latarnie i ujrzała narzeczonego martwego na szczycie baszty. Zrozpaczona zeszła pod wieżę, gdzie biwakiem rozłożył się jeden z podjazdów szwedzkich i gniewnie unosząc pięści, przeklęła zabójców. aby nigdy nie powrócili do domów. Szwedzi zerwali się chcąc pomścić zniewagę, ale poczuli że dziwna moc przygwożdża ich nogi. Buty korzeniami wrastają w ziemie, ręce zamieniają się w gałęzie, włosy w szeleszczące liście. Na zboczu stanął las żołnierzy szwedzkich zamienionych w buki.
O Mikołajku
Ongiś nad brzegiem morza żył swawolny chłopiec Mikołajek. Lubił on psocić rybakom i poszukiwaczom bursztynu, a nawet nimfom z orszaku żony Neptuna, Salacji, bogini słonych wód. Nikt długo nie gniewał się na niego za te żarty.
Chłopiec zdecydował się spłatać figla samej żonie Neptuna, gdy przybyła ona wraz z nimfami na plażę by zażyć kąpieli słonecznej. Mikołajek przeczekał w ukryciu aż cały orszak oddalił się od brzegu, wyskoczył szybko i wszystkie szaty nimf i złote szaty bogini schował w pobliskie zarośla. Po zakończeniu kąpieli dość długo szukano okryć. Rozgniewało to Salację. Wezwała ona Neptuna by ten ukarał przykładnie psotnika. Tym razem Neptun nie darował mu. Za karę przemienił go w piękną roślinę, którą ludzie potem będą zrywać i w ten sposób zadawać mu przez wieki straszne cierpienia, gdyż każda część rośliny to jakaś część ciała Mikołajka. Zaklęcie to przestanie działać dopiero gdy nikt na całym wybrzeżu przez całe lato nie zerwie choćby najmniejszej części rośliny.
A my zbiegamy stromymi schodami na plaże i uzbrojeni w kijki raźno wędrujemy do Władysławowa. Grupa niewielka – 10 osób, ale jaka żwawa.
Wieczorem strzelcy ćwiczą z broni krótkiej a pozostali grypowicze wędrują na plażę. Zachód słońca jest niepowtarzalny, kolorowy i tajemniczy.
Dzień trzynasty – czwartek – 18.06.
Całodzienna wyprawa do Gdańska, Oliwy i Sopotu. A jest co zwiedzać, więc tylko na zasadzie Motława po prawej, Długi Targ po lewej. Ponieważ kronikarza złożyła podstepnie niemoc, przeto ciekawych odsyłam do bedekera poświęconego Trójmiastu.
Wieczorem strzelcy nadal ćwiczą z broni krótkiej a pozostali grypowicze wędrują na plażę. Zachód słońca jest jak zwykle niepowtarzalny, kolorowy i pełen pierzastych chmurek.
Dzień czternasty – piątek – 19.06.
To już ostatnie chwile nad Bałtykiem i ostatni wypad na Hel. Pogoda przekropna i pełno wilgoci. Jedziemy do Juraty i Jastarni, które położone są w środku Mierzei Helskiej. Już w XIV w istniała tutaj osada słowiańska, której mieszkańcy trudnili się rybołówstwem i handlem. W XVI w. podzielili się pod względem religijnym: część pozostała przy katolicyzmie, część przyjęła protestantyzm. Po raz pierwszy, nazwa Jastarnia pojawiła się w dokumentach urzędowych w II połowie XVII w. W okresie międzywojennym, miejscowość znajdowała się na terytorium państwa polskiego. Wówczas postawiono tu latarnię morską. W tym samym okresie, w pobliskiej Juracie wykupiono duży obszar celem wybudowania tutaj nowoczesnego letniska. Od tamtej pory do eleganckiego ośrodka zjeżdżała elita polskiego życia kulturalnego i politycznego. Jednym z najsławniejszych gości był ostatni prezydent wolnej Polski – profesor Ignacy Mościcki. Po drugiej wojnie światowej w Jastarni wybudowano drugą latarnię morską. Sam kurort został objęty ochroną konserwatorską. Później Jastarnia uzyskała prawa miejskie. Ważną datą w dziejach letniska było przyłączenie sąsiedniej Juraty, co nastąpiło w roku 1954. Od tamtego czasu budowano kolejne obiekty noclegowe i gastronomiczne. Dziś Jastarnia i Jurata to dynamicznie rozwijające się ośrodki wypoczynkowe – jedne z najbardziej popularnych i najdroższych kurortów na polskim wybrzeżu Bałtyku. Rokrocznie przyjeżdżają tutaj tłumy turystów. Najważniejszym zabytkiem w Jastarni jest kościół. Wewnątrz wzrok przyciąga bogate wyposażenie, ozdobione motywami rybackimi i roślinnymi. Na Cmentarzowej Górze znajduje się kaplica świętej Rozalii. W jej wnętrzu zawieszono dzwon z rozbitego okrętu. Innym pomnikiem przeszłości jest niewysoka latarnia morska. Jastarnia to jedna z najstarszych miejscowości na półwyspie. Pierwsze wzmianki o niej pochodzą z 1378r. Do czasu wybudowania linii kolejowej w latach 20-tych XX wieku, Jastarnia była skromną i cichą wioską rybacką. W Jastarni nazwy ulic i tablice informacyjne są w języku polskim i kaszubskim, co stanowi rekojmię przetrwania tego ostatniego.
W sąsiedniej Juracie popularne jest molo, deptak, znane hotele – w tym „Bryza”, gdzie chętnie wypoczywał prezydent Aleksander Kwaśniewski oraz liczne eleganckie wille. Ciekawostką są dwa pomniki – malarza Kossaka z nieodłączną paletą, oraz samej Juraty stojącej na muszli. Z jej osobą wiąże się piekna legenda za czerpnieta z książki “W KRAINIE SŁONYCH WIATRÓW Podania, baśnie, legendy…” Janina Soszyńska, Wydawnictwo Morskie Gdańsk 1989 r., wydanie I
Od dawien dawna prowadził przez ziemię polską handlowy szlak zwany “bursztynowym”. W pierwszych wiekach naszej ery przybywali tu kupcy rzymscy po bursztyn, zwany wówczas jantarem, który częściej ceniony był wyżej niż złoto. Jeszcze przed panowaniem Mieszka I i jego syna króla Bolesława Chrobrego zaczęli przyjeżdżać kupcy z Dalekiego Wschodu. Od XV w. zasłynęły w ówczesnym świecie gdańskie wyroby z bursztynu.
Przez długie wieki wspomagał on rybaków w latach “chudych”, kiedy sieci bywały puste, a szalejące wichry zalewały brzegi, niszcząc łodzie i sieci, a czasem nie jedną rybacką checz. Zbierane wtedy okruchy tego złocistego morskiego kamienia, wyrzucanego z dna Bałtyku, znajdowały chętnych nabywców, jednych bogacąc, ratując innych od widma głodu. Ale ludność nie wiedziała, skąd się “to cudo” bierze. Wierzono, że dzieje się to za sprawą walki dobrych duchów ze złymi. I tak powstała baśń o pięknej Juracie i zemście boga Perkuna. Na dnie Bałtyku, w okolicach dzisiejszego Półwyspu Helskiego, miała swój piękny złocisty pałac królowa boginek morskich Jurata. Była to dobra królowa. Nie pozwalała boginkom swawolnymi psotami wyrządzać żadnej szkody rybakom. Choć pracowali ciężko, byli biedni, połowy mieli skromne i głód często zaglądał do ich checzy. A były one nędzne, bez okien, okopcone dymem wydobywającym się przez dziurę w dachu z tlącego się dzień i noc ogniska. Pewnego razu królowa zapragnęła pokazać swoim dworkom ciężką pracę rybaków. Opuściła więc swój wspaniały zamek i ukryła się z nimi w kępie nadmorskich krzewów w pobliżu miejsca, skąd zwykle wyruszali na połów.
- Spójrzcie – rzekła – przed rozpoczęciem połowu składają bogom ofiarę. Sami nie są syci, a jednak każdy z nich choć po najmniejszym kawałeczku podpłomyka rzuca do morza na przebłaganie bogów za popełnione winy i z prośbą o obfity połów. Czyż nie są to dobrzy ludzie?
- To może im pomożemy? – zapytała najmłodsza boginka.
- Ależ tak, tak – zakrzyknęły pozostałe. – Trzeba im pomóc. Ty, o pani – zwróciły się do Juraty – jesteś królową, masz moc czarnoksięską, spełnimy wszystkie twoje rozkazy.
Uśmiechnęła się piękna Jurata i rzekła:
- Zaczarujemy bezmyślne wichry, które burzą toń morza i zatapiają łodzie. Każda z was wypłynie na powierzchnię i będzie śpiewać pieśni o miłości. Wichry, wsłuchując się w nie, polecą za wami, a wy popłyniecie daleko od miejsca, w którym rybacy będą łowić ryby.
Dziwili się później rybacy, że złagodniały fale, nie szarpią już i nie wywracają ich skromnych maleńkich łodzi, sieci są ciężkie od ryb i nikt już nie wraca z pustymi rękami do checzy. Co silniejsi i młodsi łowili nawet we dnie i w nocy. A kobiety płatały dorsze, śledzie i flądry, suszyły je w słońcu, wędziły lub soliły na zapas w przepaścistych i do tej pory pustych beczkach.
- posłuchajcie mnie, ojcowie – powiedział pewnego razu najmłodszy, ale mądry i pracowity rybak zwany Tosiem. – To nie są zwyczajne połowy, ktoś nam pomaga. Ale kto?
- Rację ma – odrzekli starsi – może to rusałki, a może jakieś dobre bóstwo Morza?
- Boginek i rusałek się wam zachciało – zajazgotały białki – my już wam nie wystarczamy, co?
- Głupie – ofuknął je stary Ksander. – Macie syte brzuchy, to się już wam w tych owczych łbach poprzewracało. Trzeba coś postanowić… rozpalmy święty ogień na brzegu przy pełni księżyca, a jako ofiarę nieznanym mocom niechaj każdy rzuci nań najtłuściejszą rybę z ostatniego połowu. Jeśli ofiara zostanie przyjęta, ogień buchnie ku niebu, przecie ktoś się pojawi. Ino się nie strachajcie. Będziemy śpiewali stare święte pieśni – nie stanie się nam krzywda. Drzewiej, za moich dziecinnych lat, taki był zwyczaj.
Rybacy zrobili dokładnie tak, jak poradził im stary Ksander. Kiedy ogromny rumiany podpłomyk pogrążył się w falach morza, a na jego miejsce powoli wytaczał się pyzaty roześmiany księżyc, rozpalili przygotowane ognisko. I choć ufali starcowi, serca ich biły nie spokojnie. A nuż się dobre bóstwo obrazi? Z wielką wrażliwością, wzbudzając w sobie wiarę i nadzieję, rozpoczęli błagalne śpiewy. W pewnej chwili rozwarły się fale morza i wynurzyła się z nich młoda, nadzwyczajnej urody dziewczyna. Zamilkli, trochę zdziwieni, trochę przestraszeni. Stali niepewni, nie wiedząc co teraz będzie z nimi.
- Nie lękajcie się – ozwała się ona melodyjnym głosem. – Jestem królową tej wody. Na jej dnie mam pałac i wiele wiernych boginek. Odkąd tu zamieszkam, poznałam waszą ciężką pracę i mizerne życie. Przekonałam się, że jesteście ludem uczciwym. I dlatego postanowiłam wam pomóc. Niczego w zamian nie żądam.
Dookoła ogniska przez dłuższą chwilę panowała cisza. Nagle z tłumu wysunął się młody piękny rybak Toś i patrząc śmiało na królową postąpił ku niej kilka kroków. Pokłonił się nisko i rzekł:
- Miłościwa pani, nawet nie znamy waszego imienia, a chciałbym ułożyć pieśń na waszą cześć. Jako podziękowanie będziemy ją śpiewać przed każdym wypłynięciem na połów.
Podobała się królowej odwaga rybaka, odparła więc łaskawie:
- Zwą mnie Jurata albo Bursztynka. Tobie zaś dziękuję za dobre chęci. Z przyjemnością będę słuchała tej pieśni – i uśmiechnęła się tak słodko, że aż rybakowi zabiło gwałtownie serce.
Połowy nadal były obfite, a rybacy składali królowej swoje skromne dary i śpiewali pieśń którą ułożył młody rybak. Wnet zrozumieli, że zakochał się w niej bez pamięci. Ale nie bali się o jego los, bo wiedzieli, że Jurata ma dobre serce.
Rybacy nie spodziewali się, że pieśń usłyszy nie tylko Jurata, ale i Perkun, potężny bóg Morza i Ziemi. Postanowił on przekonać się, czy rzeczywiście Jurata jest tak piękna, jak śpiewają rybacy. kiedy przybył do podwodnego pałacu, zakochał się w Juracie od pierwszego wejrzenia.
- Jurato! – zawołał – jak to się stało, że do tej pory ciebie nie widziałem? Nie spotkałem nigdzie?
- Nie zainteresowałeś się, panie, biednymi – odrzekła śmiało królowa. – Gdybyś postąpił tak jak ja, śpiewaliby i o tobie.
- Nie potrzebuję ich śpiewu – odparł dumnie. – Pragnę ciebie. Jestem bogiem i mam władzę nad całą ziemią.
- Właśnie – odparła – żądza władzy przesłoniła ci dobro tego ludu. Ale ja nie pokocham ciebie, panie. Moje serce należy do młodego rybaka i tylko jego poślubię.
- Szalona! – krzyknął rozgniewany Perkun. – Zastanów się! Daję ci pięć dni do namysłu. Jeśli odmówisz, moja zemsta spadnie na ciebie, na rybaka i jego ziomków. – To powiedziawszy odpłynął wśród wzburzonych fal.
Ale powrócił niebawem i aby złamać opór dziewczyny roztrzaskał jej pałac bursztynowy a ją uwięził w głębinach. Zaś rybak Toś z tęsknoty za rusałką na próżno wypływał w morze. Aż pewnego razu zazdrosny Perkun i jego wciągnął w odmęty.
Dzień piętnasty – sobota – 20.06.
Żal odjeżdżać, choć pogoda nas nie rozpieszczała. Ale były tu takie pola i takie lasy. Zieleń kipiała, przelewała się z przydrożnych rowów zdobnych w maki i bławatki, oraz mniej znane kwiatki. Ach, powędrować miedzami i dróżkami. Ale niestety – czas powrotu.
Jeszcze tylko ostatnie tęskne spojrzenie z za szyb autokaru i do nastepnego udanego wypadu.
„Udając ofiarę” – 13 sierpnia
Znowu wracamy w gościnne progi Teatru Nowego. Tym razem na współczesną rosyjską sztukę. Bracia Presniakow to chyba najbardziej znani na świecie teraźniejsi dramaturdzy rosyjscy. Światowa prapremiera sztuki Udając ofiarę odbyła się w 2003 roku na festiwalu w Edynburgu, w Polsce do tej pory doczekała się tylko jednej premiery.
Wala, trzydziestolatek absolwent filozofii i dziennikarstwa pracuje jako statysta podczas policyjnych rekonstrukcji zdarzeń na miejscu przestępstw. Kiedy kolejni mordercy opowiadają ekipie śledczej o okolicznościach zabójstw, Wala wciela się w ich ofiary, raz udając kobietę, która podobno przypadkiem wypadła przez okno, kiedy indziej utopioną na basenie dziewczynę, wreszcie nielubianego kolegę zastrzelonego na balu absolwentów. Wala żyje w przekonaniu, że śmierć jego ojca została spowodowana – jak w szekspirowskim Hamlecie – przez jego matkę i wuja, którzy teraz być może spróbują pozbyć się także i jego. towarzyszy mu oczywiście Duch ojca, każąc żyć na granicy między jawą a urojeniem.
Życie Wali, pełne niedorzeczności, sprowadza się do ucieczki przed światem i ludźmi. Mieszając gatunki i style, łącząc absurd sytuacji i czarny humor z refleksją nad ludzkim nieszczęściem, wyobcowaniem i samotnością, autorzy opowiadają współczesną historię o pozbawionym zasad świecie w którym nic nie jest już takie, jakie się wydaje lub jakie być powinno, a jedyną niepodważalną prawdą i ostatecznością – jest śmierć.
Bracia Presniakow dają współczesną wersję Hamleta. Z pierwowzoru czerpiąc jedynie pewien rys fabularny. W Udając ofiarę mieszają się rzeczywistości i plany opowiadania, to, co przerysowane i śmieszne sąsiaduje z bolesną, niemalże naturalistyczną wiwisekcją ludzkich lęków, pragnień i instynktów. Pozornie łatwa, choć zmuszająca do zastanowienia się nad ludzką kondycją sztuka.
scenografia – Szymon Gaszczyński
muzyka – Agata Jagniątkowska
kostiumy – Aleksandra Grudzińska,
Obsada: Witold Dębicki (Ojciec) Maria Rybarczyk (Japonka po Przejściach ) Gabriela Frycz (Milicjantka Luda) Waldemar Szczepaniak (Sysojew) Mirosław Kropielnicki (Kapitan) Daniela Popławska (Matka) Ildefons Stachowiak (Wierchuszkin) Nikodem Kasprowicz (Wala) Cezary Łukaszewicz (Sierżant Siewa) Marta Szumiej (Olga) Mariusz Puchalski (Wujek Piotr ) Mandar Purandare (Zakirow – gościnnie) Bożena Borowska (Pracownica Basenu) Wojciech Deneka (Kierownik Restauracji)
“Szlak kościołów drewnianych wokół puszczy Zielonka”
12 września
Jeszcze ostatnie promyki słońca zaplątane w złote nitki babiego lata, namotane na brązy i żółcie jesiennych liści, czerwieniejące kiściami jarzębin. Szkoda je stracić. Zaplanowaliśmy już dawno ten rajd, tym razem i kołowy i pieszy. Tuż pod Poznaniem, na północny wschód od miasta, rośnie mieszany las – puszcza Zielonka – pokrywający polodowcowe wzgórza z jeziorami, zamieszkany m.in. przez bobry, bieliki, łosie, żurawie, raki. Pięć gmin, na których terenie leży, uruchomiło rok temu “Szlak kościołów drewnianych wokół puszczy Zielonka” – trasę po parafiach, które powstały w średniowieczu z fundacji rycerskich, książęcych bądź duchownych, i po stojących w nich kilkusetletnich kościołach, z których każdy jest inny. Szlak obejmuje tylko 12 świątyń, więc można go objechać nawet w jeden dzień. W 41 osób wyruszamy rano z Poznania w towarzystwie pana Michała – jak się okaże człowieka bogatej wiedzy i ciekawie opowiadającego historię regionu – na północ drogą nr 196 w kierunku Wągrowca. Do kościółka św. Józefa w Kicinie mamy z centrum niecałe 30 minut. Widać go jak na dłoni – stoi wśród pól na szczycie dawnego grodziska, w kręgu drzew.
Drewnianą świątynię postawiono w latach 1749-51, na miejscu poprzedniej, XIII-wiecznej. ufundowana została z fundacji Józefa Tadeusza Kierskiego, biskupa poznańskiego. Stoi na dawnym grodzisku – wg legendy gród wznieśli rycerze na rozkaz świętej królowej Jadwigi. O pierwszej świątyni w tym miejscu pochodzą zapisy z XV w. – nosiła wówczas wezwanie Wszystkich Świętych.
Kicin należał do majątku poznańskiej kapituły katedralnej, której prepozyt był tytularnym proboszczem i kolatorem kicińskim. Jej proboszczami byli zawsze prepozyci, czyli przewodniczący kapituły katedralnej, m.in. Jan Kochanowski. Poeta nigdy się tu nie pojawił, ale korzystał z dochodów kicińskiego majątku, przekładając w tym czasie na polski swój “Psałterz”. Od 1812 – 1947 r. parafie w Kicinie i Wierzenicy pozostawały w unii personalnej, tj. miały wspólnego proboszcza.
Wokół kościoła: Cztery dzwony – ufundowane wraz z budową obecnego kościoła: „Józef”, „Nepomucen”, „Stanisław” i „Wawrzyniec” (sygnaturka). Figura św. Józefa – dłuta Józefa Kaliszana (nieżyjącego już parafianina, profesora poznańskiej ASP).
Wnętrze: Zachowało się kompletne wyposażenie wnętrza. Godna uwagi jest rokokowa polichromia odnowiona przez artystę malarza – Tadeusza Szukałę. W ołtarzu głównym – MB Gostyńska, Róża Duchowna z panoramą Gostynia oraz kościoła Kicińskiego w tle. Posoborowy ołtarz z wyobrażeniem Ostatniej Wieczerzy – został ufundowany z inicjatywy rodziców dzieci przystępujących w 1994 r. do I Komunii Świętej. Zachowały się ławki kolatorskie z XVIII w. Natomiast witraże – z 1957 r. autorstwa Stanisława Powalisza: przedstawiają MB Ostrobramską i Jana Pawła II. Ołtarze boczne: poświęcone są Św. Józefowi i Św. Stanisławowi Biskupowi.
Wracamy do drogi nr 196 i jedziemy do Wierzenicy
2. Wierzenica – Kościół p.w. św. Mikołaja wzniesiony w 3 ćwierci XVI w. Ok. 1870 r. dobudowano kaplicę-mauzoleum rodziny Cieszkowskich, właścicieli wsi. W latach 1812 – 1947 parafia połączyła się unią personalną z parafią w Kicinie – tam też przeniosło się centrum parafii i siedziba proboszcza. Kościół uznawany jest za jeden z dziesięciu najstarszych kościołów drewnianych w Wielkopolsce. Po wnętrzu oprowadza nas proboszcz pasjonat i społecznik, ale także dobry gospodarz i przyjaciel parafian.
Wnętrze: Odrestaurowany bogato zdobiony w stiuki i złocenia barokowy ołtarz główny – Maria Panna z Dzieciątkiem w otoczeniu figur św. Wojciecha i św. Mikołaja. Jest to Wierzenicka Madonna słynąca opieką nad ubogimi o czym świadczy drobna figurka fundatora obrazu, który na jego potrzeby sprzedał własne dwie jałówki.
Ołtarze boczne: późnogotycka rzeźba Chrystusa Ukrzyżowanego i św. Filip Neri. Na uwagę zasługuje Mauzoleum Rodziny Cieszkowskich zasłużonych dla Wielkopolski, świetnych gospodarzy, społeczników i naukowców [August Cieszkowski] . Charakterystyczne i bogate w symbolikę drzwi do krypty wykonał na zamówienie Augusta Cieszkowskiego, Teofil Lenartowicz, mistrz dłuta i romantyczny poeta. Są one repliką drzwi krypty kościoła Santa Croce. Na ścianie obraz nieznanego artysty przedstawiający Marię zawijającą dzieciątko w pieluszki. Jest to rzadko podejmowany motyw w naszym malarstwie.
Parafia słynie z organizacji dwóch przedsięwzięć: – 3-dniowe czuwanie w intencji Ojczyzny, Kościoła i Parafii (30.04.-3.05.), oraz Wierzenickie Czytanie Słowa (od środy przed Bożym Ciałem do soboty po Święcie) Również co roku przyznawana jest nagroda „Przyjaciel Wierzenicy” – dla osoby szczególnie zasłużonej dla Kościoła i Parafii. Nagrodę stanowi drewniana rzeźba św. Mikołaja.
My zostaliśmy obdarowani przez życzliwego proboszcza podobiznami Madonny Wierzbnickiej i ©błogosławieństwem na dalszą trasę.
3. Sławno – Kościół a w zasadzie kaplica cmentarna p.w. św. Rozalii. Wzniesiona w 1785 r. z fundacji ks. Józefa Sztolzmana (wg legendy w pobliżu wzgórza, miejscowemu pastuszkowi ukazała się św. Rozalia – to skłoniło księdza do wybudowania kaplicy). Remontowany w 1930 r. Z tego okresu pochodzą ciekawe polichromie na ścianach – girlandy białych i czerwonych róż i lilii, fryzy i rozety). W ołtarzu głównym – obraz św. Rozalii (Jej imię uważano za połączenie Róży i Lilii – symboli piękna i niewinności). Ta sama postać stoi na belce tęczowej – w książęcej mitrze na głowie, trzymając czaszkę i krucyfiks). Z jej obu stron putta wsparte na czaszkach.
Przy kościele – zlokalizowany cmentarz – z ciekawymi rzeźbami nagrobkowymi.
4. Kiszkowo – Kościół p.w. św. Jana Chrzciciela był niegdyś farą miejską – jest zatem dość obszerny. Obecna świątynia powstała w 1733 r. z fundacji księdza proboszcza – Jana Wypijewskiego. W momencie budowy arcybiskupem gnieźnieńskim i prymasem był Teodor Potocki herbu Pilawa (znany z licznych inicjatyw budowlanych. Herb ten został umieszczony na kościelnej wieży. Od 1982 r. wnętrze kościoła utrzymane jest w kolorach naturalnego drewna.
Wnętrze: W ołtarzu głównym – cudowny obraz MB z Dzieciątkiem z XVIII w. – zasłaniany przez obraz Chrztu Chrystusa w Jordanie (płótno z 1999 r.). Boczne ołtarze: Najświętszego Serca Pana Jezusa i św. Józefa (późny wiek XIX).
Do kościoła przylega kaplica (z I poł. XVII w.) – wotum dziękczynne, fundacji Łukasza Niemojewskiego, cudownie uzdrowionego właściciela Kiszkowa. W niej – Pieta. Tego rodzaju figury pojawiły się w Europie ok. 1300 r. i szybko zyskały popularność. Niegdyś Kaplica mieściła główne Sanktuarium. Kaplica stała się nekropolią tutejszych dziedziców spoczywających w krypcie. Jedziemy wśród malowniczej otuliny Puszczy Zielonka.
5. Węglewo – Kościół p.w. św. Katarzyny Aleksandryjskiej. Jest to najstarsza parafia na Szlaku – bowiem w 1266 r. rozpoczęto budowę pierwszego kościoła. Obecny – konstrukcji sumikowo-łątkowej (zachowały się 2 dębowe sumiki – prawdopodobnie z poprzedniej świątyni), zbudowany w 1818 r., ostatnio restaurowany w 1996 r. dach pokryto gontem, a zewnątrz dano nowy szalunek.
Wnętrze: Bogaty barokowy ołtarz główny – Obraz MB z Dzieciątkiem – Pani z Wyspy – kopia z XVI-XVII w. Dekretem Stolicy Apostolskiej, z dnia 15 lipca 1988 r. Pani Węglewska otrzymała swoją uroczystość w święto Najświętszej Marii Wspomożycielki Wiernych – 24 maja. Według legendy , po wybudowaniu pierwszej świątyni w Węglewie przeniesiono do niej obraz z dawnej, pałacowej kaplicy Bolesława Chrobrego na Ostrowie Lednickim. Typ wizerunku to rzadko spotykana Eleusa, tj. po rusku Umilenje. U dołu obrazu znajduje się napis w dwóch językach: po łacinie i grecku. EX AUTOGRAPHO S.LUCAE ANTIGRAPHOS. Tzn. , że obraz wykonany miał zostać na wzór oryginału, namalowanego rzekomo przez św. Łukasza. Zasłonę dla obrazu stanowi wizerunek św. Wawrzyńca. – nie zdążył otrzymać święceń kapłańskich, toteż nosi tylko albę i liturgiczny strój diakonów – dalmatykę.
Na ścianie nawy ciekawy obraz patronki kościoła – św. Katarzyny – jedna z czterech Świętych Dziewic czczonych w średniowieczu. Katarzyna z Aleksandrii (ur. ok. 282, zm. ok. 300) – męczennica chrześcijańska. Patronka filozofów, studentek, bibliotekarzy, kołodziejów i kolejarzy, jedna z Czternastu Świętych Wspomożycieli. Przez lata uchodziła za jedną z najpopularniejszych świętych Kościoła katolickiego, jednak współcześni badacze podważają jej istnienie. Prawdopodobnie za podstawę legendy o Katarzynie z Aleksandrii posłużył życiorys Hypatii z Aleksandrii. Według tradycji była bogatą i wykształconą chrześcijanką, która przyjęła śluby czystości. Poniosła śmierć męczeńską w wieku 18 lat. Otwarcie krytykowała prześladowania chrześcijan i postępowania cesarza Maksencjusza lub Maksymiana, żonę którego nawróciła na chrześcijaństwo. Wyrok śmierci zapadł po dyspucie religijnej, w której Katarzyna okazała się bieglejsza od pięćdziesięciu mędrców niechrześcijańskich, część z nich nawracając. Niezadowolony z takiego obrotu sprawy cesarz skazał Katarzynę na śmierć po torturach; odstąpiono od łamania kołem po zniszczeniu narzędzia tortur przez anioła i wyrok wykonano przez ścięcie. Kult świętej rozwinął się zarówno w kościele zachodnim, jak i w prawosławiu. Stała się patronką wielu miast, uczelni i świątyń. W Polsce wystawiono ku jej czci ponad 170 budowli sakralnych. Kilkadziesiąt miejscowości polskich wywodzi swoją nazwę od imienia Katarzyny, postać świętej znajduje się w herbach m.in. Działdowa i Nowego Targu. W obrębie kościoła znajduje się pomnik Św Wojciecha w łodzi i Grobowiec Państwa Kostrzewskich – rodziców prof. Józefa Kostrzewskiego, badacza grodu w Biskupinie.
Od 1991 r. w weekend przypadający po 24 maja, wyrusza z Węglewa młodzieżowa pielgrzymka na Ostrów Lednicki. Na zakończenie odprawiona zostaje Msza Święta w ruinach kaplicy książęcej przy piastowskim palatium.
6. Skoki –przy drodze 196 (znowu do niej wracamy) to dawne miasto sukiennicze, jedno z wielu w Wielkopolsce ważnych skupisk i ośrodków braci czeskich, grupy protestantów, którzy wyłonili się z husytyzmu. Tutejszy szachulcowy kościół ma dwie wieże kryte blaszanymi hełmami i aż trzy nawy (pozostałe kościoły jedną). Chcąc obejrzeć jeden z najcenniejszych jego zabytków, renesansową płytę nagrobną Zofii Reyowej, żony Andrzeja, nie trzeba wchodzić do środka. Wmurowana dotąd w jedną z zewnętrznych ścian marmurowa płyta z delikatnym roślinnym ornamentem leży przed kościołem. Podczas remontu góralscy cieśle wymienili już m.in. ściany świątyni, nie demontując przy tym sufitu i konstrukcji dachu, tylko wspierając go i pozostawiając na specjalnej konstrukcji. A ponieważ brakowało funduszy na dalszy remont, proboszcz kazał pociąć XVIII-wieczne belki wydobyte ze ścian kościoła i – opatrzone certyfikatem autentyczności – sprzedał jako cegiełki.
Kościół p.w. św. Stanisława Biskupa. Został wzniesiony w 1737 r. z fundacji Michała Kazimierza Raczyńskiego, wojewody poznańskiego – konstrukcji szkieletowej. Budowlę wyróżnia dwuwieżowa fasada.
Wnętrze: 3 nawy rozdzielone smukłymi kolumnami. Polichromia na suficie – wykonana w latach 50. XX w. W plafonie z MB z Dzieciątkiem znajdują się również „stany” z epoki PRL-u: m.in. żołnierz Ludowego Wojska Polskiego – po obecnym remoncie zostanie skuty. A szkoda, ponieważ to także nasza historia.
Ołtarz główny – to w bogatej oprawie MB Niepokalanie Poczęta. Ołtarze boczne – MB Wspomożycielka Wiernych i ołtarz Pana Jezusa.
Zabytki z marmuru chęcińskiego – czasza starej chrzcielnicy i płyta nagrobna Zofii z Latalskich Reyowej.
Ostatni etap pełnych wrażeń i nieco zmęczonych łazików wiedzie do
7. Długa Goślina – Barkowy kościółek św. Marii Magdaleny z pierwszej połowy XVII w. jest jednym z największych na trasie. Powstał w 1623 r. na miejscu wcześniejszej o 200 lat kaplicy, ufundowany przez poznańskie benedyktynki, właścicielki wsi, które chroniły się tu zawsze, gdy w Poznaniu wybuchała zaraza. Choć aż czterokrotnie rozbudowywany (ostatnio, w 1770 r., postawiono wieżę zwieńczoną barokowym hełmem), stanowi harmonijną całość. A jego barokowe ołtarze są jednymi z piękniejszych na trasie. Niestety świątynia jest w remoncie. Wiemy tylko, że w bocznym ołtarzu św. Benedykta znajduje się małe prostokątne płótno z XVII w. przedstawiające patrona zakonnic w pustelni w górach pod Subiaco: w dzikim krajobrazie o ciepłych barwach zapada wieczór, Benedykt czyta jakąś świętą księgę. Nie możemy przekonać się czy łączący klasztor i kościół podziemny tunel istnieje prawdziwie.
Od kilku lat w goślińskim kościele urządzane są latem festiwale Musica Sacra – Musica Profana
(tegoroczny zakończył 1 sierpnia koncert pieśni operowych).W Długiej Goślinie skręcamy na starą drogę do Wojnowa wyłożoną brukiem, a nie kocimi łbami. Nawierzchnia świadczy o dawnej świetności tej trasy. Czy służyła ziemianom jeżdżącym tędy na niedzielne msze do Długiej Gośliny? Bo w Wojnowie stoi starannie odnowiony neorenesansowy pałac Powelskich z 1836 r. z pięknym tarasem wychodzącym na jezioro – dziś hotel rezydencja z ponoć dobrą restauracją, ale stracił ze swego uroku na rzecz eklektyki i nowobogackiej maniery obecnych właścicieli.
Wracamy przez Owińska i Murowaną Goślinę. Owińska znane są z pocysterskiego kościoła i klasztoru powstałych w latach 1720-28. Klasztor zlikwidowali Prusacy w 1 połowie XIX w. – obecnie mieści się tu szkoła i ośrodek wychowawczy dla dzieci niewidomych. Po drugiej stronie szosy na tle rozległego parku stoi od 1806 r. pałac niemieckiej rodziny von Treskow, do której przez 150 lat należały okoliczne ziemie. Monumentalny, o wielkopańskim założeniu, od lat opuszczony. Ja bardzo lubię nieduży renesansowy kościół św. Mikołaja z 1574 r. zaraz przy wjeździe do wsi, skryty za zaroślami na skraju starego cmentarza. Żal patrzeć, jak ten skromny kościółek, uroczy przykład renesansu, powoli ginie nikomu niepotrzebny.
Nie wystarczyło czasu na zwiedzenie wszystkich 12 kościołów na szlaku, ale mam nadzieje, że zdarzy się okazja aby poznać pozostałe perełki dawnej wielkopolskiej architektury.
„Lecą z drzewa jak kiedyś kasztany” – 4 października
Złociście brązowo i mgliście zielono… jesień, jesień. Ostatnie promyki słonka ukradkiem zerkające zza nabrzmiałych chmur. W takiej to aurze wybraliśmy po śliczne brązowe i lśniące kasztany – starym szlakiem z Owińsk przez Dziewiczą Górę do Czerwonaka. Na starcie zameldowało się 28 osób, z tego połowa z kijkami nordic walking. Na przekór sceptykom nasza kijkowa sekcja rośnie w siłę. Pogoda raczej mało zachęcająca, wiatr i nisko sunące chmury. Pocieszamy się, że jesień wszak zmienna jest.
O historii miejsc i urokach szlaku pisałem w poprzednich opowieściach, więc tylko zaświadczę, że nadal jest urokliwy i świetnie się nim maszeruje.
W okolicach leśniczówki robimy pierwszy popas i nie ma mocnych, sekcja gimnastyczna zaprasza na ćwiczenia. Nieco niemrawo to idzie, ponieważ jest więcej widzów niż ćwiczących, ale niech patrzą i zazdroszczą. Pod kierunkiem Kai i Halinki – dwóch naszych „gumeczek” dziarsko wywijamy kończynkami i kłaniamy się ziemi-matce. A jak smakują po tym trudzie kanapki jedzone na omszałych ławeczkach.
Nieźle radzą sobie zaprzęgi kijkowe. Gosia oddawszy Agrafkowi plecaczek wysforowała się ze Zbyszkiem tak, że trudno ich dogonić. Zapewne „zwiali” z wycieczkową kasą przeznaczoną na obiadek w Czerwonaku. – rzucam podstępnie myśl. Grozą wieje po zebranych, a miał być taaaaki obiadek. A tu ani skarbnika ani obiadku. Klęska!
Dopadamy naszych liderów już w Czerwonaku. No i po co te podstępne podejrzenia, te kalumnie i niecne podszepty. Okazuje się, że kasa leży sobie bezpiecznie w Gosi plecaczku, ale na plecach nieświadomego niczego Agrafka. No cóż, okazja do defraudacji przeszła bokiem, ale pomówionko poszło w świat. Oj, wstydź się Agrafku, wstydź!!!
Z entuzjazmem i apetytem pałaszujemy smaczny obiadek w gminnym ośrodku sportowym i jak zawsze zadowoleni wracamy do Poznania.
A kasztanki? Kasztanki owszem będą w najbliższym czasie, w opowieściach zaproszonego na herbatkę u Małgorzatki ułana
Agrafek
Mamy osobistego instruktora
Hurra, hurra. Hurra. Najpierw Agrafek wiercił dziurę i marudził w sprawie poszerzenia łazikowej oferty o nordic walking. Potem szef -Paweł wynalazł niedrogi sprzęt i skonstruował przemyślną i bardzo przydatną „uprząż” aby niewidomy w towarzystwie przewodnika mógł bezpiecznie i w ostrym tempie maszerować z kijkami. I tak powstała nasza kijkowa grupa.
Aliści okazało się, że owszem sprzęt mamy, tyle że trekkingowy a także chodzimy, ale to jest nie to i w dodatku nie tak. Robimy podstawowe błędy treningowe i kołyszemy się jak kto tam umie i potrafi, czyli źle.
I wówczas sprawę w swoje energiczne ręce wzięła Gosia stwierdzając z przekonaniem „tak być nie może, nie jesteśmy jakąś tam kijkową bandą lecz porządnymi amatorami” I zapisała się na kurs instruktorski poświęcając osobisty czas . I teraz niechaj wszem i wobec wiadomym będzie, że łaziki mają instruktora nordic walking z certyfikatem jak się patrzy a także kupiliśmy prawdziwe walkingowe kijki. Pierwsza trzyosobowa grupa została przeszkolona wstępnie w prawidłowych technikach pracy z kijkami. Pani instruktor, choć łagodnego obejścia ale konkretnych wymagań dała nieco w kość. A tak jej dobrze z oczu patrzy.
Hej ułani, ułani malowane dzieci – 19 października
Wszyscy znamy dziarskie bądź rzewne pieśni a to o malowanych ułanach, a to o wojence, a może o ułanie na widecie. Natomiast mniej są znane ułańskie przyśpiewki – żurawiejki, których zwykle nie śpiewa się przy damach.
Prawie zapomniana legenda konnicy, tak kiedyś skutecznej w walkach gdy mężczyźni potykali się wręcz nie kryjąc się za stalowymi pancerzami wpatrzeni w ekrany komputerów.
Mieliśmy niepowtarzalną okazję posłuchania [i obejrzenia] o pełnej chwały historii 15 Pułku Ułanów Poznańskich a także kontynuacji tradycji nie tylko przez ułanów-kontynuatorów, ale także zapaleńców i pasjonatów dziejów pułku. Dzięki uprzejmości p. Michała ANDRZEJAKA – wspaniałego gawędziarza i człowieka znakomitej wiedzy mogliśmy obejrzeć elementy skomplikowanych mundurów – a było ich kilka na różne okazje, – ale także broń sieczną i kłującą, siodła, manierki olstra, ostrogi i wszystko to co było ułanowi niezbędne.
Piękna i niezapomniana lekcja historii. A że jest to pułk szacowny, świadczy jego krótka historia opowiedziana przez naszego gościa.
15 Pułk Ułanów po raz pierwszy pojawił się w składzie Armii Księstwa Warszawskiego. Następnie w powstaniu listopadowym uczestniczył w walkach Pułk Jazdy Poznańskiej składający się z ochotników pochodzących z ziem zaboru pruskiego.
Następny pułk ułanów nawiązujący do tradycji poznańskiej kawalerii powstał 30 grudnia 1918 podczas powstania wielkopolskiego pod komendą ppor. Kazimierza Ciążyńskiego, jako Konni Strzelcy Straży Poznania, a jako barwy proporczyka przyjął biel i czerwień. 14 stycznia 1919 tymczasowym komendantem konnych strzelców mianowany został ppor. Józef Lossow. Kawalerzyści złożyli przysięgę 26 stycznia 1919.
29 stycznia 1919 1 Pułk Strzelców Konnych Wielkopolskich przemianowany został na 1 Pułk Ułanów Wielkopolskich. Dwa dni później płk Aleksander Pajewski zatwierdzony został na stanowisku dowódcy pułku.
W styczniu 1920, po scaleniu Armii Wielkopolskiej z armią w kraju, pułk otrzymał nazwę 15 Pułk Ułanów. W lipcu 1920 szwadron zapasowy 15 p.uł. wystawił 1 szwadron 115 Pułku Ułanów Wielkopolskich oraz 215 Ochotniczy Pułk Jazdy Wielkopolskiej.
5 sierpnia 1920 na wniosek prezydenta PoznaniaJarogniewa Drwęskiego pułk otrzymał nazwę 15 Pułk Ułanów Poznańskich. 22 października 1927 staraniem władz miasta i dowództwa pułku odsłonięto przy ul. Ludgardy w Poznaniu Pomnik Ułanów Poznańskich autorstwa Mieczysława Lubelskiego i Adama Ballenstaeda. Przedstawia on ułana, który jako święty Jerzy, godzi lancą w smoka.
W kampanii wrześniowej Pułk wziął udział w składzie Wielkopolskiej Brygady Kawalerii wchodzącej w skład Armii “Poznań”.
W 1942 Pułk został odtworzony w ramach w Polskich Sił Zbrojnych w ZSRR jako Batalion “S”. Batalion opuścił Związek Radziecki wraz z całą armią, udając się najpierw do Iraku a następnie na Bliski Wschód, gdzie w dniu 8 października 1942 rozkazem dowództwa Polskich Sił Zbrojnych otrzymał nazwę 15 Pułk Ułanów Poznańskich i stał się pułkiem rozpoznawczym.
Następnie w ramach II Korpusu Polskiego wziął udział w kampanii włoskiej 1944. W końcu grudnia 1944 Pułk został skierowany na odpoczynek na południe Włoch. Sprzęt i połowę swego stanu miał wkrótce zdać dla nowo tworzonego 25 Pułku Ułanów Wielkopolskich. Sam wszedł w podporządkowanie 14 Wielkopolskiej Brygady Pancernej. Otrzymane uzupełnienia i własną kadrę, musiał przeszkolić w Egipcie do zadań przewidzianych dla pułku pancernego. Po wykonaniu zadań okupacyjnych przetransportowany do Wielkiej Brytanii. Ostatnie święto pułkowe w mundurach, ale już przy znacznie uszczuplonych stanach, obchodzono jeszcze w dniach 22—23 kwietnia 1947. W lipcu, w kolejnym obozie w Slinford, z pozostałości pułku pod dowództwem ppłk. Bielińskiego utworzona została 340 Jednostka Bazowa (ang. Basie Unit 340) Polskiego Korpusu Przysposobienia i Rozmieszczenia. Ostatni zdemobilizowani żołnierze opuścili szeregi we wrześniu 1948 roku wraz z rozwiązaniem PKPR. 15 Pułk Ułnów Poznańskich przestał istnieć.
W 1996 staraniem Towarzystwa Byłych Żołnierzy i Przyjaciół 15 Pułku Ułanów Poznańskich (powstało w 1991 w Poznaniu) i działającego na emigracji od 1946 początkowo we Włoszech, a później w Londynie Koła Ułanów Poznańskich im. gen. broni Władysława Andersa nadano numer 15 Wielkopolskiej Brygadzie Kawalerii Pancernej, a jej 1 Batalion Czołgów otrzymał barwy pułkowego proporczyka 15 Pułku Ułanów Poznańskich. Po rozformowaniu 15 WBKP tradycje pułku i jego barwy przejął batalion czołgów 17 Brygady Zmechanizowanej, otrzymując nazwę wyróżniającą 15 batalionu Ułanów Poznańskich. W mundurach 15 Pułku występuje także Ochotniczy Reprezentacyjny Oddział Ułanów Miasta Poznania
W dwudziestoleciu międzywojennym 15 Pułk Ułanów Poznańskich stacjonował w Poznaniu. Święto pułkowe obchodzono w dniu 23 kwietnia w rocznicę nadania jednostce w 1921 Orderu Krzyża Virtuti Militari.
Udział w walkach
Powstanie Wielkopolskie 1918-1919
W nocy z 5 na 6 stycznia 1919 szwadron konnych strzelców pod dowództwem ppor. Kazimierza Ciążyńskiego wziął udział w opanowaniu lotniska Ławica w Poznaniu. W nocy z 9 na 10 stycznia 1919 szwadron ppor. Ciążyńskiego przewieziony został do Gniezna, a w dniu 11 stycznia wziął udział w walkach o Szubin. W następnych miesiącach służył na różnych odcinkach frontu powstańczego
Wojna polsko-bolszewicka
1 sierpnia 1919 Pułk wyruszył na front litewsko-białoruski w ramach 14 Dywizji Piechoty. Jego szlak bojowy prowadził przez: Mołodeczno, Małe Gajany, Mińsk, Ihumeń, Bochuczewicze i Bobrujsk, który został zdobyty 28 sierpnia. Bobrujsk stał się bazą wypadów pułku podczas walk nad Berezyną i na Polesiu do maja 1920. W tym okresie żołnierze dorobili się u bolszewików przydomku rogate, czerwone czorty (czerwony to kolor otoku rogatywek). W tym okresie Pułkiem dowodził ppłk Władysław Anders. W maju 1920 brał udział w zatrzymaniu ofensywy radzieckiej 16 Armii biorąc do niewoli znaczą część żołnierzy nieprzyjacielskiej brygady kawalerii. W lipcu 1920 wskutek radzieckiej ofensywy wojska polskie zostały zmuszone do odwrotu. Pułk osłaniał odwrót swojej macierzystej dywizji. Podczas walk pod Iwachnowiczami29 lipca ranny został dowódca – ppłk Anders. Podczas kontrofensywy polskiej 16 sierpnia Pułk przełamał obronę radziecką pod Maciejowicami.
Kolejne walki stoczył podczas Bitwy nad Niemnem. Następnie w drugiej połowie września 1920 kawalerzyści walczyli pod Międzyrzeczem, Zelwą i Snowami, a ostatnią miejscowością jaką zajęli żołnierze był Mińsk[3], z którego wycofano się na zachód po podpisaniu zawieszenia broni. 16 stycznia1921 Pułk wkroczył do Poznania pod dowództwem W. Andersa, który ponownie objął to stanowisko jesienią. Za zasługi podczas wojny wszystkie pułki 14 Dywizji Piechoty zostały odznaczone krzyżem Virtuti Militari. Dekoracji sztandaru dokonał marszałek Józef Piłsudski22 kwietnia1921.
Wojna obronna 1939
1 września 1939 Pułk, który wchodził w skład Wielkopolskiej Brygady Kawalerii, znajdował się koło Zaniemyśla. Następnie skierował się na Uniejów i nad Bzurę. W dniach 9-18 września 1939 znajdował na wschodnim skrzydle Armii Poznań tocząc ciężkie walki pod Brochowem i Walewicami w ramach Bitwy nad Bzurą. We wsi Boczki Domaradzkie12 września poległ dowódca Pułku ppłk Tadeusz Mikke. Po bitwie Pułk osłaniał odwrót Armii Poznań i resztek Armii Pomorze przez Kampinos do Warszawy do której dotarł 20 września. Ostatnia zbiórka odbyła się 28 września w dniu kapitulacji stolicy.
W Polskich Siłach Zbrojnych
17 kwietnia 1942 w Jangi-Jul koło Taszkientu sformowano Batalion “S” pod dowództwem rtm. Zbigniewa Kiedacza8 października 1942, już w Iraku batalion “S” został przekształcony w 15 Pułk Kawalerii Pancernej który pełnił funkcję pułku rozpoznawczego 5 Kresowej Dywizji Piechoty. Pod koniec 1942 Pułk powrócił do nazwy 15 Pułk Ułanów Poznańskich. Następnie żołnierze doskonalili swoje umiejętności stacjonując kolejno w Iraku, Palestynie, Libanie i Egipcie.
Na przełomie lutego i marca 1944 Pułk przerzucono do Włoch. 6 kwietnia 1944 wszedł do walki pod Capracotta, a następnie dotarł pod Genuę. 3-29 maja 1944 Pułk brał udział w bitwie o Monte Cassino walcząc na wzgórzu Castellone, następnie miał swój udział w przełamywaniu Linii Hitlera zajmując Pizzo Corno i Monte Cairo. 20 lipca 1944 Pułk zakończył swój udział w walkach o Ankonę. W październiku 1944 Pułk walczył w Apeninie Emiliańskim biorąc udział w przełamywaniu Linii Gotów. 23 października zginął dowódca ppłk. Zbigniew Kiedacz
Za walki na froncie włoskim Pułk został ponownie odznaczony krzyżem Virtuti Militari. Na przełomie 1944 i 1945 z Pułku po raz drugi w jego historii wyłączono 25 Pułk Ułanów Wielkopolskich.
W styczniu 1945 Pułk przerzucono do Egiptu, gdzie po przezbrojeniu wszedł w skład 14 Wielkopolskiej Brygady Pancernej. W październiku 1945 całą Brygadę przeniesiono do Giulianova we Włoszech W czerwcu 1946 Pułk przeniesiono do Browning Camp koło Horsham w pobliżu Londynu. w 1947 pułk rozformowano
Dowódcy pułku
ppor. Kazimierz Ciążyński (30 XII 1918 do 14 I 1919)
ppor. Józef Lossow (14 do 29 I 1919)
ppłk Aleksander Pajewski (31 I do 23 IV 1919)
ppłk Władysław Anders (23 IV 1919 do końca IX 1921)
płk Gwido Poten (od IX 1921 do 5 VI 1924)
płk Stanisław Grzmot-Skotnicki (5 VI 1924 do 11 VIII 1927)
płk Rudolf Dreszer (15 VIII 1927 do X 1931)
ppłk Konrad Zembrzuski (30 III 1932 do 3 VI 1938)
ppłk Tadeusz Mikke (II 1938 wyznaczony na dowódcę do 12 IX 1939 poległ)
mjr Kazimierz Chłapowski (12-28 IX 1939)
ppłk Zbigniew Kiedacz (9 IV 1942 do 23 X 1944)
ppłk Adam Bieliński (4 XI 1944 do rozformowania w 1947)
Mamy nadzieję spotkać naszych ułanów w pełnej krasie w dniu ich święta – 23 kwietnia. Czujemy się zaproszeni.
Coda – czyli podsumowanie – 19 grudnia
Zdaje się, ze tak niedawno uroczyście inaugurowaliśmy kolejny rok klubowej działalności a tu już czas na podsumowanie. Zdarzyło się wiele sympatycznych i integrujących przedsięwzięć, które to imprezy skrzętnie odnotowano w kronice. Jak na klub całkiem społecznej proweniencji, możemy być zadowoleni, bowiem i spotkania okolicznościowe i rajdy piesze i wspólne przeżywanie spektakli kulturalnych i – nade wszystko – wielodniowe imprezy stanowią nasze aktywa.
Niestety, coraz bardziej wchodzimy w wiek sędziwy i zmienimy status z łazików na łaziki-seniorzy. Lecz dopóki duch jaśnieje a nogi posłusznie niosą nas po zachwycających zakątkach Wielkopolski i kraju mamy nadzieje na kolejne przygody turystyczne.
Na ostatnim w bieżącym roku klubowym spotkaniu [a było nas spora gromadka członków i sympatyków – 80 osób] życzyliśmy sobie ciepła, serdeczności i bycia razem w latach następnych. Podzieliliśmy się opłatkiem, wysłuchali pięknej wiązanki okolicznościowych recytacji [a są wśród klubowiczów wspaniali artyści] oczywiście było wspólne kolędowanie i wiele wzruszeń a może i łezki w oku. Do spotkania za rok!
Agrafek
2008
Odliczam kolejny roczek służby kronikarskiej
Zaczynamy [18 stycznia]
Ten 2007 roczek jak z „bicza trzasł” Jeszcze nie ochłonęliśmy po ubiegłych imprezach, nie naasmakowalismy wspomnień i opowiastek, a tu już trzeba zabierać się do planowania następnych łazikowych wypadów i spotkań.
Na „Herbatkę u Małgorzatki” przyszło tylu chętnych, iż tłok był okrutny a bractwo ochocze do pogwarek i humoru. Dobre nasze duchy opiekuńcze – Gosia, Ania i Dorotka nie nadążały serwować herbatki i kawusi, tylu było spragnionych.
Miłościwie panujący nam szef – Paweł – przedstawił plany działalności klubu i atrakcji w nowym roku. A jest z czego wybierać – trzy imprezy wielodniowe: w stolicy, nad morzem i w górach, wypady weekendowe i rajdy sobotnie, że o spotkaniach w zimowo-jesienne dni nie wspomnę….
Niestety, nas także dopadła inflacja i koszty obsługi działalności klubowej wzrosły. Przeto trzeba było podnieść miesięczną składkę z 3zł na 5zł. Ta propozycja spotkała się ze zrozumieniem klubowiczów, czego wyraz dali tłumnie wpłacając – przynajmniej półroczną ratę.
Starym zwyczajem zaśpiewaliśmy takoż – tym razem kolędy. Ciepło się zrobiło na duszy przy pawłowej gitarze i wśród przyjaciół.
Niech ten nastrój trwa!
Zebranie informacyjne [08 lutego]
Byliśmy gośćmi samego hr. Edwarda Raczyńskiego patronującego naszej filii 66 biblioteki. Zebranie podsumowujące rok działalności odbyło się właśnie w progach szacownej Biblioteki Raczyńskich, w sali poświeconej założycielowi tego szacownego przybytku wiedzy.
Klubowicze przybywszy tłumnie nie tylko wysłuchali o tym co było, ale przede wszystkim o tym co będzie, czyli – 4 wyjazdy wielodniowe, siedem rajdów, jeśli pogoda nie będzie kapryśna, tradycyjne biesiady i pogaduchy a może też uda się wynegocjować tańsze bilety na imprezy kulturalne. Wszystko przed nami.
Klubowicze byli zadowoleni, nie krytykowali, nie narzekali, chętnie płacili składki za pierwsze półrocze i wstępną ratę na majowy weekend. Szef Klubu, miłościwie panujący nam Paweł Żwawy-Piechowicz miał powody do dumy, pozostali członkowie obecnego zarządu także.
Czeka nas Walne Zebranie członków, które będzie bardziej merytoryczne i konkretne.
Pan Cyryl [20 luty]
Środowe spotkanie u Małgorzatki poświecone zostało jednemu z bardziej zasłużonych dla m. Poznania osób, tj. Cyrylowi Ratajskiemu. O nim samym i jego dokonaniach na rzecz miasta opowiedział Karol – wytrawny przewodnik i tropiciel historiców. Niech mi będzie wybaczone iż posłużyłam się „ściągą” ze strony „Nasze miasto” i tę że opowieść przytaczam.
Cyryl Ratajski urodził się 3.03.1875r. w Zalesiu Wielkim k. Kobylina w rodzinie Wojciecha i Teofili z Filipowskich. Ochrzczony został 7.03.1875r. w kościele parafialnym pod wezwaniem św. Jadwigi w Pępowie. Jego wychowaniem zajmowała się matka, która była ostoją rodziny. Egzamin dojrzałości zdał w gimnazjum Marii Magdaleny (1896) w Poznaniu, gdzie należał do Towarzystwa Tomasza Zana. W Berlinie ukończył studia prawnicze (1896-1900).
W 1908r. ożenił się ze Stanisławą May, córką Romana Maya, znanego chemika, założyciela fabryki nawozów fosforowych w Starołęce pod Poznaniem.
Działalność społeczno-polityczna
- 1910r. – założył Polskie Towarzystwo Turystyczne „Beskid”,
jako przedstawiciel Śląska wszedł do Rady Głównej Polskiego Towarzystwa Demokratycznego,
1913r. – utworzył Towarzystwo Krajoznawcze w Poznaniu
(1914r. – sekcja Miłośników miasta Poznania, 1922r. – Towarzystwo Miłośników miasta Poznania),
- był wysłannikiem Komisariatu Naczelnej Rady Ludowej w czasie powstania wielkopolskiego,
w kwietniu 1922r. C. Ratajski został prezydentem miasta Poznania i pozostawał nim do 1934r. (z przerwą od XI 1924 do VI 1925 – objęcie teki ministra spraw wewnętrznych w rządzie Władysława Grabskiego),
podczas jego prezydentury Poznań przekształcił się z pruskiego miasta garnizonowego w znaczący ośrodek gospodarczy kraju, znany za granicą. Wiele zawdzięczają C. Ratajskiemu również Międzynarodowe Targi Poznańskie,
w 1929 r. w Poznaniu zorganizował Powszechną Wystawę Krajową – „Pewuka”
- 12.09.1939r. – C. Ratajski został zmuszony do przekazania miasta Niemcom,
więziony w charakterze zakładnika, w maju 1940r. wysiedlony wraz z żoną do Generalnego Gubernatorstwa,
w grudniu 1940r. podjął działalność konspiracyjną, posługiwał się najczęściej pseudonimem „Profesor” ( także „Wrzos”, „Wartski”). Mianowany przez gen. Sikorskiego delegatem rządu emigracyjnego na kraj i wraz z gen. Grotem – Roweckim współtworzył podziemne państwo polskie.
- Zmarł 19 października 1942r. Miał 67 lat. Pochowany został pod przybranym nazwiskiem jako prof. Celestyn Radwański na Powązkach, z dala od swego ukochanego miasta. W dwudziestą rocznicę śmierci, w 1962r., prochy Cyryla Ratajskiego złożono na Wzgórzu św. Wojciecha w Poznaniu, na Cmentarzu Zasłużonych Wielkopolan.
W kwietniu 1922 r. C. Ratajski został prezydentem miasta Poznania i pozostawał nim do 1934r. Podczas jego prezydentury, przy dogodnej koniunkturze gospodarczej w Poznaniu pobudowano m.in. elektrownię, most Chrobrego, Ogród Botaniczny oraz przyłączono do miasta wsie: Główna, Komandoria, Rataje, Starołęka, Dębiec, Sołacz, Golęcin i in. Powstało też wiele monumentalnych gmachów – Collegium Anatomicum i Chemicum, szkoła handlowa przy Śniadeckich, hale targowe, wybudowano stadion, część szpitala na Szamarzewskiego, sierociniec i ośrodki zdrowia. Dzięki C. Ratajskiemu Poznań miał spalarnię śmieci i palmiarnię, jedną z największych w Europie.
W czasie jego prezydentury MTP (Międzynarodowe Targi Poznańskie) stały się ważnym elementem życia gospodarczego stolicy Wielkopolski, ich powierzchnia wystawiennicza wielokrotnie wzrosła z niespełna 4 tys. w roku 1921 do 48 tys. w roku 1934.
Jednym z najważniejszych dokonań prezydenta Ratajskiego było zorganizowanie w Poznaniu w 1929 r. Powszechnej Wystawy Krajowej, słynnej „Pewuki”. Jej otwarcie było przełomowym momentem w rozwoju Poznania jako polskiego centrum wystawienniczo – handlowego. Odwiedziło ją prawie 5 mln osób, w tym 200 tys. z zagranicy. Do Poznania przybyło wówczas 900 dziennikarzy z 30 krajów, a owocem ich pobytu było około 20 tys. artykułów, jakie w związku z Targami ukazały się w prasie światowej. Poznań stał się znanym miastem targowym. W 1930 r. prezydent Ratajski gościł członków kongresu Związku Targów Międzynarodowych, który przez dwa dni obradował w poznańskim Ratuszu.
Przygotowania do Powszechnej Wystawy Krajowej trwały od 1926 r. W ciągu dwóch lat, w pobliżu dworca kolejowego wybudowano w Poznaniu hale wystawowe, hotele i inne gmachy umożliwiające organizację wystawy, będącej przeglądem dorobku odrodzonego państwa polskiego we wszystkich dziedzinach życia. Pewuka była przedsięwzięciem gospodarczym liczącym się w skali europejskiej. Pokazała światu, że Polacy nie tylko odbudowali własne państwo, ale także przyczynili się do rozwoju wielu dziedzin przemysłu, rolnictwa, rzemiosła i kultury. Sukces Pewuki był tak wielki, że jej faktyczni twórcy – Cyryl Ratajski i Stanisław Wachowiak otrzymali od sanacyjnego rządu Wielką Wstęgę Orderu Polonia Restituta.
Poszukując dalszych materiałów o p. Ratajskim natknęłam się na ciekawy przyczynek do stosunków miedzy odpowiedzialnymi za losy konspiracji w okupowanym kraju. W czasie szalejącego terroru, gwałtów i łapanek – zamiast się skonsolidować na walce z wrogiem – kłótnie i ambicyjki, koterie i afronty, oraz brak dyscypliny. Dołączam ten bolesny dokument świadczący o podziałach ponad rozsądkiem…..
Zwiad [23 luty]
Wprawdzie zima obeszła się z nami bardzo jesiennie i łagodnie, skąpiąc mrozu i „wron na śniegu”, ale te szaro-bure niebo, zwinięte w kulki gołębie i polatujące w porywach wiatru śmieci nie nastrajały optymistycznie nawet wygodnickich mieszczuchów. Trzeba zrobić przebieżkę zadecydowało osiemnascie łazików-harcowników. Plany były na miarę możliwości i zastałych w zimowym bezruchu nóg, czyli autobusem do Swarzędza i potupanie do Poznania. Jednako pogoda nie nastrajała do wyściubianie nosa z bezpiecznych rogatek Poznania. W sumie łaziki zmagając się z małą trąbą powietrzną hulającą nad Maltą obeszły dookoła akwen by zapaść bezpiecznie w okolicznych laskach.
Zmarznięci ale przewietrzeni ze smakiem spałaszowaliśmy w przyjaznej „Maltance” obiadek i do domku odmarsz.
W marcu jak w garncu [15 marca]
Pogoda nadal się ślicznie kaprysi. Wiadomo marzec. Niby nieśmiałe kiełki i trawki, by bez ostrzeżenia dmuchnąć wiatrem i zakręcić śniegiem. Podzieliliśmy zainteresowania i tęsknoty. Część łazików wybrała zaciszne i dostojne wnętrze poznańskiej fary i wspaniale brzmiące organy – zabytek na europejską skalę, W farze odbywają się koncerty organowe, stąd połączyliśmy zwiedzanie z muzyczną ucztą u stołu samego mistrza Jana Sebastiana Bacha. Natomiast kilku zapaleńców-harcowników pobiegło sprawdzić jak się mają nasze stare szlaki. Może obeschły, może na nich pełno przebiśniegów? Obie grupy uznały wybory za udane. Poznajemy nie tylko ścieżki i drożynki, ale także piękno nadwarciańskiego grodu, w którym nie tylko warto mieszkać, ale także znać i cenić jego zabytki.
Słodka Nordea [26 marca]
Banki zabiegają o klientów, co wprawia nas w słuszną dumę i poczucie ważności. Odwiedziły nas dwie sympatyczne przedstawicielki banku „Nordea” i opowiedziały o jego działalności oraz oferowanych usługach. A oto krótka informacja o tym banku.
Nordea Bank Polska rozpoczął swoją działalność jako Bank Komunalny we wrześniu 1992 r. 1 lipca 1999 roku została podpisana umowa subskrypcyjno-inwestycyjna z Nordbanken AB. Tym samym największa skandynawska grupa bankowa Nordea stała się strategicznym inwestorem Banku Komunalnego. Bank Komunalny, jako pierwszy w Polsce, otrzymał Międzynarodowy Certyfikat Jakości ISO 9002. W roku 2001 zakończono fuzję Banku Komunalnego oraz, należącego również do grupy Nordea, banku BWP-Unibank. 30 czerwca 2003r. nastąpiło formalno-prawno połączenie Nordea Bank Polska z LG Petro Bankiem.
W Polsce Grupę reprezentuje Nordea Bank Polska S.A., Nordea Polska Towarzystwo Ubezpieczeń na Życie S.ANordea Polska Towarzystwo Ubezpieczeń na Życie S.A . oraz Nordea Finance, oferująca usługi leasingowe. W 2005 roku do spółek grupy dołączyły Sampo Powszechne Towarzystwo Emerytalne S.A. oraz Sampo Towarzystwo Ubezpieczeń na Życie S.A.
Od 2001 r. Nordea Bank Polska oferuje system bankowości elektronicznej skierowany zarówno do klientów indywidualnych, jak i przedsiębiorstw. W 2003 r. i 2004 r. bankowość elektroniczna Nordea i pakiet eFirma zostały uhonorowane Medalem Europejskim przyznawanym przez Business Centre Club i Urząd Komitetu Integracji Europejskiej. Bankowość elektroniczna zyskała również uznanie w rankingach niezależnych ekspertów: w miesięczniku Chip zajęła pierwsze miejsce pod względem bezpieczeństwa systemu.
Wysoko oceniane są również inne produkty bankowe: karty kredytowe Mastercard Nordea Aspiracje zajęły II miejsce w rankingu Forbesa w kategorii najlepszych kart ekonomicznych, a pakiet eFirma wyróżniono przez Forbesa jako najbardziej efektywny rachunek dla małych i średnich przedsiębiorstw.
W marcu 2006 roku, jako jedni z pierwszych w Polsce, wprowadzili podpis elektroniczny, który zapewnia bezpieczeństwo transakcji i uwierzytelniania klienta w sieci. Z oferty tej mogą korzystać zarówno klienci indywidualni, jak i przedsiębiorcy. Nordea Bank posiada w ofercie również sklepy partnerskie Płać z Nordea. Ponadto bankowość elektroniczna, czyli strona WWW została przystosowana do potrzeb osób z dysfunkcją wzroku [wersja druku powiększonego i głosowa.
Jest to dobra wiadomość dla nas, ponieważ transakcje można samodzielnie obsługiwać za pośrednictwem komputera i telefonicznie. Oczywiście oferta spowodowała zrozumiałe zainteresowanie zebranych, przy czym obie przedstawicielki były nie tylko sympatyczne, ale i kompetentne. Miłym akcentem był poczęstunek potencjalnych klientów przepysznymi krówkami-ciągutkami, które smakowały przepysznie. Do sepetów przez żołądek.
Turystyczne tutti frutti
Ponieważ pogoda zaiste kaprysiła, stad przebieżki w małych grupach i bez znaczących wydarzeń.
A były to 29 .o3 i 19 .04
Majówka w Pszczewie [30 kwiecień – 4 maj]
Obrodziło latoś w dni wolne. Należy przeto skorzystać z okazji i za żadne skarby nie borsuczeć w miejskich murach. Co do tego łaziki były zgodne i licznie, bo 47 osób, nie licząc suni Gapci i psa Argusia – zorganizowało się w wynajętym autokarze i hajda w Polskę. Tym razem zawitaliśmy do turystycznego siedliska „Carina” w Pszczewie aby połazić, zobaczyć to i owo, oraz a jakże inaczej – zrobić sobie sportowe zawody. Bo i jezioro, ścieżki leśnie i koniki pod wierzch i do zaprzęgu.
Sama miejscowość, niezbyt okazała, jest dla nas atrakcją poznawczą.
Gmina Pszczew położona w środkowo-wschodniej części województwa lubuskiego, w odległości 15 km na wschód od Międzyrzecza liczy 4230 mieszkańców – w tym w Pszczewie mieszka 1826 osób
Pagórki, wzniesienia i położone wśród nich jeziora sprawiają, że teren gminy, o powierzchni 178 kmzaliczany jest do atrakcyjniejszych na Ziemi Lubuskiej.Panoramę Pszczewa można obejrzeć z góry Wysokiej znajdującej się nad j. Chłop.Od Pszczewa do Silnej i Stoków, na łagodnych wzniesieniach sandru nowotomyskiego rozciągają się pola uprawne. W okolicach Pszczewa, Borowego Młyna, Policka i Rańska występują drobne pagórki – kemy, tworzące piękny, silnie pofałdowany krajobraz.
Z dwudziestu jezior znajdujących się na terenie gminy większość tworzy ciąg jezior polodowcowych, a wraz z rzeką Obrą obniżenie – Rynnę Jezior Pszczewskich. Pozostałe to położone wśród pagórków, urokliwe śroódleśne jeziorka. Niezwykle malownicze ukształtowanie terenu, lasy zajmujące prawie połowę powierzchni gminy, czyste wody, różnorodność flory i fauny stały się przyczyną objęcia większości obszaru gminy ochroną krajobrazową, a w przypadku okolic Jezior Gołyńskich ochroną rezerwatową. Utworzenie w 1986 roku Pszczewskiego Parku Krajobrazowego przyczyniło się do ochrony atrakcyjności tych terenów .
Gdyby się cofnąć o 2 tysiące lat, w miejscu, gdzie dzisiaj leży Pszczew, ciągnęły się trudne do przebycia jeziora, moczary i bagna. Tylko tutaj wąskim przejściem biegł stary trakt rzymski nawschód i na północ. Przy przesmyku zaczęły powstawać grody i osady.Dziś wiadomo, że już w IX w. był gród na półwyspie “Katarzyna” przy południowo-wschodnim brzegu Jeziora Miejskiego i na moczarach między jeziorami Szarcz i Miejskim.
Początki Pszczewa wiąże się z podgrodziem na Katarzynie. Oba spłonęły prawdopodobnie w 1005 roku w czasie najazdu cesarza Henryka II. Pierwszy z grodów odbudowano, ale znów został zniszczony. Miejscowa legenda wiąże początki Pszczewa ze św. Wojciechem, który miał założyć parafię i zbudować kościół. Kościół św. Wojciecha stał na wzgórzu za Pszczewem do połowy XVIII wieku. Teraz stoi w tym miejscu kapliczka z datą 1774.
Pierwsza pisana wzmianka o Pszczewie pochodzi z 1256 roku (“capellanus de Pczew”), następna z 1259 roku. Już wtedy osada była własnością biskupów poznańskich. W styczniu 1288 biskup poznański zlecił Janowi z Lubinowa lokację miasta. Dokument lokacyjny spłonął w pożarze i w 1407 na prośbę miejscowego wójta ówczesny biskup potwierdził miejski przywilej Pszczewa. W 1289 ustanowiono pszczewski archidiakonat diecezji poznańskiej. Obejmował 60 parafii i sięgał aż po Odrę.
W 1631 roku przez Pszczew przeszli Szwedzi paląc miasto i kościół. Ciasna, drewniana zabudowa paliła się wielokrotnie. Drugą klęską, która dziesiątkowała pszczewian były epidemie cholery – ostatnia przeszła przez miasto w 1866 roku.
Pszczew jako miasteczko biskupie nie miał bardzo burzliwej historii. Tu zaopatrywano biskupie stoły i przyjeżdżano na wypoczynek. W 1602 w Pszczewie odbyła się słynna kongregacja synodalna. Dwór biskupi postawiono w 1654 roku.Rozwijało się miejscowe rzemiosło. Około 1793 roku było wg rejestru: 10 krawców, po 7 szewców i garncarzy, 3 muzyków i piekarzy, zegarmistrz, golarz, rybak, piwowar, kupiec. Szynkarzy było 13 [ludek lubił wypić a i nowinki najlepiej kolportowano przy kufelku zacnego trunku] i 9 innych rzemieślników. Aż 9 razy w roku zjeżdżano do Pszczewa na jarmark. W 1594 roku powstał cech krawców, w 1632 cech piwowarów, a szewcy zorganizowali się w 1711 roku.
Spokojną i nieco senną historię miasteczka zmieniły wydarzenia 1793 roku. Pszczew znalazł się w państwie pruskim. Kilka lat później rząd pruski skonfiskował dobra biskupie i przekazał księciu Hohenlohe. Kolejny właściciel baron von Hiller-Gaetringen rozbudował południową część miasteczka tworząc ośrodek gminy protestanckiej (pałac, zbór neogotycki z czerwonej cegły rozebrany w 1964 roku i cmentarz).
Od 1807 do 1815 roku Pszczew należał do Księstwa Warszawskiego, a w latach 1815-1819 do Wielkiego Księstwa Poznańskiego. Miasto było silnym ośrodkiem polonijnym z Bankiem Ludowym i Towarzystwem Robotników Polsko-Katolickich.
Rok 1918 i wytyczanie granicy polsko-niemieckiej rozbudził nadzieje miejscowych Polaków. Mimo protestów i akcji dyplomatycznej granica wyznaczona Traktatem Wersalskim zostawia Pszczew po niemieckiej stronie. Już jako Betsche miasteczko zostaje włączone do Marchii Granicznej Poznań – Prusy Zachodnie. Polacy z Pszczewa zakładają koło Związku Polaków w Niemczech.
Miasto wraca do Polski w 1945 roku. Rok później jest już wsią. Lata powojenne zmieniają oblicze Pszczewa. Do zabudowań dworskich wprowadza się PGR, w dawnym tartaku uruchamia produkcję Zakład Przemysłu Drzewnego. Trwa migracja ludności. Część mieszkańców emigruje do Niemiec, na ich miejsce przyjeżdżają osadnicy z Polski centralnej i kresów wschodnich. Autochtoni czyli miejscowi i kresowiacy – dwie różniące się kulturowo społeczności sąsiadują w Pszczewie przez miedzę. Od końca lat 50-tych do dziś proces tworzenia się lokalnej społeczności Pszczewa śledzą poznańscy socjolodzy.
Do ciekawszych zabytków miasteczka należą:
Kościół św. Marii Magdaleny – stał już w XIII w. Spłonął w 1631 r. w czasie najazdu Szwedów. Obecną świątynię wzniesiono w latach 1632-54 w stylu późnorenesansowym.
Z pierwotnego wystroju zachował się m.in. barokowy obraz “Wniebowzięcie Najświętszej Marii Panny” z połowy XVII w.
Barokowa plebania zbudowana w XVIII w. znajduje się naprzeciw kościoła.
Pałac pochodzący z połowy XIX w. wybudowany na miejscu XVII wiecznego dworu biskupiego.
Bożnica żydowska pochodząca z połowy XIX w. zlokalizowana obok stacji paliw.
Dom Szewca – otwarte w 1984 roku we wnętrzach odrestaurowanego domu mieszczańskiego z połowy XVIII w. Budynek kryty gontem, wielokrotnie przebudowywany.Wewnątrz domu znajduje się wystawa dawnych pocztówek i zdjęć, pamiątki z historii Pszczewa oraz wykopaliska archeologiczne z okolic Pszczewa.
Kapliczka św. Józefa z Dzieciątkiem – Jego opiece polecane są rodziny, małżonkowie, ojcowie i sieroty. Jest patronem ludzi pracy i odrębnie grup zawodowych: rzemieślników, drwali i cieśli. Od 1970 roku patron Kościoła. Kapliczkę z XVIII-wieczną figurką świętego postawił na rynku w 1896 roku wójt Pszczewa Wojciech Krupski.
Kapliczka św. Jana Nepomucena – Patron mostów, przepraw, opiekun życia rodzinnego, orędownik dobrej spowiedzi, sławy i humoru. Według tradycji ludowej chronił pola i zasiewy przed powodzią i suszą. Proszono go również o obronę przed obmową, zniesławieniem i pomówieniem. Kapliczka jest jedną z najstarszych na terenie Pszczewa. Figura została wiernie odtworzona w 2006 roku i postawiona w miejscu XVIII-wiecznej, zniszczonej podczas II Wojny Światowej, a ponownie wykonanej i umieszczonej tu w 1974 roku.
Skansen pszczelarski p. Tadeusza Ryszkowskiego. W skansenie pomieszczono oryginalne stare ule wyplatane ze słomy jak i rzeźbione. Jest też wystawa starych narzędzi służących pszczelarzom i bartnikom oraz wystawa szopek bożonarodzeniowych.
Jest co zwiedzać.
30 kwietnia – środa
Godz. 16 wyruszamy. Zakwaterowanie w stanicy „Carina”, nad jeziorem Szarcz w tzw. studiach. Jak zwykle odprawa, czyli ustalenie programu pobytu. Śpiewamy nasz ulubiony repertuar i atakowani przez komary zwiedzamy najbliższą okolice.
1 maja – czwartek
Dzień deszczowy, świąteczny, w Pszczewie sennie. Robimy przebieżkę i sprawdzanie kondycji, czyli rekonesans. Z naszego ośrodka do miasteczka sporo trzeba się zatuptać a mamy sporą rozpiętość wieku klubowiczów. Zapoznajemy się także „U szewca” jak przystało na ryneczku z miejscowymi kulinariami.
Wieczorem, obowiązkowo pieśni pierwszomajowe zapamiętane z lat młodości. A to
„tysiące rąk” a to „Na lewo most”. Uciechy jest sporo a i pamięć posłuszna.
2 maja – piątek
Zwiedzamy Pszczew z przewodniczką prowadzącą nas po miejscowych atrakcjach, o których napisałem wyżej. Zaglądamy do kościoła i mamy szczęście, ze jest akurat otwarty, odpoczywamy pod lipką św. Wojciecha, brniemy przez podmokłe łąki do pozostałości starego grodu. Niestety tylko przez płotek zerkamy na skansen uli.
Zmorzeni nieco upałem zapadamy w cieniu starodrzewia przy herbatce i lodach. A popołudniowa porą zaglądamy do koników. Nieco smętne zwierzaki skubią prawie wygryziony do cna ugór. Dla nas są przyjazne i chętnie częstują się chlebem i cukrem.
3 maja – sobota
Od rana pilnie pracujemy. Paweł ogłosił zawody i to w kilku konkurencjach. Cztery ptasie drużyny: Wróbelki, Szpaki, Kukułki i Bociany zmagają się w biegu na sygnał dźwiękowy, rzucaniu piłką do dźwiękowej mety, oraz zawodnicy muszą odpowiedzieć na pytania z zakresu życia klubowego. A wszystko to pod rozbestwionym słoneczkiem. Ciekawostka turniejowa. Sygnalizator dźwiękowy z napisem „proszę o pomoc” został tryumfalnie ustawiony na butelce po piwie tyskim. To dodatkowy atut sportowy. No i czy humor sytuacyjny nie jest najpiękniejszy?
Po południu czeka nas jeszcze obejście jeziora wertepami, duktami i przecinką leśną. Największą uciechę ma Arguś sympatyczny pies-przewodnik Mariusza. Zwyczajem labradorów musi wykonać kilkakrotny program pływacki.
Na wieczornym ognisku Paweł z całą powagą podsumowuje wyniki zawodów a my pogryzając sportowe trofea – Grześki”- wiwatujemy zwycięzców.
4 maja – niedziela
Czas powrotu. Tak szybko czas ucieka. A tyle jeszcze było w planie. Ale koncertu słowików wysłuchaliśmy, Żabki również rechotały muzycznie. Muzykowały także komary, tylko dlaczego cięły publikę bez ostrzeżenia mając sobie za nic „Off’’y” i inne „Komarozole”.
W sumie udany wypad. Czas pomyśleć o Świnoujściu.
Przecieracze-obiegacze [przed każdym z wypadów]
Opisując klubowe wędrówki po szlakach i szlaczkach prostych, krętych i całkiem zawiłych nigdy nie wspomniałem, o tym, że nie idziemy na żywioł czy też w dalekie horyzonty. Byłoby to ciekawe i ekscytujące, ale też liczymy się z twardą rzeczywistością, czyli z kondycją turystyczną klubowiczów w przeważającej liczbie posiwiałych i w latkach emerytalnych. Ciekawe, że młodzież omija nas nieufnym kołem. Mało jesteśmy atrakcyjni. Co za uroda tak przebierać nogami po lasach i wertepach, kiedy lepiej zapaść w mięciutki fotel i wyprawiać harce myszką lub biegi po klawiaturze.
Skoro średnia wieku klubowicza jest rentowo-emerytalna, nie można ludziom zapewniać wątpliwych atrakcji w postaci zasadzek, wykrotów i chaszczy. Niepisanym zwyczajem szefa jest wcześniejszy obchód trasy i ewentualne jej skorygowanie.
Tak zwana Silna Grupa oblicza czas przemarszu, długość trasy, stopień trudności podejść, bada możliwość zrobienia postoju. Sprawdza czy można skrócić marsz wracając z jakiegoś miejsca autobusem. To ukłon w stronę mniej wytrzymałych rajdowiczów. Godzi się także sprawdzić ceny i jakość potraw w miejscowości służącej jako cel wędrówki, bo i apetyty wówczas dopisują i chwila odpoczynku jest także ponętna.
Te liczne elementy każdego rajdu należy sprawdzić by następnie ogłosić chętnym aby rozważyli nie tylko chęci, ale takoż siły.
Nie są mile widziane niespodzianki w trakcie dłuższych pobytów w ośrodkach turystycznych szczodrze reklamujących raj, który rajem nie bywa. Dlatego trzeba zajrzeć do pokoi, sprawdzić jadłospis, zobaczyć zakres usług papierowy czy rzeczywisty. Dlatego nigdy nie jedziemy tylko na podstawie oferty. Wierz, ale wcześniej sprawdź!
W piecu Baby Jagi [26 lipca]
Lubimy łazić, ale w takim upale? Ten rajd był z cyklu „do przodu”, bez przygotowania co i gdzie zobaczymy. Ważne aby iść. Niezbyt to krajoznawcze podejście, ale Puszcza Zielonka na dorzut kija, więc po co zgłębiać jej historię dumały łaziki. Ale czy mądrze!
„Osobówką” dotarliśmy do Biskupic i jakby za złym podszeptem ruszyliśmy w cwał, ani podziwiania i oglądania mijanych mniej czy bardziej ciekawych obiektów ani choćby króciutkiego pogapienia się na krajobraz, powąchania dojrzewających i dojrzałych zbóż, żywicznych gałęzi, poobserwowania kosmatych bąków przy pracy. Ktoś może zauważył Kołatkę i to wszystko. Wpaść do Tuczna, zawinąć się wokół zielenieckiej trasy i obiad a następnie odwrót do domu.
Czy rajd udany? Jeśli chodzi o limit kilometrów, owszem było ich 12, ale co z tych wrażeń zostało w pamięci. Moim skromnym zdaniem nic! Jedynie oślepiający namiot żaru i obłoki kurzu wzniecane przez samochodowych niedzielnych turystów.
Spacerek po przeszłości [9 sierpnia]
Wypad to nie tyle turystyczny co krajoznawczy a trasa interesująca. Zwiedzamy zamek w Gołuchowie a następnie historyczne miasto – Kalisz. Komfort jazdy znakomity – autokar, mięciutkie fotele, lekki chłodek jakby zamówiony na czas włóczęgi. I oto pierwszy etap – park i eklektyczny zamek w Głuchowie.
Początki budowli sięgają prawdopodobnie roku 1560, kiedy to wojewoda kujawsko-brzeski, a także starosta radziejowski, kasztelan śremski, religijny reformator Rafał IV Leszczyński wzniósł w Gołuchowie murowany dwór obronny. Dwór ten przedstawiał formę czterokondygnacyjnej wieży, postawionej na planie prostokąta (ok. 12,5×19 metrów) i opasanej na narożach ośmiobocznymi basztami, przy czym baszta południowo-wschodnia górowała nad resztą o co najmniej jedną kondygnację. Zwieńczenie budowli nie jest znane, wiadomo natomiast, że pod samym dachem posiadała ona murowane ganki strzelnicze, zaś wejście mieściło się w elewacji wschodniej. Założenie obronne ubezpieczała fosa z pobliskiej rzeczki oraz naturalne bagna i rozlewiska.
W latach 1600-28 rodzinną siedzibę przebudował Wacław I Leszczyński, który po studiach na uniwersytetach włoskich i niemieckich oraz paroletniej podróży po Europie osiadł w Gołuchowie, rozpoczynając karierę polityczną na stanowisku kanclerza wielkiego koronnego, a następnie starosty generalnego Wielkopolski. W niewielkiej odległości od starego dworu wystawił on skromny, jednotraktowy, piętrowy pałac na planie trapezu, wsparty w południowo-zachodnim narożniku pięcioboczną basztą. Do wież narożnych zamku dostawił dwa wąskie skrzydła i w ten sposób powstał wewnętrzny dziedziniec z gankiem. Modną innowację stanowiła arkadowa loggia, którą wybudowano w elewacji wejściowej, na pierwszym i drugim piętrze nad portalem głównego wejścia, między obu flankującymi je basztami. Gospodarz zadbał również o efektowne i bogate wyposażenie wnętrz; w komnatach pojawiły się rzeźbione w kamieniu kominki i portale, a także misternie uformowane stropy, zdobione odrzwia oraz liczne malowidła.
W 1695 Leszczyńscy sprzedali majątek gołuchowski rodzinie Słuszków i wydarzenie to stanowiło wejście w trwający ponad półtora wieku okres postępującego upadku budowli. Przyczyniła się do tego wojna północna – która ogromnie wyniszczyła posiadłości wiejskie w Wielkopolsce – a także fakt, że Gołuchów utracił funkcję stałej rezydencji. Często zmieniający się właściciele zamku ograniczali się jedynie do niezbędnych remontów, które nie były w stanie zapobiec postępującej destrukcji. W latach 30-ych XIX stulecia obiekt był już tylko malowniczą ruiną, budzącą zainteresowanie i entuzjazm jedynie u romantycznych poszukiwaczy pamiątek odległej przeszłości. Sam Gołuchów zasłynął wkrótce jako gniazdo sławnej familii Leszczyńskich, zaś zamek kojarzono – bezpodstawnie zresztą – z osobą króla polskiego Stanisława Augusta.
W 1853 roku klucz gołuchowski kupił właściciel KórnikaKórnika Tytus Działyński z myślą o planowanej rezydencji dla swego jedynego syna Jana. Cztery lata później Jan Działyński trochę z przymusu poślubił Elżbietę Czartoryską, zwaną w rodzinie Izabellą – córkę księcia Adama Jerzego Czartoryskiego, lidera emigracji polskiej skupionej w paryskim hotelu Lambert. Po wybuchu powstania styczniowego Jan Działyński został jednym z jego organizatorów na terenie Wielkopolski, poświęcając tej sprawie własny majątek i krociowe sumy, które pożyczył na ten cel od żony. Upadek powstania i wydany na niego przez władze wyrok śmierci zmusił hr Tytusa do emigracji. Do 1871 mieszkał głównie w Paryżu rozwijając tam swoją pasję kolekcjonerską. Razem z Izabellą skupowali w antykwariatach stare, głównie antyczne przedmioty, które z sukcesem prezentowali potem na różnych wystawach i ekspozycjach
Po anulowaniu wyroku skazującego i uzyskaniu prawa do powrotu w granice Księstwa Poznańskiego Działyński rozpoczął starania, mające na celu odbudowę zamku. W tej sprawie skierował się do europejskiej sławy architekta Eugene Emmanuela Viollet Le Duca o przygotowanie szkiców nowej, planowanej rezydencji. Nie zostały one jednak wykorzystane i z czasem zaginęły. Nie zrealizowano również projektu polskiego architekta Józefa Kajetana Janowskiego, według którego nowa siedziba miała zyskać formę renesansową z elementami gotyckimi. W międzyczasie Gołuchów zmienił właściciela: Jan przekazał go swej żonie jako spłatę długu zaciągniętego u Czartoryskich na cele Powstania. Małżonka wspaniałomyślnie pozwoliła mu kontynuować przygotowania do restauracji zabytku i kolejnym architektem, którego w tym celu zatrudnił Działyński, był Zygmunt Gorgolewski. Surowa forma budowli, jaka wyszła spod jego ręki, nie usatysfakcjonowała dostatecznie właścicielki, niemniej stała się ona podstawą do dalszych działań budowlanych. Izabella planowała przekształcić dawny zamek w muzeum, natomiast funkcję stałej rezydencji miał pełnić pałacyk przebudowany ze stojącej nieopodal starej gorzelni. Do opracowania szczegółów dekoracji architektonicznej zamku sprowadziła ona artystę Augusta Maurycego Ouradou, którego koncepcja odbudowy gmachu w stylu francuskiego neorenesansu uzyskała jej pełną akceptację. Nad wykonaniem projektu mistrza czuwali malarz i dekorator Jean Louis Breugnot oraz rzeźbiarz i rysownik Charles Biberon. Podczas prac budowlanych rozebrano wieżę północno-zachodnią, a całość obniżono w taki sposób, że po warowni XVI-wiecznej pozostały jedynie trzy wieże o trzech piętrach mieszkalnych. W dekorację budynku wtopiono oryginalne, zabytkowe fragmenty. kupowane przez Izabellę w europejskich antykwariatach – późnogotyckie czy renesansowe kominki, okiennice i inne drobne lapidaria.
W wyposażeniu i urządzeniu wnętrz zamkowych Izabella akcentowała związki Gołuchowa z rodem Leszczyńskich przez umieszczanie herbu rodowego Leszczyńskich – Wieniawy – często z koroną, w wielu widocznych miejscach, m.in. nad kominkami. Paradoksalnie, król Stanisław Leszczyński nigdy w Gołuchowie nie gościł.
Ze zmiennym natężeniem prace przy przebudowie zamku trwały do roku 1885, a we wnętrzach ciągnęły się niemalże do końca stulecia. W międzyczasie przystąpiono do urządzania otaczającego całe założenie parku w stylu angielskim. Ogrodnik A. Kubaszewski stworzył wówczas okazałe arboretum o powierzchni 160 hektarów z 1000 gatunkami drzew oraz krzewów. Rok 1885 można uznać także za początek funkcjonowania muzeum, w którym Izabella starała się przedstawić dość luźną rekonstrukcję idealnej siedziby Leszczyńskich z przełomu XVI/XVII wieku z oryginalnymi obrazami, rzeźbą i tkaninami. Osobną ekspozycję stanowił zbiór waz antycznych i emalii limozyjskich oraz dawnego rzemiosła artystycznego.
Po śmierci Izabelli Czartoryskiej w 1899 ordynację gołuchowską objął jej bratanek, również kolekcjoner, książę Witold Czartoryski. Wszystkie trzy kolekcje: grafiki, waz antycznych oraz średniowiecznego rzemiosła były już kolekcjami zamkniętymi; wyjątek stanowiła druga z wymienionych, do której młody ordynat dołączył gromadzone przez siebie wazy attyckie. Powiększył też księgozbiór, głównie o pozycje z zakresu pasjonującej go marynistyki. Mając świadomość ogromnej wartości artystycznej całości, a jednocześnie zdając sobie sprawę z prowincjonalnego położenia Gołuchowa, Witold rozważał możliwość przeniesienia zbiorów do Poznania, ale plany te przerwała jego śmierć w roku 1911. Majątek gołuchowski przeszedł na własność księcia Adama Czartoryskiego, właściciela Muzeum Książąt Czartoryskich w Krakowie, ożenionego z Marią Ludwiką z hr. Krasińskich. Adam kontynuował działalność swego młodszego brata, wydał obszerny przewodnik po zbiorach, powrócił też do koncepcji przesiedlenia całości kolekcji do Muzeum Narodowego w Poznaniu; ze względu na wybuch II wojny światowej nie udało się jej jednak zrealizować.
Niedługo przed wybuchem wojny Maria Ludwika (książę Adam zmarł w 1937 roku), zdając sobie sprawę z potencjalnego zagrożenia, rozpoczęła działania mające na celu zabezpieczenie najbardziej wartościowej części kolekcji i ukrycie jej poza zamkiem. W tym celu wyselekcjonowała najcenniejsze eksponaty i w 18 obitych blachą cynkową skrzyniach przewiozła je do Warszawy, gdzie zostały sekretnie zakopane w piwnicy należącego do niej domu przy ul. Kredytowej. Tajemnicy o ukrytym skarbie nie udało się jednak utrzymać i w październiku 1941 skrytka została przez Niemców znaleziona. Początkowo dzięki protestom księżnej i opieszałości pracujących przy inwentaryzacji Polaków nie opuszczały one miasta i być może zostałyby w Warszawie na dłużej, gdyby nie wybuch powstania w 1944. Większość dzieł spakowano wówczas pospiesznie i wywieziono na zamek Fischorn w Austrii, gdzie stały się obiektem przetargów między największymi muzeami III Rzeszy. Z kolei ta część zbiorów, która pierwotnie ocalała w Gołuchowie, została przez hitlerowców wywieziona do Poznania i umieszczona najpierw na terenie Targów Poznańskich, a później w katedrze, by pod koniec wojny również trafić do Niemiec. Sam zamek przeznaczono na magazyn odzieży wojskowej, co spowodowało znaczne jego zniszczenia i umożliwiało grabież tego, co jeszcze pozostało. W 1942 zamierzano tutaj umieścić szkołę dla leśników, szczęśliwie plany te nigdy nie zostały zrealizowane.
Po zakończeniu wojny dokonano rewindykacji skradzionych eksponatów, ale odgórną decyzją administracyjną nie powróciły one do Gołuchowa, lecz trafiły do Muzeum Narodowego w Warszawie oraz Poznaniu. Poznańska placówka przejęła zresztą i sam zamek, gdzie w latach 1960-61 przeprowadzono remont, a następnie uruchomiono tam jej filię.
Nawiązująca formą do słynnych zamków nad Loarą dawna siedziba Działyńskich oraz tworzący jej otulinę park przyciągają rokrocznie tłumy zwiedzających – i nic w tym dziwnego, jest to bowiem niebywale piękny kawałeczek Polski. Podobnie jak przed II wojną gmach główny wraz z oficyną pełnią rolę muzealną, oferując wrażenia estetyczne na wybornym europejskim poziomie. W ich mrocznych pomieszczeniach prezentowane są określone tematycznie zbiory,
- w sali waz antycznych: 56 eksponatów z liczącego przed wojną 259 egzemplarzy zbioru ceramiki antycznej z VII-III w. p.n.e., popiersie Izabelli Czartoryskiej A. Madeyskiego oraz portret Jana Działyńskiego, bogato rzeźbiony stół wykonany w XIXw. z barokowych rzeźb ołtarzowych, a także monumentalny renesansowy kominek pochodzący prawdopodobnie z zamku Arney le Duc we Francji, zakupiony przez Izabellę w 1878 za kwotę 4200 franków.
- w sali starożytności: zabytki kultur starożytnych (figurki, naczynia), stolik oraz kabinet wykonane przez artystów włoskich w XVIIw., malowidła włoskich malarzy renesansowych, m.in. portret M. Kopernika z XVIw., Madonna z Dzieciątkiem M. Tossiniego, Św. Sebastian autorstwa C .Cigniani i Zaślubiny św. Katarzyny.
- w sali muzealnej zaprojektowanej przez Maurycego Ouradou na wzór sali jadalnej zamku w Chaumont: kominek z XVIw. z płaskorzeźbami Madonny z Dzieciątkiem oraz wykonane w warsztacie H. van Asche w Brukseli XVII-wieczne gobeliny ilustrujące historię rozgrywającą się warsztacie H. van Asche w Brukseli XVII-wieczne gobeliny ilustrujące historię rozgrywającą się podczas II wojny punickiej.
- w sali polskiej: manierystyczny XVI-wieczny kominek wykonany z kamienia z Gubbio, a także stare kopie portretów królewskich oraz portrety hetmanów i wojewodów, pochodzące ze zbiorów Czartoryskich, fotografie i dokumenty związane z przedwojennym muzeum.
- w pokojach gotyckich: dzieła sztuki gotyckiej oraz zabytki reprezentujące pokrewny im kierunek stylistyczny – dzieła artystów niemieckich i holenderskich, m.in. polichromowana św. Urszula wykonana w Utrechcie w XVI wieku.
- w sypialni księżnej Małgorzaty, zajmowanej dawniej przez Małgorzatę księżną Orlean-Nemours, drugą żonę Władysława Czartoryskiego, podczas jej pobytów w Gołuchowie: obok łoża z baldachimem obrazy związane z rodziną Leszczyńskich – portret Marii Leszczyńskiej H. Rigauda oraz portret jej męża, króla Francji Ludwika XV autorstwa R. de Vialy z ok. 1718 roku, kominek z piaskowca z XVIIw., sekretarzyk hiszpański inkrustowany kością słoniową, portret księcia Rodrigo Ponce de Leon w zbroi z XVIw., a także inne cenne obrazy malarzy szkoły włoskiej i hiszpańskiej z XVI-XVIIIw.
- w bibliotece: XVI-wieczny kominek włoski, XIX-wieczne artystyczne kraty, zamykające ukryte we wnętrzach szafy biblioteczne oraz znajdujący się w nich cenny zbiór rękopisów i starodruków z XVI-XVIII wieku.
- w sali portretu staropolskiego: portrety szlacheckie z XVI-XVIII stulecia, wśród nich portrety Czartoryskich i portret Anny Chlebowskiej, jednej z XVIII-wiecznych właścicielek majątku gołuchowskiego, kominek wykonany według projektu Ouradou z wykorzystaniem zabytkowych fragmentów XVII-wiecznych, a także malowany kufer z 1657 roku.
- w pokoiku w baszcie: zabytkowy strop z XVI wieku, kominek gołuchowski z 1619 roku oraz zbiór dekoracyjnych waz chińskich i japońskich z XVIII i XIX stulecia.
- w sali królewskiej, przed 1939 urządzonej jako sypialnia królewska, zdobiona wspaniałą kolekcją gobelinów: dekoracyjny strop kasetonowy z wizerunkami królów Polski, portrety Marii Leszczyńskiej oraz Ludwika XV, renesansowe drzwi z 1557 roku, kominek z kamienia istryjskiego, wykonany w Wenecji w XVI wieku, a na nim XIX-wieczny zegar i świeczniki, na renesansowej skrzyni ołtarzyk złożony z 11 scen, przedstawiających Życie Marii i Chrystusa, namalowany przez M. Coffermansa w XVI wieku, gobelin z ok. 1700 obrazujący Narodziny Bachusa i oddanie go nimfom na wychowanie.
- w sali stołowej: naprzeciw wejścia portret króla Stanisława Poniatowskiego namalowany przez Marcella Bacciarellego, zakupiony przez Izabellę Działyńską i eksponowany przez nią w tym samym miejscu, portrety dam szwedzkich z XVI i XVII stulecia, a także seria małych portretów przedstawiających Zygmunta Starego i jego rodzinę.
- w salonie, niegdyś zdobionym dziełami malarstwa francuskiego: polichromowany strop wzorowany na stropie sali jadalnej hotelu Lambert w Paryżu, odrzwia zdobione rzeźbionymi scenkami ze Starego Testamentu, kominek z marmuru chęcińskiego z 1619r., biało-błękitne XVIII-wieczne holenderskie wazony wzorowane na porcelanie chińskiej, obrazy gdańskie i niderlandzkie z XVI-XVII wieku.
- w kredensie: wielki renesansowy kominek włoski z XVIw., na kominku tryptyk Ostatnia Wieczerza, Chrystus w Ogrójcu, Umywanie nóg Apostołom autorstwa F. Florisa de Vriendt, po drugiej stronie kominka weselna misa drewniana z ok. 1540r., a także naczynia cynowe, miedziane i majolikowe z XVII i XVIII wieku.
W pięknym parku rośnie 650 gatunków rzadkich drzew i krzewów, m.in.: świerki syberyjskie i kaukaskie, grecka jodła czy czerwony klon. Uroku całości dodaje płynący przez malownicze stawy lewy dopływ Prosny – rzeka Ciemna (Trzemna), zaś dodatkową, wielką atrakcją dla tego miejsca są mieszkające w pobliskim lesie żubry.
I Biogramy głównych bohaterów.
Jan Kanty Działyński urodził się 28 września 1829 roku w Kórniku jako jedyny syn znanego działacza społecznego, powstańca Tytusa Działyńskiego i Gryzeldy Celestyny z Zamoyskich. W 1849 ukończył poznańskie gimnazjum św Marii Magdaleny, a następnie odbył służbę wojskową w legionach pruskich. Studiował na wydziale filozoficznym Uniwersytetu i w Akademii Budownictwa w Berlinie, a w Paryżu nauki matematyczne. Po śmierci Tytusa w 1861 objął w posiadanie dobra kórnickie wraz z miejscowym zamkiem i pałacem w Poznaniu. W tym samym roku zasiadł w sejmie pruskim jako przedstawiciel tzw. Koła Polskiego; niedługo potem wyjechał w podróż na Bliski Wschód, skąd powrócił po wybuchu powstania styczniowego, stając na czele komitetu pomocy powstańcom. Po rewizji w pałacu poznańskim, zagrożony aresztowaniem, przyłączył się do bezpośredniej batalii zbrojnej i walczył w oddziale E. Taczanowskiego. Działalność Jana przysporzyła mu niemało kłopotów, jego majątek obłożono sekwestrem, zbiory biblioteczne i muzealne w Kórniku i Gołuchowie opieczętowano, a niedługo potem w tzw. procesie berlińskim skazano go zaocznie na karę śmierci. Na emigracji spędził 5 lat (gdzie udzielał się m.in. przy udoskonalaniu karabinu); w 1869 roku uzyskał amnestię i zwolnienie od zarzutów. Powrócił do Wielkopolski, po czym kontynuował działalność kulturalną i wydawniczą, przebudował zamek kórnickizamek kórnicki , w którym na stałe zamieszkał. Pomimo pewnych przywar charakteru (kto ich nie ma?) Jan Kanty uważany jest za postać wybitną, mecenasa nauki polskiej i patriotę w najlepszym znaczeniu. Nie należał do żadnej partii i trzymał się z dala od walk politycznych, znane natomiast jest jego zaangażowanie w sprawy lokalne: dążył do gospodarczego i kulturalnego podniesienia poziomu życia chłopa, fundował stypendia dla studentów, troszczył się o szkolnictwo wiejskie. Był ostatnim z rodu, zmarł w marcu 1880 w Kórniku i tam został pochowany. Testamentem cały majątek zapisał swemu siostrzeńcowi Władysławowi Zamoyskiemu.
Izabella Elżbieta z Czartoryskich Działyńska urodziła się dnia 14 grudnia 1830r. w Warszawie. Była córką księcia Adama Jerzego, przywódcy polskiej emigracji we Francji, i księżnej Anny Sapieżanki. Kiedy miała 3 lata wyjechała z rodzicami do Paryża, gdzie otrzymała staranne wykształcenie, także artystyczne, które pozwoliło rozwinąć jej spory talent malarski. Szybko jednak porzuciła tworzenie sztuki na rzecz jej gromadzenia – kontynuując pasję swojej babki Izabeli z Flemingów Czartoryskiej stworzyła imponującą kolekcję, lokując ją w odbudowanym zamku w Gołuchowie, gdzie zamieszkała po ślubie z Janem Działyńskim. Oprócz cennego zbioru waz greckich, mebli oraz tkanin, skupiła tam szereg wartościowych grafik, rycin i obrazów, związanych lub akcentujących związki z Polską, m.in. “Mały Polak” H. Rembrandta, “Madonna z granatem” Wita Stwosza, portret Kościuszki J. Grassiego, czy koronacyjny konterfekt Augusta S. Poniatowskiego. Polski charakter rezydencji podkreślały również liczne i piękne portrety sarmackie. Z zaniedbanego gmachu zamku, który według jej opinii “wyglądał jak siedziba niedużej kasztelanii po ataku i złupieniu” stworzyła Izabella wspaniały zespół architektoniczno-parkowy – dzieło XIX-wiecznych koncepcji artystycznych, czyniąc z niego jedno z najbardziej znanych muzeów na ówczesnych ziemiach polskich.
Prywatnie Izabella nie należała do osób towarzyskich, wychowywana we Francji traktowała specyficzne zwyczaje panujące wśród polskiej szlachty jako grubiańskie i wyraźnie starała
dystansować się od otoczenia, za co powszechnie nie lubiano jej. Uwielbiała podróżować, zwiedziła Afrykę Pn., była w Ziemi Świętej. W sferze intymnej prawdopodobnie nad płeć silną przekładała białogłowy, co być może miało wpływ na obiegową opinię, że jej małżeństwo z Janem Kantym nigdy nie zostało skonsumowane a sam Jan został ze względów politycznych i sfery do małżeństwa tego przymuszony przez familię.
Izabella Działyńska zmarła w marcu 1899 roku w Mentonie i spoczęła w kaplicy znajdującej się na terenie parku w Gołuchowie. Sześć lat przed śmiercią utworzyła Ordynację Książąt Czartoryskich, gwarantując w jej statucie powszechną dostępność swoich zbiorów oraz ich niepodzielność.
Z ową tak zasłużoną a jednocześnie tak niedobrana parą małżeńską związane są pośrednio legendy ubarwiające przeszłość tego lezącego na bocznych szlakach zamku.
Głęboką nocą, gdy nad rzeką Ciemną unosi się mgła, a ciszę zakłócają jedynie szelest wiatru i pohukiwanie puszczyków, na zamek w Gołuchowie wracają jego dawni właściciele: Jan Działyński i Izabela Działyńska z Czartoryskich.
Oboje byli za życia mecenasami sztuki. Teraz także spacerują po zamku i sprawdzają co pozostało z dawnej świetności, szukają śladów swej przeszłości, od początków wspólnego życia po lata samotnej działalności Izabeli zmierzającej do zgromadzenia wspaniałego zbioru dzieł sztuki i uczynienia z Gołuchowa “paradis terrestre”.
Czasami w oknach zamku widać światło tysięcy świec, słychać muzykę i szepty rozmów, a na zamkowym dziedzińcu roi się od zjaw ludzi i zwierząt. To państwo Działyńscy przyjmują gości, witają ich w tradycyjnych strojach według staropolskiego zwyczaju, a potem bal trwa… do rana.
Czasami przy świetle księżyca pani Izabela pomyka w zwiewnych szatach z ulubienicą u boku i tomikiem Safony w dłoniach.
Inna wieść głosi, że na gołuchowskim zamku są skarby dotąd nie odkryte. Kolejni właściciele próbowali je odnaleźć stosując często tak radykalne metody jak wyburzanie ścian. Na próżno. Dotąd nikomu się to nie udało.
Pogłoski o ukrytym skarbie wiążą się zapewne z tym, że w roku 1578 król Stefan Batory powierzył Rafałowi Leszczyńskiemu (to on wzniósł w Gołuchowie dwór obronny) nadzór nad mennicą królewską.
No cóż … niech te skarby zostaną ukryte na zawsze … będzie można o nich marzyć i śnić …
Następny etap zwiedzania najstarsze polskie miasto – Kalisz.
Kalisz (łac.łac.Calisia, jid.jid.קאַליש, lit.lit.Kališas, łot.łot.Kališa, niem.niem.Kalisch, ros.ros.Калишъ), jedno z najstarszych miast w Polsce, położone na Wysoczyźnie KaliskiejWysoczyźnie Kaliskiej , nad ProsnąProsną , historyczna stolica Wielkopolski Wschodniej, stolica diecezji kaliskiejdiecezji kaliskiej ; drugi co do wielkości ośrodek województwa wielkopolskiegowojewództwa wielkopolskiego , powiat grodzkipowiat grodzki , siedziba powiatu ziemskiegopowiatu ziemskiego ; w latach 19751975 –19981998 stolica województwa kaliskiegowojewództwa kaliskiego .
Filharmonia KaliskaZespół miejski Kalisza jest jednym z dwóch najsilniej obszarów województwa wielkopolskiego. Jest prężnym ośrodkiem kulturalnym (Teatr im. Wojciecha BogusławskiegoZespół miejski Kalisza jest jednym z dwóch najsilniej obszarów województwa wielkopolskiego. Jest prężnym ośrodkiem kulturalnym (, Muzeum Okręgowe Ziemi KaliskiejZespół miejski Kalisza jest jednym z dwóch najsilniej obszarów województwa wielkopolskiego. Jest prężnym ośrodkiem kulturalnym (, , Teatr Tańca Współczesnego, Biuro Wystaw ArtystycznychZespół miejski Kalisza jest jednym z dwóch najsilniej obszarów województwa wielkopolskiego. Jest prężnym ośrodkiem kulturalnym (, , Teatr Tańca Współczesnego, , Kaliskie Spotkania TeatralneZespół miejski Kalisza jest jednym z dwóch najsilniej obszarów województwa wielkopolskiego. Jest prężnym ośrodkiem kulturalnym (, , Teatr Tańca Współczesnego, , , Zespół miejskizurbanizowanychZespół miejski Kalisza jest jednym z dwóch najsilniej Schola CantorumzurbanizowanychSchola CantorumZespół miejski Kalisza jest jednym z dwóch najsilniej Zespół miejski Kalisza jest jednym z dwóch najsilniej obszarów województwa wielkopolskiego. Jest prężnym ośrodkiem kulturalnym (, , Teatr Tańca Współczesnego, , , , Międzynarodowy Festiwal Pianistów Jazzowych, festiwal Schola CantorumZespół miejski Kalisza jest jednym z dwóch najsilniej obszarów województwa wielkopolskiego. Jest prężnym ośrodkiem kulturalnym (, , Teatr Tańca Współczesnego, , , , Międzynarodowy Festiwal Pianistów Jazzowych, festiwal Zespół miejski Kalisza jest jednym z dwóch najsilniej obszarów województwa wielkopolskiego. Jest prężnym ośrodkiem kulturalnym (, , Teatr Tańca Współczesnego, , , , Międzynarodowy Festiwal Pianistów Jazzowych, festiwal Zespół miejski Kalisza jest jednym z dwóch najsilniej obszarów województwa wielkopolskiego. Jest prężnym ośrodkiem kulturalnym (, , Teatr Tańca Współczesnego, , , , Międzynarodowy Festiwal Pianistów Jazzowych, festiwal Zespół miejskiZespół miejski Kalisza jest jednym z dwóch najsilniej obszarów województwa wielkopolskiego. Jest prężnym ośrodkiem kulturalnym (, , Teatr Tańca Współczesnego, , , , Międzynarodowy Festiwal Pianistów Jazzowych, festiwal Zespół miejski Kalisza jest jednym z dwóch najsilniej obszarów województwa wielkopolskiego. Jest prężnym ośrodkiem kulturalnym (, , Teatr Tańca Współczesnego, , , , Międzynarodowy Festiwal Pianistów Jazzowych, festiwal Zespół miejski Kalisza jest jednym z dwóch najsilniej obszarów województwa wielkopolskiego. Jest prężnym ośrodkiem kulturalnym (, , Teatr Tańca Współczesnego, , , , Międzynarodowy Festiwal Pianistów Jazzowych, festiwal zurbanizowanychZespół miejski Kalisza jest jednym z dwóch najsilniej obszarów województwa wielkopolskiego. Jest prężnym ośrodkiem kulturalnym (, , Teatr Tańca Współczesnego, , , , Międzynarodowy Festiwal Pianistów Jazzowych, festiwal Zespół miejski Kalisza jest jednym z dwóch najsilniej
Liczne odkrycia rzymskich importów wskazują na to, że okolice Kalisza były ważnym ośrodkiem na trasie szlaku bursztynowegoszlaku bursztynowego . Znajdowała się tu osada kasztelańskakasztelańska z grodem od IXIX w. Nazwa pochodzi od archaizmuarchaizmukał oznaczającego bagno, mokradło. Ze względu na liczne znaleziska wskazujące na obecność CeltówCeltów w okolicy Kalisza istnieje również możliwość, że nazwa pochodzi od celtyckiego słowa cal, oznaczającego strumień lub rzekę. Prawa miejskiePrawa miejskie na bazie prawa magdeburskiegoprawa magdeburskiego Kalisz otrzymał powtórnie między latami 12531253 -12601260 . W czasie rozbicia dzielnicowegorozbicia dzielnicowego (XIIIXIII w.) był stolicą osobnego księstwa. W czasach nowożytnych siedziba wojewody, ośrodek sukiennictwa i stolarstwa, w XIXXIX wieku największy ośrodek przemysłowy w kalisko-mazowieckim okręgu przemysłowymkalisko-mazowieckim okręgu przemysłowym . Ośrodek naukowy i religijny, w którym po opuszczeniu habsburskich CzechCzech osiedliły się wspólnoty braci czeskichbraci czeskich . Od 18001800 r. w Kaliszu nieprzerwanie działa teatr założony przez Wojciecha BogusławskiegoWojciecha Bogusławskiego .
Kalisz był miastem wielonarodowościowym. W 18601860 liczył 12 835 mieszkańców, w tym 47% Polaków, 34% Żydów i 19% Niemców[3][3] .
W latach 19001900 –19021902 wybudowano Kolej Warszawsko-KaliskąKolej Warszawsko-Kaliską , w latach 19141914 –19171917 powstała Kaliska Kolej DojazdowaKaliska Kolej Dojazdowa .
W dniach pomiędzy 77 a 22 sierpnia22 sierpnia19141914 w czasie I wojny światowejI wojny światowej miasto zostało prawie całkowicie zniszczone ostrzałem artyleryjskim i poprzez podpalenia przez wojska niemieckie pod dowództwem majora Hermanna Preuskera. Na Wzgórzu Wiatracznym dokonano mordu na 80 cywilach (decymacjadecymacja 800 zatrzymanych mężczyzn). Niemiecka komisja oceniła straty poniesione przez miasto na 25 mln rubli w złocie.
Potem Kalisz dzielił historie pozostałych miast Polski. Obecnie jest zadbanym grodem na rynku którego stoi jeden z piękniejszych pomników Jana-Pawła II.
Zwiedzamy zabytki, podziwiamy rynek i ratusz. Wsłuchujemy się w opowieści p. Stefana – kaliskiego zapaleńca, który chętnie zawiódłby nas do każdego szacownego kamienia, każdego śladu dawności. Ale czas wracać. Trochę odsapki w rynkowym ogródku w cieniu katedry i czas do domu.
7 września – niedziela
Późna porą sadowimy się w pociągu relacji Szczecin-Przemyśl. Mamy wygodne kuszetki., ustalone składy „mieszkańców” przedziałów. Wszystko przebiega składnie i organizacyjnie w porządku. Zresztą, czy ktoś „podskoczy Lidce, zwanej Prezesiną?
8 września – poniedziałek
W Krakowie autobus rejsowy do Szczawnicy. Spoglądamy smętnie przez okna, hej, góry się palą, czyli mgła nad szczytami. Pewnie niedźwiedzie bigos warzą. W Szczawnicy także pada. Paweł i Gosia, którzy jako forpoczta są na miejscu, prowadzą kolumnę 34 turystów do pensjonatu [a jakże!] „Halka” Nadal gęsty kapuśniaczek. Roztasowujemy się i studiując informacje o okolicy czekamy na zebranie organizacyjne.
Raptularz Szczawnicki. Teren Szczawnicy od początku istnienia państwa polskiego należał do królewszczyzn. Rok 1257 – Bolesław Wstydliwy darowuje Pieniny i Ziemię Sądecką swojej żonie Kindze. Przełom XIII/IV w. – obszar wchodzi w skład posiadłości Klasztoru Klarysek w Starym Sączu. Około 1350 r. – za panowania Kazimierza Wielkiego ponownie dostaje się w ręce królewskie. Istnieje już parafia w Szczawnicy. Początek XV w. – obszar Pienin zostaje oddany za bliżej nie znaną sumę dla zabezpieczenia wierzytelności pożyczonej królowi. Utworzono na nim Starostwo Czorsztyńskie z siedzibą na zamku w Czorsztynie. Rok 1413 – w zapisie opiewającym na sumę 400 florenów dokonanym przez króla Władysława Jagiełłę na rzecz starosty Abrahama Czarnego z Goszyc wymienione są m.in. Szczawnica: wżyna i niżna. Rok 1434 – źródła wymieniają Macieja Plebanusa de Szczawnica. Rok 1475 – Jan Długosz w “Liber beneficiorum” używa określenia: Szczawnica magm (duża). Rok 1490 – król Kazimierz Jagiellończyk odnawia przywilej dany Janowi Sołtysowi ze Szczawnicy, potwierdzony przez Jana Olbrachta w 1494 r. Początek XVI w. – istnieje tu sołectwo i wybraniectwo – urząd etatowego żołnierza. Rok 1529 – biskup krakowski Piotr Tomicki likwiduje samodzielna parafię szczawnicką, odtąd staje się ona filią parafii krościeńskiej. Rok 1550 – budowa nowego, drewnianego kościoła (rozebranego w 1894 r.). Rok 1559 – zapis historyczny o wybrańcu Pawle Fleszarze upominającym się o swe prawa i na zamku czorsztyńskim na śmierć zamrożonym. Rok 1581 – w spisie poborowych wymienia się 5 półłanów kmiecych i 4 zagrodników bez roli w Szczawnicy. Wiek XVII – Szczawnica wymieniana jest w dokumentach Starostwa Czorsztyńskiego, m.in. w latach 1669-72 podczas powstania chłopskiego w starostwie, w którym prym wiodą chłopi z Tylmanowej. Wiek XVII – znane są już lecznicze właściwości szczawnickich źródeł. Rok 1706 -w okresie tzw.. III wojny północnej trwają tu walki pomiędzy wojskami rosyjskimi pod wodzą Jakuba Rypińskiego a wojskami starosty Lubomirskiego z Lubowli. Lata 1735/36 – Szczawnica znacznie ucierpiała wskutek przebywania na jej terenie oddziałów kozaków pod wodzą Kominka i Darowskiego przeciwnych elekcji Stanisława Leszczyńskiego na tron Polski. Lata 1768/70 – potyczki konfederatów barskich, werbunek przez Beniowskiego zwolenników konfederacji (siedziba “Generalności’ w pobliskich Gniazdach). Rok 1769 – pod pozorem utworzenia kordonu sanitarnego mającego bronić Węgry przed zarazą, wojska austriackie Marii Teresy zajęły cały Spisz i Ziemię Sądecką dając tym początek pierwszemu rozbiorowi Polski. Rok 1797 – śmierć ostatniego starosty czorsztyńskiego Józefa na Potoku Potockiego. Rok 1810 – pierwsza analiza wody szczawnickiej (późniejszej “Józefiny”) dokonana przez dr. Rhodiusa z Krakowa. Rok 1811 – po śmierci żony ostatniego starosty czorsztyńskiego następuje likwidacja Starostwa Czorsztyńskiego, którego dobra przejmuje rząd austriacki tworząc tzw… “Kamerę”. Początkowo Urząd Kameralny znajduje się w Nowym Targu, potem przenosi się do Kamienicy. Obszar starostwa rozpada się na trzy “dominia”: szczawnickie, krościeńskie i czorsztyńskie. Znaczne tereny dóbr szczawnickich dostają się w ręce chłopskie. Około 1816 r. – bezimienne jeszcze wówczas źródło jest w posiadaniu Józefa Zachwiei zwanego Józiopankiem. Butelkuje on i rozsyła niewielkie partie leczniczej wody. Rok 1820 – Józef Zachwieja sprzedaje źródło Janowi Kutscherze mieszczaninowi z Gniazd na Spiszu. Z jego działalnością wiąże się budowa pierwszych skromnych zabudowań zdrojowych przy górnym i dolnym źródle, dwóch domów dla kuracjuszy, napełnianie wodą butelek i zamulanie ich smołą. Rok 1828 – dobra szczawnickie, poprzez Jana Podhajeckiego, nabywa Józefina Szalay, również w tym roku przejmuje ona od Jana Kutschery źródła i zabudowania zdrojowe. Rok 1838 – umiera Stefan Szalay, mąż Józefiny. Rok 1839 – Józef Stefan Szalay przejmuje zarząd dobrami w Szczawnicy. Rok 1842 – następuje formalny zakup dóbr szczawnickich przez Józefa Stefana Szalaya i rozpoczyna się okres rozbudowy uzdrowiska, powstają wówczas wszystkie pensjonaty wokół Placu Dietla i na terenie Parku Górnego. Okres rozbudowy uzdrowiska trwać będzie do lat osiemdziesiątych XIX w. Rok 1860 – Józef Szalaya wydzierżawia Spółce Zdrojowisk Krajowych na okres 50 lat teren Miedziusia ze źródłami: “Szymon’, “Helena’ i “Aniela’ z zaleceniem utworzenia Dolnego Zakładu Zdrojowego. Od 1865 r. – Spółka wydzierżawia Dolny Zakład, kolejno: Teodorowi Baranowskiemu i Franciszkowi Tomankowi, Tomankowej wraz z synem oraz dr. Józefowi Kołączkowskiemu. Rok 1876 – umiera Józef Stefan Szalay. Zgodnie z testamentem Zakłady Zdrojowe przechodzą na własność Akademii Umiejętności w Krakowie, z działalnością której wiąże się wybudowanie Dworca Gościnnego i dokończenie budowy “drogi pienińskiej” nad Dunajcem. – właścicielami szczawnickich dóbr tabularnych zostają synowie Józefa Szalaya: Władysław i Tytus. Rok 1880 – połowa dóbr szczawnickich, mocą testamentu sporządzonego przez Władysława Szalaya, przechodzi na rzecz Alojzego Szalaya i zostaje odstąpiona Feliksowi z Pławic Pławickiemu – jednemu z współtwórców Towarzystwa Tatrzańskiego, posłowi na Sejm Galicyjski. Rok 1887 – powstaje Zakład Wodoleczniczy dr. Józefa Kołączkowskiego. Rok 1892 – konsekracja nowego kościoła w Szczawnicy. Rok 1893 – Akademia Umiejętności wydzierżawia uzdrowisko(Górny Zakład) Feliksowi Wiśniewskiemu. Dzierżawa trwa do 1909 r. Rozpoczyna się okres stagnacji i ubożenia uzdrowiska. Rok 1896 – Feliks Pławicki sprzedaje połowę szczawnickich dóbr tabularnych hrabinie Idzie Lasockiej, właścicielce Dębników pod Krakowem. Rok 1909 – Akademia Umiejętności sprzedaje Górny i Dolny Zakład Zdrojowy hrabiemu Adamowi Stadnickiemu, właścicielowi dóbr Nawojowa. Z jego działalnością wiąże się budowa Inhalatorium z komorami pneumatycznymi, komfortowego pensjonatu “Modrzewie”, nowych ujęć wód i przeprowadzenie kanalizacji. Rok 1948 – upaństwowienie uzdrowiska. Rok 1962 – Szczawnica otrzymuje prawa miejskie. Rok 1973 – połączenie Szczawnicy i Krościenka w jedną całość administracyjną. Rok 1982 – Szczawnica ponownie zostaje samodzielnym miastem.
W ekspresowym tempie podaję bogate dzieje Szczawnicy, ale i czasu na dłuższe poszukiwania źródeł nie staje.
9 09 wtorek – Słowacja, Leśnica,
Rano mamy niespodziankę, świeżutkie, umyte w mgiełkach słoneczko wędruje nad miastem. Wyruszamy na pierwszą wyprawę do słowackiej Leśnicy. A więc słówko o masywie pienińskim.
Pieniny zwane są parkiem dwóch narodów Polski i Słowacji, to jeden z najbardziej uroczych zakątków w naszym kraju. Zbudowane są z wapieni jurajskich i kredowych, duża odporność wapieni spowodowała wypreparowanie ich z osłony fliszowej i powstanie grzbietów z licznymi formami skalnymi o strzelistych kształtach., Tereny obejmujące Pieniny prawie w całości objęte są ochroną – Pieniński Park Narodowy. W parku wytyczono kilkadziesiąt kilometrów szlaków turystycznych, jednym z najpiękniejszych jest Sokola Perć wiodąca ze Szczawnicy na Trzy Korony, a obejmująca najbardziej malownicze rejony Pienin - Sokolicę, Kazalnicę i Zamkową Górę. Na Trzech Koronach znajduje się punkt widokowy skąd rozpościera się panorama na Tatry Słowackie. W dole widać Sromowce Niżne, Czerwony Klasztor po Słowackiej stronie i wijący się między nimi Dunajec oddzielający na odcinku 21 kilometrów Polskę i Słowację.
To brzmi zachęcająco i jeśli pogoda dopisze, pomaszerujemy tymi trasami.
Teraz wędrujemy brzegiem całkiem żwawego Grajcarka a potem Dunajca. Góry w złocie i zieleni. Czasami dołem przemknie kajak bądź tratwy z amatorami podziwiania przełomu Dunajca, przeczłapią koniki wiozące bryczka leniwych letników. A my docieramy do gospody na dawnej granicy ze Słowacją. Trafiamy do skansenu drewnianych rzeźb. Piękne figury przedstawiające zbójników, górala w niedźwiedzim uścisku, frasobliwe świątki, siodłate baby Ogromna kolekcja drewnianych postaci zaklętych w drzewie. Raczymy się regionalnymi słowackimi potrawami w „potravinie” płacąc złotówkami. Unia likwidując granice zbliżyła narody. Kilkuosobowa grupka wędruje do Leśnicy. Ładne, zadbane słowackie miasteczko. Wracamy zadowoleni. Jak na pierwszy wypad mamy od 12 d0 15 km w nogach. Tę nadwyżkę zaliczyli ciekawscy. 10 09 środa – rezerwat Biała Woda i Homole
Zbyszek i Jurek ogłosili nabór chętnych do grupy gimnastycznej. Zgłosiło się w sumie 4 osoby. Dobre i to. Ćwiczymy o godzinie 7 w holu pensjonatu. Dziś wybieramy się do rezerwatu Biała Woda i Homole. Towarzyszy nam przewodniczka ze Szczawnicy p. Iwona Białek. Jej opowieściom zawdzięczamy obłaskawienie trasy.
Biała Woda – rezerwat krajobrazowy o powierzchni 33,71 ha, utworzony w 1963 roku. Ochroną objęty jest jego fragment obfitujący w oryginalne skałki, między którymi potok tworzy malownicze odcinki przełomowe, a na progach wodospady. W skład rezerwatu wchodzą grupy skał przedzielone pastwiskiem i polami uprawnymi. Dolina jest prawie bezleśna. Jedynie w południowo-wschodniej części rezerwatu występują lasy, głównie z udziałem buka, jodły i świerka. Charakterystyczne są tu: sesleria skalna, stokrotnica górska, kostrzewa blada, zerwa kulista, przytulia nierównolistna, rojnik, rozchodnik ostry i inne ciekawe okazy flory. Licznie występuje także jałowiec. Wąwóz w przełomowym odcinku potoku nazywany jest niekiedy Międzyskały. Po lewej stronie znajduje się jedyna w 500- kilometrowym pienińskim pasie skałkowym bazaltowa skałka pochodzenia wulkanicznego. Około 100 milionów lat temu, w trzeciorzędzie, uaktywniona ruchami górotwórczymi magma przebiła się przez warstwy kruchych łupków i zastygła na powierzchni. Działanie wiatru, wody i słońca powoduje jej wietrzenie i zmianę barwy na powierzchni z czarnozielonkawej na rdzawo-niebieską, żółtawą lub zielonkawą. Po przeciwnej stronie wąwozu znajduje się 80-metrowa urwisto Smolegowa Skała zbudowana z białego wapienia. Z tych samych utworów zbudowane są skałki i progi w dnie doliny potoku, który płynie skalnym korytem tworząc bystrza i baniory, a w środkowej części rezerwatu malowniczy wodospad. Jej szata roślinna należy do wielkich osobliwości pienińskich. Na północnej ścianie, gdzie jest wilgotno i chłodno, przetrwał dębik ośmiopłatkowy, konietlica alpejska i pępawa Jacquina – relikty tundry z epoki lodowcowej, spotykane w Karpatach jeszcze tylko w Tatrach. Kilkadziesiąt metrów od nich na południowych, nasłonecznionych stokach zakwita -krwawnik szczecinkolistny – roślina ciepłolubna, bardzo rzadka w Polsce. W dolinie Białej Wody istniało niegdyś spore osiedle Rusinów Szlachtowskich, stanowiące przysiółek Jaworek. Stąd wywodzili się wędrujący po południowej Polsce druciarze. Naprawiali potłuczone garnki gliniane, które po sklejeniu dla wzmocnienia oplatali drucianą siatką. 0 dawnej zabudowie doliny świadczą zdziczałe drzewka owocowe i zachowane gdzieniegdzie podmurówki domów. Przy drodze bieleje murowana Kapliczka zwieńczona drewnianą malowniczą cebulką. SKAŁA SFINKS – od istniejącego tu do niedawna osiedla Kornaje zwana Kornajowską Skałą. Jest to skałka wapienna n “ludzkim” profilu, piętrząca się po lewej stronie potoku Biała Woda, vis-a-vis ujścia strumienia spływającego spod Zimnej Studni.
Następny etap to Wąwóz Homole znajduje się on, podobnie jak rezerwat Biała Woda w Małych Pieninach, w pobliżu Jaworek. Płynący dnem potok Kamionka wyżłobił w wapiennym podłożu fantastyczne turnie i strome, dochodzące do 120 m wysokości, ściany skalne. Podziwiamy wyjątkową naskalną roślinność o pierwotnym charakterze. W górnej części osuwisko jest porośnięte lasem świerkowym. Już od XV w. poszukiwano w nim skarbów. Homole wymieniane są w testamencie Piotra Wydżgi, jednego z XVII-wiecznych poszukiwaczy. W 1736 odkryto tu szyb, w nim narzędzia górnicze. Z Homolami związane są liczne legendy o zaklętych skarbach. My skaczemy z homola na homole [tak nazywano wielkie, obłe kamienie. Schodzimy i wspinamy się maszerując wzdłuż kapryśnie wijącego się strumienia. Aż trudno uwierzyć, że ten ledwo ciurkający [jest pora sucha] strumyczek wyrzeźbił taki głęboki wąwóz.
Całkiem zgrabnie skaczemy po wielkich kamlokach, by potem zeskakiwać po stromiznach.
11 09 czwartek – Kraków i Szczawnica
Zdecydowana większość grupy jedzie autokarem do Krakowa odwiedzić miasto i zabytki, nieliczni zwiedzają Szczawnicę – pijalnię wód, galerię sztuki, parafialny kościół z drewnianymi Stacjami Męki Pańskiej. Pogoda ustaliła się na przekropną, oby wróciło słonko.
12 09 piątek – Małe Pieniny
Małe Pieniny to niezwykle urokliwe miejsce, zdecydowanie warte uwagi. ale grozi mu inwazja technologii, co niewątpliwie spowoduje nieodwracalne straty przyrodnicze.
Małe Pieniny są najwyższą częścią Pienin, z kulminacją w postaci Wysokich Skałek (1050 m n.p.m.), zwanych też Wysoką. Rozciągają się wzdłuż granicy państwa, od doliny Dunajca (na zachodzie), po przełęcz Rozdziela (na wschodzie), która stanowi geologiczną linię podziału między Pieninami i Beskidami, a konkretnie Beskidem Sądeckim. Północną granicę Małych Pienin stanowi dolina potoku Grajcarek, będącego prawym dopływem Dunajca. Południową – już na Słowacji – dolina Leśnickiego Potoku oraz potoku Lipnik. Wsie położone w dolinie Grajcarka (Szlachtowa, Jaworki) są bardzo interesujące z racji swej przeszłości – tereny te, nazywane Rusią Szlachtowską, stanowiły najbardziej na zachód wysuniętą enklawę kultury łemkowskiej, wyrugowanej po 1947 roku w wyniku tzw. Akcji “Wisła”. Najcenniejszymi pamiątkami kultury łemkowskiej są murowane cerkwie w obu tych miejscowościach (obecnie kościoły katolickie). Po 1947 roku na te tereny sprowadzono osadników z pobliskiego Podhala i na dużą skalę rozpoczęto wypas owiec. Wybudowano cztery tzw. wzorcowe bacówki. Ocalała jedna, która została przerobiona na schronisko (pod Durbaszką), Wypas owiec nadal jest w Małych Pieninach prowadzony, tyle że na mniejszą skalę. Stada owiec stanowią nieodłączny element krajobrazu tego obszaru.
Zaczynamy wędrówkę od wsi Jaworki, idziemy malowniczymi ścieżkami w stronę bacówki. Pod Durbaszką. Okrutny tu tłok, trzeba uciekać w ciszę bezdroży. Docieramy wreszcie do Palenicy i hajda kolejką do Szczawnicy. Jest to ekscytujące zakończenie wędrówki.
13 09 sobota – spływ Dunajcem.
Jedziemy busem do Sromowiec Niżnych tutaj mamy start na flis. Sromowce Niżne to urocza wieś pienińska położona niezwykle malowniczo: nad Dunajcem, u stóp Trzech Koron. W Sromowcach Niżnych znajduje się muzeum PPN, ciekawa ekspozycja dotycząca przyrody Pienińskiego Parku Narodowego i kultury regionu Pienin. Turystyczne przejście graniczne Sromowce Niżne – Czerwony Klasztor czynne jest w sezonie letnim. Prawdziwą perełką architektury jest zabytkowy kościółek z XVI wieku. Ale my kupujemy bilety i szukamy naszych tratw. W sezonie po Dunajcu pływa ich 200 i flisacy mają „pełne ręce” roboty. Oby tylko Dunajca nie zamulili.
Sam Przełom Dunajca uważany za jeden z najpiękniejszych zakątków nie tylko w Polsce, stanowi pomnik przyrody o światowym znaczeniu.. Dunajec płynie w głębokim, wyżłobionym przez siebie skalnym wąwozie; na długości 9 km siedmiokrotnie gwałtownie skręca, (trzy zakręty przekraczają kąt 130°, a wysokość urwistych, wapiennych ścian sięga 300-500 metrów ponad lustro wody). Powstanie Przełomu jest przedmiotem sporów wielu naukowców. Najciekawsze są jednak podania ludowe na ten temat. Jedna z legend głosi, że ujście Dunajcowi wyrąbał mieczem król Bolesław Chrobry. Inna legenda mówi o Ferkowiczu, ścigającym króla wężów, który uciekając wytarł swym cielskiem wąwóz, wytyczając drogę rzece.
Jakakolwiek w tym prawda się kryje, ale sam przełom daje niezapomniane wrażenie i pionowe pokryte różnymi odcieniami zieleni skały ze śladem stopy Janosika i orłem wypisanym przez olbrzymów na litej skale. My pod opieką sympatycznych flisaków zrobiliśmy 18 km trasy, którą Zbyszek zakończył tak jak był w ubraniu popisową kąpielą w Grajcarku ku uciesze spacerowiczów i stada kaczek.
Wieczorem zaklinamy pogodę śpiewem, bo chmurzyska ciągną od południa i góry w mgielnych czapach stoją.
14 09 niedziela – watra Pod Bereśnikiem
Z atrakcji mamy slalom suwami. [niewielkie busiki z napędem na cztery koła] Trasa kręta, czyli slalom o znacznym zróżnicowaniu wysokości krętych ścieżek. Jedziemy do schroniska Pod Bereśnikiem. Panujący tu p. Piotr Kosior stwierdza z żalem, że obiekt stworzony został dla turystyki plecakowej, tymczasem turystyka, kwalifikowana, ta w najtańszym wydaniu zamiera. Na szczęście są jeszcze prawdziwi włóczykija, którym odpowiada standard obecny. nie przeszkadza im to, że mieszkają na łóżkach piętrowych. Rekompensują to sobie widokami, niepowtarzalnym klimatem. Jednak takich ludzi jest coraz mniej – przyznaje szczerze Piotr Kosior. – Dochód z takich “zapaleńców” jest znikomy i nie starcza na bieżące wydatki, nie wspominając o innych zobowiązaniach. Smutna to prawda. Lecz gospodarze radzą sobie, jak mogą, Dlatego Bereśnik kusi niebanalną i smaczną kuchnią. – słynną już w całym kraju szarlotkę.
Nas życzliwi gazdowie przy watrze przyjęli pięknie smacznym mięskiem i kiełbaskami, oraz słynną i oczywiście pyszną szarlotką. Wspólnie pośpiewaliśmy przy duecie gitar [Paweł i Sebastian – syn gospodarzy] Ciemną nocą licząc na talent mistrzów kierownicy wróciliśmy suwami do Szczawnicy. Atrakcji było co niemiara. I choć góry zabrała mgła i nie zaliczyliśmy słynnej panoramy Szczawnicy. Ale czy można wszystko otrzymać od Króla Gór?
15 09 poniedziałek
Leje okrutnie. Wycieczka na Wysokie odwołana. Grupa wytrwałych [4 osoby] idzie brzegiem Dunajca do Krościenka. Pozostali wygodnie busem turlają się do kawiarenki. Krościenko n.Dunajcem położone jest w malowniczej kotlinie górskiej na wysokości ok. 420-500 m.n.p.m pomiędzy pasmami gór: Pienin, Gorców i Beskidu Sądeckiego u brzegu rzeki Dunajec i potoku Krośniczanka. Dolinami tymi, wykorzystywanymi jako trakty komunikacyjne co najmniej od średniowiecza, biegnie obecnie droga krajowa. historii.
Zaglądamy do starego o nowego kościoła, zwiedzamy rynek z kamiennym Łokietkiem i w strugach ulewnego deszczu wracamy do Szczawnicy. A trasa w dni pogodne jest urokliwa. Prowadzi wzdłuż Dunajca z widokiem na malownicze szczyty. Ale teraz szczyty zabrała mgła a Dunajec jest bardziej niż mokry.
16 09 wtorek
Deszcz, deszcz, deszcz. Oj nie lij dyscu, nie lij. Zanosimy śpiewne inwokacje do dobrych duchów gór siedząc w cieple Halkowych pokoi.
17 09 środa – turystyka kołowa.
Nie ma rady na upartą pogodę, Nadal przekropna. Wynajętym autokarem robimy turystykę kołową. Zaczynamy od zabytkowego kościółka w Dębnie. Ksiądz proboszcz robi wyjątek dla naszej grupy i otwiera cenne podwoje wnętrza bardzo wrażliwego za zmiany aury.
Kościół w Dębnie jest jednym z najlepiej zachowanych gotyckich drewnianych kościołów i jednocześnie jednym z najbardziej znanych polskich zabytków w kraju i zagranicą (otrzymał jako jedyny drewniany kościół nominację w konkursie siedmiu cudów Polskisiedmiu cudów Polski ), wyróżnia się sylwetką (praktycznie niezmienioną od czasów budowy) – pięknie wkomponowaną w krajobraz i wyjątkowo cennym ruchomym wyposażeniem, a także unikatową polichromiąpolichromią pochodząca z około 15001500 roku, najstarszą, w całości zachowaną w Europie, wykonaną na drewnie. Polichromia składa się z 77 motywów występujących w 12 układach i 33 kolorystykach. Została wykonana techniką wzornictwa patronowego, przy użyciu uprzednio przygotowanych szablonów. Szablony były wielokrotnie używane w różnych obiektach, te prawdopodobnie, ze względu na ich świecki charakter w dworach szlacheckich i magnackich.
Pierwszy kościół w Dębnie wzniesiono prawdopodobnie w XIII wieku. Obecny kościół wybudowany został w II połowie XV w na miejscu starszej świątyni. Z tego okresu pochodzą nawanawa i prezbiteriumprezbiterium .. Około 15001500 r. wnętrze ozdobiono zachowaną do dziś polichromiąpolichromią patronową. Niewątpliwie jest to najlepiej zachowana tego rodzaju polichromia w Polsce. Jest wykonana w 31 kolorach i zawiera aż 77 motywów. Najczęstsze to ornamenty roślinne i geometryczne. Występują także wątki figuralne i zwierzęta, wśród nich głównie jelenie. Uwagę zwraca wizerunek orła jagiellońskiegojagiellońskiego . Wieżę z pochyłymi ścianami, silnie zwężającymi się ku górze, wzniesiono w konstrukcji słupowo-ramowej, z izbicą, w 16011601 r. Dziś jest to jedna z najstarszych konstrukcji tego typu w Polsce. Dachy kościoła, zadaszenia i ściany wieży oraz jej hełm podbite są gontemgontem , ściany izbicy wieży oszalowane zostały deskami z ozdobnie wyrzynaną koronką u dołu. We wnętrzu znajdują się cenne zabytki rzeźby i malarstwa gotyckiegomalarstwa gotyckiego . Do najcenniejszych należą:
-
OłtarztryptykiemOłtarzOłtarzOłtarztryptykiemOłtarztryptykiemOłtarztryptykiemOłtarzOłtarz główny, stanowiący cenny zabytek malarstwa tablicowego. Jest OłtarztryptykiemOłtarztryptykiemOłtarztryptykiemOłtarzOłtarzOłtarztryptykiemOłtarztryptykiemOłtarztryptykiemOłtarz1530OłtarztryptykiemOłtarztryptykiemOłtarztryptykiemOłtarzOłtarzOłtarztryptykiemOłtarztryptykiemOłtarztryptykiemOłtarzOłtarz główny, stanowiący cenny zabytek malarstwa tablicowego. Jest z początku XVI w. W jego polu środkowym znajdują się wizerunki Matki Bożej z Dzieciątkiem, św. Michała Archanioła z mieczem i wagą oraz św. Katarzyny Aleksandryjskiej, na skrzydle lewym – św. Jana Ewangelisty oraz św. Stanisława, zaś na skrzydle prawym – św. Jana Chrzciciela oraz św. Mikołaja. Po zamknięciu widać sceny pasyjne: Chrystus w Ogrójcu, Ecce Homo, Biczowanie, Upadek pod krzyżem. Te malowidła są prawdopodobnie nieco późniejsze (ok. OłtarztryptykiemOłtarztryptykiemOłtarztryptykiemOłtarzOłtarzOłtarztryptykiemOłtarztryptykiemOłtarztryptykiemOłtarzOłtarzOłtarztryptykiemOłtarzOłtarzOłtarz
Dwa ołtarze boczne wykonane w stylu barokowymbarokowym . W lewym, z 16511651 roku, znajduje się szafka z gotyckimi rzeźbami Matki Boskiej z Dzieciątkiem w części centralnej oraz świętych CecyliiCecylii i KatarzynyKatarzyny po stronie lewej, BarbaryBarbary i Doroty po stronie prawej. Figury datowane są na około 14401440 rok;
Malowane gotyckie tabernakulumtabernakulum na północnej ścianie wykonane z drewna w XIV wieku;
Krucyfiks1380KrucyfiksKrucyfiksKrucyfiks1380Krucyfiks1380Krucyfiks1380KrucyfiksKrucyfiks z około Krucyfiks1380Krucyfiks1380Krucyfiks1380KrucyfiksKrucyfiksKrucyfiks1380Krucyfiks1380Krucyfiks1380KrucyfiksKrucyfiksKrucyfiks1380KrucyfiksKrucyfiksKrucyfiks
Posąg św. Mikołajaśw. Mikołaja z gotyckiego ołtarza wykonany w 14201420 roku. Obecnie znajduje się na północnej ścianie. Umieszczony jest w prostokątnym drewnianym pudle, na którego wewnętrznych ścianach namalowano wizerunki św. Szczepana oraz św. Wawrzyńca.
Kopia pochodzącego z 12801280 roku malowidła sztalugowego – najstarszego w Polsce. Malowidło wykonane na desce lipowej przedstawia św. Agnieszkę i św. Katarzynę trzymającą w rękach palmy. Oryginał został przeniesiony z kościoła do Muzeum Archidiecezjalnego w KrakowieKrakowie .
Prócz tego w kościele zachowały się archaiczne elementy wyposażenia, w większości wykonane z desek pokrytych malowidłami. Kościół posiadał sobotysoboty od początku swego istnienia, jednak obecne wzniesiono na początku XIX wieku.
Atrakcją tego niezwykłego kościoła są cymbałki zazwyczaj leżące w prezbiterium. Są bardzo stare – mogły powstać nawet w V wieku. Szczególny dźwięk tych cymbałków, określany mianem gamy perskiej (dłuższe płytki dają wyższe tony), został uzyskany przez wykonanie płytek ze specjalnego stopustopu i zakopanie ich w ziemi na pewien okres.
W kościele znajduje się również XVI-wieczna haftowana chorągiew wojenna z wizerunkiem św. Stanisława ze SzczepanowaStanisława ze Szczepanowa . Wedle niepotwierdzonych przekazów zostawiły ją wojska Jana III Sobieskiego powracającego spod WiedniaWiednia po zwycięstwie nad Turkami.
Według dawnej klasyfikacjidawnej klasyfikacji świątynię zaliczano do zabytków klasy zerowej. W 20032003 roku cały obiekt wraz z innymi drewnianymi kościołami południowej Małopolski i Podkarpaciadrewnianymi kościołami południowej Małopolski i Podkarpacia został zapisany na listę światowego dziedzictwa UNESCOlistę światowego dziedzictwa UNESCO , znajduje się też na szlaku architektury drewnianejszlaku architektury drewnianej województwa małopolskiego Jako ciekawostka. W kościele tym w filmie “Janosik” główny bohater brał ślub. Jednak widzom pokazano aż trzy kościoły – inny kiedy młodzi do niego wchodzili, kościół w Dębnie – gdzie odbywała się cała ceremonia i jeszcze inny, gdy z niego wychodzili.
We wsi Łopuszna Łopuszna znajduje się Dom Pamięci ks. Józefa Tischnera, zwany Tischnerówką. Składa się z dwóch części: klasycznej muzealnej i nowoczesnej multimedialnej. Zgromadzono w nim pamiątki związane z osobą Józka Szkolnego, m.in. rękopisy, książki, fotografie, biurko, przy którym pisał, korespondencję (także z Janem Pawłem II), góralską koszulę, plecak i narty. W sali multimedialnej prezentowany jest krótki film z udziałem księdza i kapeli góralskiej.
Odwiedzamy także grób księdza. Prosty, surowy i zarazem swojski.
Dworek Tetmajerów w Łopusznej uchodzi za jeden z najpiękniejszych w całej Polsce. Powstał w latach dziewięćdziesiątych XVIII wieku. Jest to typowy dwór polski, drewniany, o konstrukcji zrębowej. W latach trzydziestych XIX wieku majątek należał do córki Romualda Lisieckiego oraz jej męża Leona Przerwy-Tetmajera. W 1949 przejęty został przez skarb państwa. Eksploatowany był jako gospodarstwo rolne i doprowadzony do ruiny. Kiedy zespół dworski w latach siedemdziesiątych przejęło Muzeum Tatrzańskie dokonano pełnej restauracji całego obiektu przywracając mu dawny wygląd. Dziś znajduje się tu Muzeum Kultury Szlacheckiej.
Dalsza trasa prowadzi nas do Ludźmierza.
Sanktuarium w Ludźmierzu to sanktuarium maryjnesanktuarium maryjne z figurką Matki Boskiej Ludźmierskiej, nazywanej Gaździną Podhala.
Ludźmierz jest najstarszą parafią katolicką na . Jego historia sięga wieku. Wiąże się z historią możnego rodu Gryfitów, który już pod koniec XII wieku otrzymał mocą nadań książęcych we władanie ziemię podhalańską. W roku XIII Ludźmierz jest najstarszą parafią katolicką na . Jego historia sięga wieku. Wiąże się z historią możnego rodu Gryfitów, który już pod koniec XII wieku otrzymał mocą nadań książęcych we władanie ziemię podhalańską. W roku PodhaluXIIIPodhalu Ludźmierz jest najstarszą parafią katolicką na . Jego historia sięga wieku. Wiąże się z historią możnego rodu Gryfitów, który już pod koniec XII wieku otrzymał mocą nadań książęcych we władanie ziemię podhalańską. W roku 1234Podhalu w Dankowie koło Krzepic, krakowski wojewoda z rodu Gryfitów, Teodor Cedro herbu Graf, od księcia krakowskiego i śląskiego, Ludźmierz jest najstarszą parafią katolicką na . Jego historia sięga wieku. Wiąże się z historią możnego rodu Gryfitów, który już pod koniec XII wieku otrzymał mocą nadań książęcych we władanie ziemię podhalańską. W roku Podhalu w Dankowie koło Krzepic, krakowski wojewoda z rodu Gryfitów, Teodor Cedro herbu Graf, od księcia krakowskiego i śląskiego, 1234Henryka BrodategoPodhalu w Dankowie koło Krzepic, krakowski wojewoda z rodu Gryfitów, Teodor Cedro herbu Graf, od księcia krakowskiego i śląskiego, Henryka BrodategoHenryka BrodategoHenryka BrodategoPodhalu w Dankowie koło Krzepic, krakowski wojewoda z rodu Gryfitów, Teodor Cedro herbu Graf, od księcia krakowskiego i śląskiego, Henryka BrodategoHenryka BrodategoHenryka BrodategoPodhalu w Dankowie koło Krzepic, krakowski wojewoda z rodu Gryfitów, Teodor Cedro herbu Graf, od księcia krakowskiego i śląskiego, Henryka BrodategoHenryka BrodategoHenryka BrodategoPodhalu w Dankowie koło Krzepic, krakowski wojewoda z rodu Gryfitów, Teodor Cedro herbu Graf, od księcia krakowskiego i śląskiego, , otrzymał stosowny dokument, na mocy którego miał prawo zakładania osad na terenie przynależnym do rzek: Ostrówka, Dunajec i Dunajec Czarny, Rogoźnik, Lepietnica, Słona, Ratajnica, Nedelska, Stradomka. Jeszcze tego samego roku, uzyskawszy zezwolenie od biskupa krakowskiego Wisława, Henryka BrodategoHenryka BrodategoHenryka BrodategoPodhalu w Dankowie koło Krzepic, krakowski wojewoda z rodu Gryfitów, Teodor Cedro herbu Graf, od księcia krakowskiego i śląskiego, Henryka BrodategoHenryka BrodategoHenryka BrodategoTeodor GryfitaHenryka BrodategoHenryka BrodategoHenryka BrodategoPodhalu w Dankowie koło Krzepic, krakowski wojewoda z rodu Gryfitów, Teodor Cedro herbu Graf, od księcia krakowskiego i śląskiego, Henryka BrodategoHenryka BrodategoHenryka BrodategoPodhalu w Dankowie koło Krzepic, krakowski wojewoda z rodu Gryfitów, Teodor Cedro herbu Graf, od księcia krakowskiego i śląskiego, , otrzymał stosowny dokument, na mocy którego miał prawo zakładania osad na terenie przynależnym do rzek: Ostrówka, Dunajec i Dunajec Czarny, Rogoźnik, Lepietnica, Słona, Ratajnica, Nedelska, Stradomka. Jeszcze tego samego roku, uzyskawszy zezwolenie od biskupa krakowskiego Wisława, Henryka BrodategoHenryka BrodategoHenryka BrodategoPodhalu w Dankowie koło Krzepic, krakowski wojewoda z rodu Gryfitów, Teodor Cedro herbu Graf, od księcia krakowskiego i śląskiego, Henryka BrodategoHenryka BrodategoHenryka BrodategoPodhalu w Dankowie koło Krzepic, krakowski wojewoda z rodu Gryfitów, Teodor Cedro herbu Graf, od księcia krakowskiego i śląskiego, , otrzymał stosowny dokument, na mocy którego miał prawo zakładania osad na terenie przynależnym do rzek: Ostrówka, Dunajec i Dunajec Czarny, Rogoźnik, Lepietnica, Słona, Ratajnica, Nedelska, Stradomka. Jeszcze tego samego roku, uzyskawszy zezwolenie od biskupa krakowskiego Wisława, rozpoczął wnoszenie kościoła w Ludźmierzu, modrzewiowego, z trzema ołtarzami wewnątrz. Aby szerzyć nie tylko wiarę chrześcijańską, ale też osadnictwo na tych terenach, sprowadził na Podtatrze Henryka BrodategoHenryka BrodategoHenryka BrodategoPodhalu w Dankowie koło Krzepic, krakowski wojewoda z rodu Gryfitów, Teodor Cedro herbu Graf, od księcia krakowskiego i śląskiego, Henryka BrodategoHenryka BrodategoHenryka BrodategocystersówHenryka BrodategoHenryka BrodategoHenryka BrodategoPodhalu w Dankowie koło Krzepic, krakowski wojewoda z rodu Gryfitów, Teodor Cedro herbu Graf, od księcia krakowskiego i śląskiego, Henryka BrodategoHenryka BrodategoHenryka BrodategoPodhalu w Dankowie koło Krzepic, krakowski wojewoda z rodu Gryfitów, Teodor Cedro herbu Graf, od księcia krakowskiego i śląskiego, , otrzymał stosowny dokument, na mocy którego miał prawo zakładania osad na terenie przynależnym do rzek: Ostrówka, Dunajec i Dunajec Czarny, Rogoźnik, Lepietnica, Słona, Ratajnica, Nedelska, Stradomka. Jeszcze tego samego roku, uzyskawszy zezwolenie od biskupa krakowskiego Wisława, rozpoczął wnoszenie kościoła w Ludźmierzu, modrzewiowego, z trzema ołtarzami wewnątrz. Aby szerzyć nie tylko wiarę chrześcijańską, ale też osadnictwo na tych terenach, sprowadził na Podtatrze Henryka BrodategoHenryka BrodategoHenryka BrodategoPodhalu w Dankowie koło Krzepic, krakowski wojewoda z rodu Gryfitów, Teodor Cedro herbu Graf, od księcia krakowskiego i śląskiego, Henryka BrodategoHenryka BrodategoHenryka BrodategoPodhalu w Dankowie koło Krzepic, krakowski wojewoda z rodu Gryfitów, Teodor Cedro herbu Graf, od księcia krakowskiego i śląskiego, , otrzymał stosowny dokument, na mocy którego miał prawo zakładania osad na terenie przynależnym do rzek: Ostrówka, Dunajec i Dunajec Czarny, Rogoźnik, Lepietnica, Słona, Ratajnica, Nedelska, Stradomka. Jeszcze tego samego roku, uzyskawszy zezwolenie od biskupa krakowskiego Wisława, rozpoczął wnoszenie kościoła w Ludźmierzu, modrzewiowego, z trzema ołtarzami wewnątrz. Aby szerzyć nie tylko wiarę chrześcijańską, ale też osadnictwo na tych terenach, sprowadził na Podtatrze , którzy znani byli z nowoczesnych metod uprawy ziemi. Przybyli z Henryka BrodategoHenryka BrodategoHenryka BrodategoPodhalu w Dankowie koło Krzepic, krakowski wojewoda z rodu Gryfitów, Teodor Cedro herbu Graf, od księcia krakowskiego i śląskiego, Henryka BrodategoHenryka BrodategoHenryka BrodategoFrancjiHenryka BrodategoHenryka BrodategoHenryka BrodategoPodhalu w Dankowie koło Krzepic, krakowski wojewoda z rodu Gryfitów, Teodor Cedro herbu Graf, od księcia krakowskiego i śląskiego, Henryka BrodategoHenryka BrodategoHenryka BrodategoPodhalu w Dankowie koło Krzepic, krakowski wojewoda z rodu Gryfitów, Teodor Cedro herbu Graf, od księcia krakowskiego i śląskiego, , otrzymał stosowny dokument, na mocy którego miał prawo zakładania osad na terenie przynależnym do rzek: Ostrówka, Dunajec i Dunajec Czarny, Rogoźnik, Lepietnica, Słona, Ratajnica, Nedelska, Stradomka. Jeszcze tego samego roku, uzyskawszy zezwolenie od biskupa krakowskiego Wisława, rozpoczął wnoszenie kościoła w Ludźmierzu, modrzewiowego, z trzema ołtarzami wewnątrz. Aby szerzyć nie tylko wiarę chrześcijańską, ale też osadnictwo na tych terenach, sprowadził na Podtatrze , którzy znani byli z nowoczesnych metod uprawy ziemi. Przybyli z Henryka BrodategoHenryka BrodategoHenryka BrodategoPodhalu w Dankowie koło Krzepic, krakowski wojewoda z rodu Gryfitów, Teodor Cedro herbu Graf, od księcia krakowskiego i śląskiego, Henryka BrodategoHenryka BrodategoHenryka BrodategoPodhalu w Dankowie koło Krzepic, krakowski wojewoda z rodu Gryfitów, Teodor Cedro herbu Graf, od księcia krakowskiego i śląskiego, , otrzymał stosowny dokument, na mocy którego miał prawo zakładania osad na terenie przynależnym do rzek: Ostrówka, Dunajec i Dunajec Czarny, Rogoźnik, Lepietnica, Słona, Ratajnica, Nedelska, Stradomka. Jeszcze tego samego roku, uzyskawszy zezwolenie od biskupa krakowskiego Wisława, rozpoczął wnoszenie kościoła w Ludźmierzu, modrzewiowego, z trzema ołtarzami wewnątrz. Aby szerzyć nie tylko wiarę chrześcijańską, ale też osadnictwo na tych terenach, sprowadził na Podtatrze , którzy znani byli z nowoczesnych metod uprawy ziemi. Przybyli z , Henryka BrodategoHenryka BrodategoHenryka BrodategoPodhalu w Dankowie koło Krzepic, krakowski wojewoda z rodu Gryfitów, Teodor Cedro herbu Graf, od księcia krakowskiego i śląskiego, Henryka BrodategoHenryka BrodategoHenryka BrodategoWłochHenryka BrodategoHenryka BrodategoHenryka BrodategoPodhalu w Dankowie koło Krzepic, krakowski wojewoda z rodu Gryfitów, Teodor Cedro herbu Graf, od księcia krakowskiego i śląskiego, Henryka BrodategoHenryka BrodategoHenryka BrodategoPodhalu w Dankowie koło Krzepic, krakowski wojewoda z rodu Gryfitów, Teodor Cedro herbu Graf, od księcia krakowskiego i śląskiego, , otrzymał stosowny dokument, na mocy którego miał prawo zakładania osad na terenie przynależnym do rzek: Ostrówka, Dunajec i Dunajec Czarny, Rogoźnik, Lepietnica, Słona, Ratajnica, Nedelska, Stradomka. Jeszcze tego samego roku, uzyskawszy zezwolenie od biskupa krakowskiego Wisława, rozpoczął wnoszenie kościoła w Ludźmierzu, modrzewiowego, z trzema ołtarzami wewnątrz. Aby szerzyć nie tylko wiarę chrześcijańską, ale też osadnictwo na tych terenach, sprowadził na Podtatrze , którzy znani byli z nowoczesnych metod uprawy ziemi. Przybyli z , Henryka BrodategoHenryka BrodategoHenryka BrodategoPodhalu w Dankowie koło Krzepic, krakowski wojewoda z rodu Gryfitów, Teodor Cedro herbu Graf, od księcia krakowskiego i śląskiego, Henryka BrodategoHenryka BrodategoHenryka BrodategoPodhalu w Dankowie koło Krzepic, krakowski wojewoda z rodu Gryfitów, Teodor Cedro herbu Graf, od księcia krakowskiego i śląskiego, , otrzymał stosowny dokument, na mocy którego miał prawo zakładania osad na terenie przynależnym do rzek: Ostrówka, Dunajec i Dunajec Czarny, Rogoźnik, Lepietnica, Słona, Ratajnica, Nedelska, Stradomka. Jeszcze tego samego roku, uzyskawszy zezwolenie od biskupa krakowskiego Wisława, rozpoczął wnoszenie kościoła w Ludźmierzu, modrzewiowego, z trzema ołtarzami wewnątrz. Aby szerzyć nie tylko wiarę chrześcijańską, ale też osadnictwo na tych terenach, sprowadził na Podtatrze , którzy znani byli z nowoczesnych metod uprawy ziemi. Przybyli z , i Henryka BrodategoHenryka BrodategoHenryka BrodategoPodhalu w Dankowie koło Krzepic, krakowski wojewoda z rodu Gryfitów, Teodor Cedro herbu Graf, od księcia krakowskiego i śląskiego, Henryka BrodategoHenryka BrodategoHenryka BrodategoJędrzejowaHenryka BrodategoHenryka BrodategoHenryka BrodategoPodhalu w Dankowie koło Krzepic, krakowski wojewoda z rodu Gryfitów, Teodor Cedro herbu Graf, od księcia krakowskiego i śląskiego, Henryka BrodategoHenryka BrodategoHenryka BrodategoPodhalu w Dankowie koło Krzepic, krakowski wojewoda z rodu Gryfitów, Teodor Cedro herbu Graf, od księcia krakowskiego i śląskiego, , otrzymał stosowny dokument, na mocy którego miał prawo zakładania osad na terenie przynależnym do rzek: Ostrówka, Dunajec i Dunajec Czarny, Rogoźnik, Lepietnica, Słona, Ratajnica, Nedelska, Stradomka. Jeszcze tego samego roku, uzyskawszy zezwolenie od biskupa krakowskiego Wisława, rozpoczął wnoszenie kościoła w Ludźmierzu, modrzewiowego, z trzema ołtarzami wewnątrz. Aby szerzyć nie tylko wiarę chrześcijańską, ale też osadnictwo na tych terenach, sprowadził na Podtatrze , którzy znani byli z nowoczesnych metod uprawy ziemi. Przybyli z , i Henryka BrodategoHenryka BrodategoHenryka BrodategoPodhalu w Dankowie koło Krzepic, krakowski wojewoda z rodu Gryfitów, Teodor Cedro herbu Graf, od księcia krakowskiego i śląskiego, Henryka BrodategoHenryka BrodategoHenryka BrodategoPodhalu w Dankowie koło Krzepic, krakowski wojewoda z rodu Gryfitów, Teodor Cedro herbu Graf, od księcia krakowskiego i śląskiego, , otrzymał stosowny dokument, na mocy którego miał prawo zakładania osad na terenie przynależnym do rzek: Ostrówka, Dunajec i Dunajec Czarny, Rogoźnik, Lepietnica, Słona, Ratajnica, Nedelska, Stradomka. Jeszcze tego samego roku, uzyskawszy zezwolenie od biskupa krakowskiego Wisława, rozpoczął wnoszenie kościoła w Ludźmierzu, modrzewiowego, z trzema ołtarzami wewnątrz. Aby szerzyć nie tylko wiarę chrześcijańską, ale też osadnictwo na tych terenach, sprowadził na Podtatrze , którzy znani byli z nowoczesnych metod uprawy ziemi. Przybyli z , i .Henryka BrodategoHenryka BrodategoHenryka BrodategoPodhalu w Dankowie koło Krzepic, krakowski wojewoda z rodu Gryfitów, Teodor Cedro herbu Graf, od księcia krakowskiego i śląskiego, Henryka BrodategoHenryka BrodategoHenryka BrodategoXIIIHenryka BrodategoHenryka BrodategoHenryka Brodatego Ludźmierz jest najstarszą parafią katolicką na . Jego historia sięga wieku. Wiąże się z historią możnego rodu Gryfitów, który już pod koniec XII wieku otrzymał mocą nadań książęcych we władanie ziemię podhalańską. W roku Henryka Brodatego1234
Przy kościele stanął niewielki drewniany klasztorklasztor kryty gontemgontem . Obok postawiono budynki gospodarcze. Klasztorne zabudowania, które ostatecznie spłonęły w pożarze w 1796, praktycznie już od 1245 roku stały opustoszałe. Zakonnicy przenieśli się do SzczyrzycaSzczyrzyca , prawdopodobnie z powodu częstych najazdów TatarówTatarów i napadów zbójeckich, jakie nękały klasztor i okolicę. Jednakże parafią w Ludźmierzu kierowali do roku 18241824 , przekazując ją później pod zarząd diecezjalny.
W latach 1869-77 kościół został rozebrany, a w jego miejscu wybudowano obecną murowaną świątynię w stylu neogotyckimneogotyckim . Przeniesiono do niej rokokowyrokokowy ołtarz z figurą Matki Boskiej Ludźmierskiej. W 20012001 roku kościół otrzymał tytuł bazyliki mniejszejbazyliki mniejszej .
Figurka, która od czasów średniowiecza przyciągała pielgrzymów wierzących w jej cudowne właściwości, początkowo znajdowała się w bocznym ołtarzu. W ołtarzu głównym umieszczona była Matka Boska z Dzieciątkiem (nieco młodsza, z 14201420 roku) uchodząca pod względem artystycznym za piękniejszą. W 17761776 roku przeniesiono adorowany wizerunek MB, a wkrótce wzniesiono rokokowyrokokowy ołtarz wielki. Sam kult Matki Boskiej najpierw w Ludźmierzu, a potem w Szczyrzycu wiąże się z regułą zakonną cystersów, dla których szczególna cześć oddawana Matce Bożej i jej rozpowszechnianie jest jednym z głównych zadań zgromadzenia.
Figura matki Boskiej Ludźmierskiej liczy prawdopodobnie 600 lat. Drewniany posążek ma 125 cm. W 19631963 roku MB Ludźmierską koronował kardynał Stefan Wyszyński. Replika znajduje się przy źródełku u wejścia do sanktuarium. Samemu źródełku również przypisywane są cudowne właściwości.
O Gaździnie Podhala opowiada średniowieczna legendalegenda pochodząca z roku ok. 14001400 :
Węgierski kupiec, handlujący winem, jechał na jarmark do Nowego TarguNowego Targu Na ludźmierskich bagnach i torfowiskach zaskoczyła go noc. Kiedy zaczął się modlić, wzywając Boga na pomoc, ujrzał otuloną w złocisty obłok postać uśmiechniętej Pani. Zachęcała go do podjęcia jeszcze jednej próby wydostania się z grzęzawiska. Wtem konie niespodziewanie nabrały sił i kupiec wyprowadził wóz na trakt. Jechał, prowadzony przez świetlistą postać, która przywiodła go przed kościół w Ludźmierzu. Zrozumiał, że jest to Matka Boża. Kiedy chciał uklęknąć i podziękować, zjawa zniknęła, a w miejscu gdzie klęczał, zaczęło bić źródełko. Kupiec złożył śluby, że przyniesie do kościoła figurkę podobną do Tej, którą spotkał. Złożone śluby widać spodobały się Bogu, bo obdarzył figurkę i wodę ze źródła cudownymi właściwościami.
Do kościoła w Ludźmierzu przylega cudowny Ogród Różańcowy. Pięknie zaprojektowany, zadbany i utrzymany, przypomina o pobycie na Podhalu i w sanktuarium ludźmierskim w 19971997 roku papieża Jana Pawła IIpapieża Jana Pawła II oraz jego nauce o znaczeniu modlitwymodlitwy różańcowej. W centrum ogrodu umieszczona jest naturalnej wielkości rzeźba przedstawiająca papieża. Spośród znanych pomników Jana Pawła IIznanych pomników Jana Pawła II wyróżnia ją to, że przedstawia postać Jana Pawła II klęczącego.
Ciekawostką ogrodu są tzw. wrota wiary: pod drewnianą konstrukcją umieszczono dzwon, którego dźwiękiem każdy człowiek w sposób symboliczny może ogłosić niebu i ziemi swoje odnowienie wiary. Warunkiem jest odmówienie specjalnej modlitwy.
Do sanktuarium w Ludźmierzu pielgrzymi przybywają przede wszystkim w święto maryjne 15 sierpnia. Tradycję pielgrzymowania górali z całego Podhala, a także z dalszych okolic, w tym Zagórzan, opisał Władysław OrkanWładysław Orkan w powieści W roztokach.
Drugim ważnym świętem jest pierwsza niedziela września, Matki Bożej Siewnej, kiedy górale dziękują swojej patronce za zbiory. Sanktuarium ludźmierskie pozostawiło ślad w muzyce. Nieszpory Ludźmierskie do psalmów Leszka Aleksandra MoczulskiegoLeszka Aleksandra Moczulskiego z muzyką Jana Kantego PawluśkiewiczaJana Kantego Pawluśkiewicza , pochodzącego z Nowego Targu, były wydarzeniem artystycznym. Nieszpory reprezentowały kulturę polską na Światowej Wystawie Expo 98 w Lizbonie.
Dalszy szlak prowadzi ku Niedzicy.
Zamek wzniesiony został ok. 1310 r. przez Kokosza Borzeviczy’ego stał się – obok innych węgierskich zamków umocnieniem północnej granicy królestwa węgierskiego. Na przełomie XIII i XIV w. doszło do utrwalenia się granicy polsko-węgierskiej na linii Białki, Dunajca w Pieninach i środkowego Popradu.
W posiadaniu kolejnych węgierskich rodów zamek przetrwał do 1945 r., chociaż już po I wojnie światowej, w 1920 r., wraz z częścią Zamagurza został włączony w obszar państwa polskiego. Kokosz Borzeviczy, zasiedlający Zamagurze z nadania króla węgierskiego Karola Roberta, postawił naprzeciw polskiego Czorsztyna drewniano-ziemną strażnicę graniczną, kontrolującą drogę z Węgier do Polski. Na przełomie lat 1327-1328 strażnica przeszła w ręce palatyna węgierskiego Wilhelma Drugetha i jeszcze przed 1330 r. została przebudowana w zamek murowany. To novum castrum de Dunajecz identyfikowane jest z zamkiem górnym, utworzonym z muru obwodowego i “kamieńca ” rycerskiej wieży mieszkalnej o czterech kondygnacjach. Położone poniżej małe podzamcze otaczał wał obronny. Po śmierci Drugetha (1342 r.) zamek wrócił do Berzeviczych i w ciągu stu lat został rozbudowany wewnątrz murów obwodowych (m.in. nad cysterną powstała kaplica), a podzamcze otoczono murem z małą basztą bramną (częścią tej zabudowy jest dzisiejszy zamek średni).
W latach 1463-1470 zamek przeszedł na własność żupana spiskiego Emeryka Zápolyi, który podwyższył “kamieniec” , przebudował mury zamku średniego i całkowicie przekształcił podzamcze. Wzniósł tam okazały dom mieszkalny usytuowany w nowym, szerszym obwodzie murów obronnych z basztą bramną od południa (dziś najstarsza część zamku dolnego). O tak ufortyfikowany zamek walczyli stronnicy rywalizujących z sobą kandydatów do tronu węgierskiego. Najpierw opanowali zamek zwolennicy Ferdynanda Habsburga. W 1528 r. zdobył go dla Jana Zápolyi (bratanka Emeryka) Piotr Kostka z Orawy. Wkrótce potem zawładnęli nim rycerze-rozbójnicy, którzy plądrowali pobliskie klasztory, wioski i przejeżdżających kupców. Węgierska wojna domowa była też okazją do zdobycia fortuny przez Hieronima Łaskiego, bratanka Jana Łaskiego – kanclerza wielkiego koronnego i prymasa Polski. Opuściwszy dwór Zygmunta Starego odbył w latach 15271528 dla króla Jana Zápolyi misję dyplomatyczną do sułtana Sulejmana II, ratując Węgry od najazdu tureckiego. Otrzymał za to od Zápolyi urząd żupana spiskiego oraz część Spisz a z Kieżmarkiem i Niedzicą. Dobra te odziedziczył w 1541 r. Jego syn Olbracht, który w 1589 r. sprzedał Dunajec Jerzemu Horvathowi z Palocsy (Pławca). Nowy właściciel “pan na Pławcu, Dunajcu i Lendaku w 1601 r. – jak upamiętnił to na marmurowej tablicy umieszczonej nad portalem bramnym – zamek ten opatrzył, uzbroił i powiększył”.
http://www.niedzica.com.pl/zamek_Dunajec_niedzica3.jpghttp://www.niedzica.com.pl/zamek_Dunajec_niedzica3.jpgŚredniowieczna fortalicja przygraniczna otrzymała nowożytny charakter. Basztę bramną od południa zastąpiono nową basteją z bramą wjazdową w narożniku pn.-zach. zamku dolnego, przystosowaną do ciężkiej broni palnej. Dobudowano okrągłą basztę przy narożniku pd.-zach. i zmodernizowano dawną basztę bramną. Podwyższono mury, wieńcząc je attykarni. http://www.niedzica.com.pl/zamek_Dunajec_niedzica3.jpghttp://www.niedzica.com.pl/zamek_Dunajec_niedzica3.jpghttp://www.niedzica.com.pl/zamek_Dunajec_niedzica3.jpghttp://www.niedzica.com.pl/zamek_Dunajec_niedzica3.jpgŚredniowieczna fortalicja przygraniczna otrzymała nowożytny charakter. Basztę bramną od południa zastąpiono nową basteją z bramą wjazdową w narożniku pn.-zach. zamku dolnego, przystosowaną do ciężkiej broni palnej. Dobudowano okrągłą basztę przy narożniku pd.-zach. i zmodernizowano dawną basztę bramną. Podwyższono mury, wieńcząc je attykarni. http://www.niedzica.com.pl/zamek_Dunajec_niedzica3.jpghttp://www.niedzica.com.pl/zamek_Dunajec_niedzica3.jpgŚredniowieczna fortalicja przygraniczna otrzymała nowożytny charakter. Basztę bramną od południa zastąpiono nową basteją z bramą wjazdową w narożniku pn.-zach. zamku dolnego, przystosowaną do ciężkiej broni palnej. Dobudowano okrągłą basztę przy narożniku pd.-zach. i zmodernizowano dawną basztę bramną. Podwyższono mury, wieńcząc je attykarni. http://www.niedzica.com.pl/zamek_Dunajec_niedzica3.jpghttp://www.niedzica.com.pl/zamek_Dunajec_niedzica3.jpgŚredniowieczna fortalicja przygraniczna otrzymała nowożytny charakter. Basztę bramną od południa zastąpiono nową basteją z bramą wjazdową w narożniku pn.-zach. zamku dolnego, przystosowaną do ciężkiej broni palnej. Dobudowano okrągłą basztę przy narożniku pd.-zach. i zmodernizowano dawną basztę bramną. Podwyższono mury, wieńcząc je attykarni. http://www.niedzica.com.pl/zamek_Dunajec_niedzica3.jpghttp://www.niedzica.com.pl/zamek_Dunajec_niedzica3.jpghttp://www.niedzica.com.pl/zamek_Dunajec_niedzica3.jpghttp://www.niedzica.com.pl/zamek_Dunajec_niedzica3.jpgŚredniowieczna fortalicja przygraniczna otrzymała nowożytny charakter. Basztę bramną od południa zastąpiono nową basteją z bramą wjazdową w narożniku pn.-zach. zamku dolnego, przystosowaną do ciężkiej broni palnej. Dobudowano okrągłą basztę przy narożniku pd.-zach. i zmodernizowano dawną basztę bramną. Podwyższono mury, wieńcząc je attykarni. http://www.niedzica.com.pl/zamek_Dunajec_niedzica3.jpghttp://www.niedzica.com.pl/zamek_Dunajec_niedzica3.jpghttp://www.niedzica.com.pl/zamek_Dunajec_niedzica3.jpg
Przedłużono zachodnie skrzydło mieszkalne zamku dolnego, zdobiąc okna i odrzwia późnorenesansową kamieniarką. Dziedziniec zamku dolnego otoczono z dwóch stron arkadowym podcieniem. Ufortyfikowano również przedpole zachodnie i północne. Druga połowa XVII w.na Węgrzech, to okres wewnętrznych wojen, zatargów, zamieszek. Nader często wykorzystywano wówczas obronne funkcje zamku. Z przerwami aż do 1776 r. pozostawał on w ręku dzierżawców – kontrreformacyjnie nastawionej rodziny Giovanellich. Zawdzięczał im wprawdzie barokową kaplicę, urządzoną w murach kaplicy gotyckiej przez Józefa Giovanelli’ego na przełomie XVII i XVIII w., ale w swej najstarszej części podupadł tak dalece, że w końcu XVIII w. nie nadawał się już do zamieszkania. Ponownie zajęli się nim Horvathowie Palocsayowie po pożarze ich rodowego zamku w Pławcu w 1817 r., nadając starej twierdzy charakter wiejskiej rezydencji magnackiej. W ruinie pozostawili zamek górny, przenosząc kaplicę do dawnej baszty bramnej zamku dolnego. przebudowali skrzydła mieszkalne zamku dolnego, umieszczając tam wielką salę balową. Służyła ona baronowi Andrzejowi Horvathovi, słynnemu na Węgrzech z wielkopańskiej fantazji i zabaw urządzanych w Niedzicy. Po jego śmierci w 1828 r. zamek przeszedł w posiadanie brata Ferdynanda (zmarłego w 1857 r.), a następnie jego córki Kornelii, zamężnej od 1834 r. z Aleksym Alapi Salamonem.
http://www.niedzica.com.pl/zamek_Dunajec_niedzica4.jpghttp://www.niedzica.com.pl/zamek_Dunajec_niedzica4.jpgOstatnia właścicielka, wdowa po Gezie Alapi Salamonie (wnuku Aleksego), Ilona hrabina Bethlen (zmarła w 1964 r.), w latach międzywojennych uporządkowała dziedziniec zamku dolnego, parkowe otoczenie zamkowego wzgórza i założyła rodzinny cmentarz. Opuściła zamek przed zimą 1943 r. i ani sama, ani jej dzieci już tu nie wróciły. W 1945 r. zamek padł łupem armii sowieckiej i miejscowej ludności. Upaństwowiony na mocy dekretu o reformie rolnej, dopiero w 1949 r. został przejęty przez Ministerstwo Kultury i Sztuki i przekazany w użytkowanie Stowarzyszeniu Historyków Sztuki. Od 1950 r. funkcjonują w zamku pokoje gościnne, a od 1963 r. Muzeum Zamku. Wszystkie wnętrza adaptowane na cele muzealne i hotelowe z zachowaniem historycznego układu i charakteru – otrzymały stylowe wyposażenie.http://www.niedzica.com.pl/zamek_Dunajec_niedzica4.jpghttp://www.niedzica.com.pl/zamek_Dunajec_niedzica4.jpghttp://www.niedzica.com.pl/zamek_Dunajec_niedzica4.jpghttp://www.niedzica.com.pl/zamek_Dunajec_niedzica4.jpgOstatnia właścicielka, wdowa po Gezie Alapi Salamonie (wnuku Aleksego), Ilona hrabina Bethlen (zmarła w 1964 r.), w latach międzywojennych uporządkowała dziedziniec zamku dolnego, parkowe otoczenie zamkowego wzgórza i założyła rodzinny cmentarz. Opuściła zamek przed zimą 1943 r. i ani sama, ani jej dzieci już tu nie wróciły. W 1945 r. zamek padł łupem armii sowieckiej i miejscowej ludności. Upaństwowiony na mocy dekretu o reformie rolnej, dopiero w 1949 r. został przejęty przez Ministerstwo Kultury i Sztuki i przekazany w użytkowanie Stowarzyszeniu Historyków Sztuki. Od 1950 r. funkcjonują w zamku pokoje gościnne, a od 1963 r. Muzeum Zamku. Wszystkie wnętrza adaptowane na cele muzealne i hotelowe z zachowaniem historycznego układu i charakteru – otrzymały stylowe wyposażenie.http://www.niedzica.com.pl/zamek_Dunajec_niedzica4.jpghttp://www.niedzica.com.pl/zamek_Dunajec_niedzica4.jpgOstatnia właścicielka, wdowa po Gezie Alapi Salamonie (wnuku Aleksego), Ilona hrabina Bethlen (zmarła w 1964 r.), w latach międzywojennych uporządkowała dziedziniec zamku dolnego, parkowe otoczenie zamkowego wzgórza i założyła rodzinny cmentarz. Opuściła zamek przed zimą 1943 r. i ani sama, ani jej dzieci już tu nie wróciły. W 1945 r. zamek padł łupem armii sowieckiej i miejscowej ludności. Upaństwowiony na mocy dekretu o reformie rolnej, dopiero w 1949 r. został przejęty przez Ministerstwo Kultury i Sztuki i przekazany w użytkowanie Stowarzyszeniu Historyków Sztuki. Od 1950 r. funkcjonują w zamku pokoje gościnne, a od 1963 r. Muzeum Zamku. Wszystkie wnętrza adaptowane na cele muzealne i hotelowe z zachowaniem historycznego układu i charakteru – otrzymały stylowe wyposażenie.http://www.niedzica.com.pl/zamek_Dunajec_niedzica4.jpghttp://www.niedzica.com.pl/zamek_Dunajec_niedzica4.jpgOstatnia właścicielka, wdowa po Gezie Alapi Salamonie (wnuku Aleksego), Ilona hrabina Bethlen (zmarła w 1964 r.), w latach międzywojennych uporządkowała dziedziniec zamku dolnego, parkowe otoczenie zamkowego wzgórza i założyła rodzinny cmentarz. Opuściła zamek przed zimą 1943 r. i ani sama, ani jej dzieci już tu nie wróciły. W 1945 r. zamek padł łupem armii sowieckiej i miejscowej ludności. Upaństwowiony na mocy dekretu o reformie rolnej, dopiero w 1949 r. został przejęty przez Ministerstwo Kultury i Sztuki i przekazany w użytkowanie Stowarzyszeniu Historyków Sztuki. Od 1950 r. funkcjonują w zamku pokoje gościnne, a od 1963 r. Muzeum Zamku. Wszystkie wnętrza adaptowane na cele muzealne i hotelowe z zachowaniem historycznego układu i charakteru – otrzymały stylowe wyposażenie.http://www.niedzica.com.pl/zamek_Dunajec_niedzica4.jpghttp://www.niedzica.com.pl/zamek_Dunajec_niedzica4.jpghttp://www.niedzica.com.pl/zamek_Dunajec_niedzica4.jpghttp://www.niedzica.com.pl/zamek_Dunajec_niedzica4.jpgOstatnia właścicielka, wdowa po Gezie Alapi Salamonie (wnuku Aleksego), Ilona hrabina Bethlen (zmarła w 1964 r.), w latach międzywojennych uporządkowała dziedziniec zamku dolnego, parkowe otoczenie zamkowego wzgórza i założyła rodzinny cmentarz. Opuściła zamek przed zimą 1943 r. i ani sama, ani jej dzieci już tu nie wróciły. W 1945 r. zamek padł łupem armii sowieckiej i miejscowej ludności. Upaństwowiony na mocy dekretu o reformie rolnej, dopiero w 1949 r. został przejęty przez Ministerstwo Kultury i Sztuki i przekazany w użytkowanie Stowarzyszeniu Historyków Sztuki. Od 1950 r. funkcjonują w zamku pokoje gościnne, a od 1963 r. Muzeum Zamku. Wszystkie wnętrza adaptowane na cele muzealne i hotelowe z zachowaniem historycznego układu i charakteru – otrzymały stylowe wyposażenie.http://www.niedzica.com.pl/zamek_Dunajec_niedzica4.jpghttp://www.niedzica.com.pl/zamek_Dunajec_niedzica4.jpghttp://www.niedzica.com.pl/zamek_Dunajec_niedzica4.jpg
Z zamkiem niedzickim związana jest tajemnicza legenda.
Testament Inków W niejasnych okolicznościach Sebastian Berzeviczy miał poślubić w Peru Indiankę peruwiańską, a ich córka Umina ostatniego potomka królewskiego rodu Inków – Tupaca Amaru. Losy rzuciły ich do zamku Niedzickiego, gdzie Umina zginęła zasztyletowana, a chory Sebastian powierzył rocznego wnuka Antonia swemu bratankowi Wacławowi Benesz-Berzeviczemu dokumentem spisanym w Niedzicy w czerwcu 1797. Dokument mówił też o “testamencie’, Inków i ich skarbach, zatopionych w jeziorze Titicaca. W r. 1946 zjawił się na zamku potomek Antonia, Andrzej Benesz z Bochni, z dokumentami i świadkami. Według wskazówek pergaminu, wydobyto ze schowka 18-centymetrową ołowianą tubę, a z niej zagadkowy testament spisany węzełkami na rzemykach. Wiadomość o znalezisku przeniknęła do prasy za pośrednictwem Jalu Kurka. Podobno w Krakowie poginęły wszystkie dokumenty odnoszące się do adopcji Antonia i sprawy niezwykłego testamentu. Andrzej Benesz był w latach 70. posłem i wicemarszałkiem Sejmu, zginął w wypadku samochodowym w r. 1976.
Jest zbyt zimno by podjąć poszukiwania skarbu w jeziorze, pozostaje nam zajrzenie do pieknej wozowni, pełnej bryczek, powozów tarantasów i wolantów. Ach to był świat w zupełnie starym stylu. Jeszcze kieliszek węgrzyna w karczmie „Hajduk” i w mgle i deszczu w drogę do Czorsztyna, a właściwie do ruin zamku.
Około roku 1350 zabiegający o bezpieczeństwo granicy z Węgrami Kazimierz Wielki wystawił murowany zamek. W następnych stuleciach zamek był ośrodkiem władzy królewskiej i siedzibą mianowanych dożywotnio starostów. Dawne kroniki wspominają przejazdy i pobyty monarchów.
Kilka razy był oblegany. W 1598 roku zdobył go i ograbił Olbracht Łaski. W 1651 bronił się tu Kostka Napierski, który wzniecił na Podhalu chłopską rebelię. W roku 1769 na zamku szukali schronienia konfederaci barscy. Około roku 1795 spłonął od uderzenia pioruna. W XIX wieku był już tylko malowniczą ruiną. Dawne dobra królewskie przejął rząd austriacki i w roku 1819 wystawił na licytacji. W posiadanie Czorsztyna i kilku sąsiednich wsi weszła rodzina Drohojowskich. Za czasów Drohojowskich powstał zamysł odbudowy zamku. Zadanie to podjął w roku 1992 Pieniński Park Narodowy przystępując do remontu konserwatorskiego.
Drohojowscy mieszkali we dworze, u podnóża zamku. Stanisław Konstanty, trzeci w rodzinie właściciel Czorsztyna, mało czasu poświęcał gospodarce, za to rozwijał swoje zainteresowania historyczne. Napisał przewodnik po Pieninach. Pasjonowały go dzieje zamku, przeszukiwał ruiny. Około roku 1909 wykopał w zamkowej piwnicy średniowieczny miecz z XIV/XV wieku. Jest to miecz obusieczny, dwuręczny, wykuty z jednego kawałka żelaza, liczy 132 cm długości. Był ozdobą kolekcji znalezisk eksponowanej najpierw w pawilonie parkowym, potem w czorsztyńskim dworze. W roku 1945, po parcelacji majątku Drohojowskich, trafił do zbiorów Muzeum Tatrzańskiego w Zakopanem.
Oglądamy ruiny dawnej świetności, zaglądamy na koronę zapory i wyruszamy na ostatni odcinek „kołowej wycieczki” do Pienińskiego Parku i ukrytej w nim certyfikowanej bacówki. Bacówka wzorcowa łączy w sobie nowoczesny marketing i tradycję pienińskich górali. Handel idzie nam niemrawo z powodu cen bardziej niż zaporowych. Oblizujemy się smakiem i wracamy do Szczawnicy.
18 09 czwartek
Leje, leje, leje. Ślisko i mało zachęcająco. Grupa częściowo jedzie do Krościenka, częściowo buszuje po Szczawnicy.
19 09 piątek – Czerwony Klasztor
Wędrujemy w mgle do klasztoru o nazwie Czerwony klasztor. Znajduje się on przy miejscowości Czerwony Klasztor na wysokości Sromowiec Niżnych. Kameduli otrzymali Czerwony klasztor jako dar nitrańskiego biskupa Władysława Matiaszowskiego. Po objęciu klasztoru zaczęli jego przebudowę w stylu barokowym. Kameduli, żyli pustelniczym sposobem życia. Czas poświęcali prowadzeniu gospodarstwa, pszczelarstwu, leczeniu chorych i zbieraniu ziół leczniczych. Od roku 1754 była tu apteka, która zasłynęła daleko za granicami Spisza, głównie gdy prowadził ją brat Cyprian (1756-1775). W 1782 roku zakon kamedułów jako bezużyteczny – w świetle nowych reform społecznych – decyzją cesarza Franciszka Józefa II został zniesiony.
Obecni w obrębie klasztoru jest sennie i jesiennie. Chronimy się w „potravinie” na kufelku słowackiego piwa.
W drodze powrotnej wpadamy pod ulewę. Przyjazny Grajcarek zmienił się z minuty na minutę w rozhukaną, pełną zdradzieckich wirów rzekę. Ogłupiałe kaczki przycupnęły na brzegu a kamienne, wygodne kładki znikły w odmętach spienionej wody.
20 09 sobota – Słowacja: Bielska Jaskinia, Poprad Aqua City
Wybieramy się do zaprzyjaźnionej Słowacji. Jest wietrznie i zimno, Ale aura nie przeszkodzi w zwiedzaniu głębin gór. Jaskinia Bielska (wejście na wysokości 885 m.) jest jedyną udostępnioną jaskinią w Wysokich Tatrach na północnym stoku Kobylego Wierchu nad Tatrzańską Kotliną.
Przypuszczenia, że jaskinię znał już człowiek prehistoryczny nie są potwierdzone. Choć jaskinia mogłaby pomieścić nie tylko pierwotny klan, ale ludne plemię. W XVIII w. nawiedzali ją poszukiwacze skarbów, po których pozostały napisy na ścianach. Dopiero wyprawa badawcza Juliusza Husza i Jana Britza z Spiskiej Beli 5 sierpnia 1881 roku wzbudziła naukowe i turystyczne zainteresowanie jaskinią. Publiczności została udostępniona w 1882 roku a oświetlenie elektryczne założono w 1896 roku jako w jednej z pierwszych jaskiń na świecie. Stale poprawiano komunikację w jaskini oraz stopniowo zwiększano możliwości zwiedzania wraz z dalszymi odkryciami. Aktualnie całkowita długość jaskini wynosi 1752 m., z tego udostępnionych do zwiedzania chodników jest 1001 m. Chodniki są wygodne, dobrze oznakowane i bezpieczne. A sama jaskinia wygląda jak pałac króla gór. Pełno tu przepięknych rzeźb naściennych, nawisów i tajemniczych bocznych grot. Gdzie niegdzie błyska jeziorko cudownie krystaliczną wodą i błyśnie kryształ wtopiony w skałę. Jaskinia robi duże wrażenie.
Po wizycie u łaskawego władcy krainy, czas na rozrywkę. Jedziemy do miejscowości Poprad do Aqua City.
Termalny park wodny został otwarty w Tarach Wysokich w lipcu 2004 r. Kompleks wypoczynkowo-rehabilitacyjny oferuje zakwaterowanie typu hotelowego, 3 baseny zewnętrzne, 1 wewnętrzny basen pływacki o wymiarach olimpijskich oraz 1 basen wypoczynkowy. Baseny są wyposażone w atrakcje wodne takie jak: siedzenia i łóżka jacuzzi, gejzer, grzybek wodny, bicze wodne, natryski masażowe, dzwon huśtawkowy itd. Temperatura wody waha się w granicach 28°C- 36°C.
W ofercie jest mnóstwo tradycyjnych i korygujących procedur kąpielowych, wypoczynek w jaskiniach wodnych, pomieszczeniach z parą, śniegiem, w saunach i solariach.
Do dyspozycji jest też i halowe centrum sportu, boiska sportowe, w okolicach parku znajduje się pole golfowe, mnóstwo szlaków turystycznych oraz szlaków i odcinków przeznaczonych do jazdy na rowerze górskim, szkoły jeździectwa, istnieją możliwości paraglidingu, raftingu, narciarstwa oraz innych sportów zimowych.
Niestety, nie mamy tyle czasu aby zapoznać się z każdą z tych atrakcji. Zachwyceni nowoczesnością urządzeń, czasami lekko zagubieni w natłoku światełek, bramek i mechanizmów lądujemy w basenie zewnętrznym. Zimno i wieje nad głowami wiatr a my zanurzeni po nosy w 36-stopniowym ciepełku pluskamy się radośnie. Ach, kiedyż w Poznaniu ruszą termy maltańskie?
21 09 niedziela – Czas wolny, podsumowanie.
Pada ustawicznie, ba nawet leje ustawicznie. Lądujemy w Zbójnickiej Piwnicy na grzańcu. Wieczorem podsumowanie imprezy. Oceniamy pobyt pozytywnie, choć mogło być więcej tras pieszych. Niestety – pogoda. Ale i tak mieliśmy więcej szczęścia niż w ubiegłym roku w Bieszczadach.
22 09 poniedziałek 11,30 odjazd
Ostatnia gimnastyka. Żegnamy pensjonat, było nam tu dobrze. Jedzonko „jak u mamy”, cieplutko w pokojach. Czego więcej potrzeba plecakowemu turyście. Trochę zamieszania na krakowskim dworcu, nieprzyjaznym i zagmatwanym, ale wreszcie sadowimy się w pociągu i jazda do kochanego Pyrowa.
A teraz deser [jeśliś czytelniku dotarłeś do końca tej opowieści] kilka zapamietanych góralskich dowcipów:
Podochocony wczasowicz wsiada do dorożki i każe się wieźć do karczmy.
Zaprasza fiakra, siadają przy stoliku i gość uprzejmie zagaja:
- Co dla was, gazdo? Wódeczka? Wino?
- I piwo, panocku, i piwo.
Pewnego razu zapytano Karola Wojtyłę, czy uchodzi, aby kardynał jeździł na nartach. Wojtyła uśmiechnął się i odparł: -Co nie uchodzi kardynałowi, to źle jeździć na nartach.
Przychodzi gazda do lekarza i prosi o lekarstwo na ciśnienie. Doktor mierzy i stwierdza:
- Aparat pokazuje, że ciśnienie macie dobre. Jakie są objawy nadciśnienia?
- A bo wicie, panie kiedy wychodzę z karcmy, to mnie tak jakoś do ziemi ciśnie!
Przychodzi baca do jasnowidza. Puka do drzwi i słyszy:
- Kto tam?
- Eee…To ja mam w nosie takiego jasnowidza.
W czasie jednej z wędrówek po górach biskup Karol Wojtyła spotkał górala, który widząc wędrowca utrudzonego i zakurzonego zapytał go, kim jest.
Biskupem! – Odpowiedział zziajany Karol.
Jeśli ty jesteś biskupem, to ja jestem papieżem! – Wzruszył ramionami góral.
Luty. Mróz trzaskający, a na śniegu, w zaspie, śpi przynapity góral. Przechodzący turyści budzą go i pytają:
- Gazdo! Nie zimno wam?
- Niy.
- A ciepło wam w tym śniegu?
- Tyz niy.
- No to jak wam?
- Jasiek!
Gazda mówi:
- Moje wsztkie dziecki moją imiona ja „j”
- Ja to – dziwi się znajomek.
- Ano Jagna, Jewka, Jontek, Janiela, Józek. Jasiek i Agnieszka – wylicza zapytany.
Walne Zebranie Sprawozdawcz0-Wyborcze [11 października]
Upłynęły cztery lata kadencji zarządu Klubu. Trzeba się wyspowiadać co zrobiono i czy pracowano rzetelnie. W zaprzyjaźnionej restauracji „Maltańska” tłumnie łaziki obsiadły stoły. Zygmunt sprawnie przeprowadził zebranie, zarząd i komisja rewizyjna się wyspowiadali i zostali rozgrzeszeni. Część członków starego zarządu zrezygnowała ze społecznej pracy dając możliwość wypróbowania swych sił nowym zapaleńcom. Jako nowe twarze w zarządzie pojawili się – Agnieszka Lubawy i Staszek Domański. W ten sposób mamy czwórkę wodzów: Pawła, Gosię, Agnieszkę i Staszka. A będzie ich nadal pilnował Zygmunt [ma wprawę i staż odpowiedni]
Specjalnej dyskusji nie było, czyli wszystko jek w porządku, podobnie jak integracyjny obiadek zjedzony z apetytem.
Ostatnie promyki [12 października]
To już ostatnie dary jesieni: feeria żółtości liści – od głębokiego brązu, poprzez różne czerwienie i i rudości do cytryny. Jest się czym zachwycać i cieszyć oko. Wędrujemy z przedmurzy Kiekrza w stronę Rusałki. Cieplutko, złociście. Na traktach tłok niemożliwy. Ze wszystkich kierunków dzwonią na nas rowerzyści. Czy biedni piechurzy będą zmuszeni w niedługim czasie skakać po drzewach, bo samochody i inne śladowce zajmą im matkę Ziemię?
Póki możemy współtuptać Paweł ćwiczy chodzenie z kijkami za przewodnikiem. Nieźle mu idzie. A Lidka uczy tej sztuki Kingę także z dobrym rezultatem.
Jakiś mały przerywnik w „Letnim Barze” i pyszny placek ze śliwkami. Potem żwawy spacer wokół Rusałki. Żegnamy się na ul. Żeromskiego. Czas na niedzielny obiadek.
Zielonka [19 października]
Nieco siąpi, mgiełki snują się nad drzewami. Nostalgicznie ciągnie nas do leśnych duktów, czyli do puszczy.
Takie napisy można zauważyć przy wielu drogach prowadzących na teren Parku Krajobrazowego „Puszczy Zielonka”., która do tego zaproszenia jest przygotowana, na terenie Puszczy i jej okolic zbudowano liczne urządzenia turystyczne, które szczególnie cieszą turystów pieszych. Ostatnio pojawia ich się w Puszczy co raz więcej,
Można bowiem zatrzymać się na trasie i odpocząć. Wykonano dwa duże leśne miejsca odpoczynkowe i sześć małych.
Mniejsze miejsca odpoczynkowe, na które składa się stół z dwoma ławami, kosz na śmieci i płotek do oparcia rowerów, znajdują się w ciekawych okolicach między innymi Tucznie.
Na drogowych granitowych słupach, zaznaczono szlaki oraz podano informacji o kierunkach i odległościach do najbliższych miejscowości. W Puszczy można także znaleźć stare kamienie z wypisanymi przed kilkoma dziesiątkami lat informacjami drogowskazowymi
Turysta łatwo znajdzie drogę również i dlatego, że ustawiono kilka dużych map z dokładnie wyrysowanymi szlakami. Stoją one między innymi w Tucznie, Rejowcu i przy kościele w Wierzenicy.
My podjedliśmy marsz z Tuczna do Arboretum – jest to teren zarządzany przez Leśny Zakład Doświadczalny Akademii Rolniczej w Poznaniu. Prowadzone są tutaj prace naukowe i dydaktyczne, a miejscem szczególnym jest unikalne Arboretum Leśne, prowadzone od 1979 roku. Zorganizowano je w dwóch częściach metodycznych: jako park krajobrazowo-dendrologiczny i arboretum drzewostanowe. Na 82 ha zgromadzono około 800 gatunków oraz odmian i krzewów, zarówno krajowych jak i pochodzenia obcego, ze szczególnym uwzględnieniem gatunków chronionych.
Tradycyjnie kończymy rajd obiadkiem w tucznieńskiej knajpce. Mając w „butach” 12 km wracamy do Poznania marząc o słonku i spóźnionym babim lecie.
I następne nurkowanie w jesieni [26 października]
Nasze szczawnickie zaklinanie pogody, gdzieś tam w przestworzach błądziły, ponieważ dopiero w październiku mamy odzew w postaci kilku wspaniałych dni. Aliści synoptycy przewidują jesienny płacz deszczu, wiec koniecznie trzeba pożegnać się z barwami, z szelestem liści pod stopami, ze słonecznymi zajączkami na wodzie. Tym razem maszerujemy do Zielińca – dobrze znana trasą w kierunku Swarzędza. Niezmordowana Lidka uczy Halinkę Gudz chodzenia z kijkami. Robi to naprawdę wspaniale. Lidka jest samorodnym pedagogicznym talentem w zakresie pracy z niewidomymi. A nasz zastęp nordic-walkingowców rośnie. Tak serio! Mamy już trzy osoby chodzące a dwie czekają na kijki. Do następnego sezonu zdobędziemy jeszcze kilku zapaleńców. I w drogę na szlaki mniej kochane przez rowerkowiczów. Teraz pod dowództwem Lidki robimy około 12 km. Słoneczko grzeje w letni sposób. To już ostatnie promyki. Jutro – brrrr – będzie plucha!
Rajd Patriotyczny [10 listopada]
Miała być plucha, ale dopieszcza nas złota jesień. Trochę winnego bordo, nieco gęstej żółci i brązów. Tak wyglądają parki i ścieżki nad Rusałką. Brodzimy w szeleście liści ciesząc się urokami naszej ziemi, bośmy właśnie stąd; z gospodarnej Wielkopolski, z naszej kochanej Pyrlandii. Nieco zadumy i dumy, ponieważ to pragmatyczni Wielkopolanie powstania wygrywali a nie przegrywali, mierzyli zamiary na siły a nie odwrotnie. Mamy prawo do dumy i naszych słynnych a smakowitych rogali świetomarcińskich, świetomarcińskiej gali i pochodu.
Po rajdzie spotykamy się – jako, że tradycja zagościła na dobre w naszej klubowej społeczności – na składkowym rogalu i herbatce. Śpiewamy patriotyczne pieśni o wojence, o pękach białych róż, ułanach co przybyli pod okienko, bądź stoją na widecie, a także o rozmarynie. Czy dziś ktokolwiek hoduje tę weselną roślinkę? Z radością odnotowuję, że w powodzi ye, ye nasze stare ojczyźniane pieśni nie zaginęły.
Tupu tup, nie taki kijek straszny [11 listopada]
Zaczęło się od sporu czy niewidomy może chodzić z kijkami, czy nie. Zdania podzielone były. Zwolennicy nordic walking nie tylko twierdzili, że niewidomi dadzą sobie radę wspierani pomocą przyjaciół, ale też postanowili czynnie pokazać, że nie takie kijki straszne.
Mamy już w klubie 7 walkingowców w osobach: Gosi, Eli, Henia, Lidki, Marysi, Pawła i Zbyszka. Na początek całkiem miła liczba. Skrzyknęliśmy się przeto i choć nie wszyscy mogli się karnie stawić, bo i komunikacja świąteczna i świąteczne wyjazdy, ale kilku zapaleńców zrobiło wypad w stronę Radojewa i trasę powrotną – w sumie 15 km. Sympatyczne spędzenie narodowego święta! „Zbieramy” kondycję na letnie dni. Oby zima pozwoliła nam łaskawie na szlifowanie formy.
Raweliny, kaponiery i forty [16 listopada]
Forty to wiadomo. W Poznaniu cykl umocnień, miejsce niedzielnych wypadów mieszkańców Poznania. Ale tak między prawdą a niewiedzą, nikt się nie zagłębia w ich historie, funkcjonowanie i przeznaczenie dzisiejsze. Na szczęście dla nas nieświadomych tak ważnego fragmentu historii miasta jest grupa zapaleńców – fortołazów, do której należy nasz klubowy kolega Henio Lubawy. On to i kolejny fortowy pasjonat Piotr poprowadzili nas po szlakach starego Poznania i opowiedzieli wiele pasjonujących historii o Cytadeli. Odkryli tajemnice etymologii tak wrośniętych w tożsamość miasta takich nazw jak Kaponiera, czy Rawelin. Wiele by o tym mówić, dlatego zainteresowanych odsyłam do stosownej literatury i na Cytadelę także. Postukując kijkami przemierzyliśmy ciekawsze punkty tej imponującej budowli. Nawet pogoda nas nie zniechęcała, bowiem wiało okrutnie.
Wolontariusz [25 listopad]
W Sali Błękitnej UM Poznania odbywał się konkurs na wolontariusza roku. Zgłosiliśmy naszą nieocenioną Lidkę [zgłoszenie stanowi załącznik do kroniki] Agrafek dzielnie rekomendował tę, która ma wielkie serce dla potrzebujących. Na wyniki trzeba poczekać
Andrzejki [29 listopada]
Duch w narodzie nie ginie, tradycja także, ponieważ na wspólne andrzejkowe szaleństwa
klubowiczów i koła PZN Nowe Miasto zgłosiło się ponad 50 osób. Jest to sygnał, że niewidomi nie mają jakiegoś ośrodka jednoczącego przeważnie starszych ludzi. Czyżby Klub zaczął wyręczać instytucjonalny PZN.
Pożegnanie [19 grudnia]
19 grudnia br. pożegnaliśmy naszego klubowego kolegę Sylwestra Treumanna. Był najstarszym, członkiem Klubu, bowiem liczył 86 lat i był także niekwestionowanym autorytetem, oraz filarem
turystycznej społeczności: zawsze pogodny, uważny i na szlaku. Z nieodstępną laseczką, żwawo podążał na czele grupy, zjawiał się jako pierwszy na miejscu zbiórki dając tym dowód dyscypliny i zaangażowania. Uważnie obserwował nas, życzliwie poburkując na niedociągnięcia czy zawirowania na rajdach lub sportowych wypadach. Ale też zawsze służył przyjazną radą, doświadczeniem i pomocą.
Razem z Sylwestrem odeszła pewna epoka pojmowania świata, zamiłowania do ładu i porządku – tak charakterystycznego dla mieszkańców Poznania, epoka solidnego oparcia w wyznawanych wartościach i zdobytym doświadczeniu.
I chociaż Sylwku wierzymy, że będziesz podążał po niebieskich turystycznych szlakach – bardzo nam Ciebie brakuje.
Podsumowanie [20 grudnia]
Na podsumowaniu działalności klubowej zjawiło się 75 osób – członków łazikowej gromady i członków koła PZN Nowe Miasto, którzy chętnie korzystają z naszej gościny. Są to przeważnie starsze i samotne osoby, garnące się do ludzi, do bycia razem, do wspólnoty człowieczej.
Rok klubowej działalności został pozytywnie oceniony: sporo rajdów, imprez wielodniowych i spotkań tematycznych. Ale pomimo starań zarządu klubu pieniądze i jeszcze raz pieniądze. Tych nam brakuje, bo też sam społeczny zapał kiesy nie napełni. Szef – Paweł zrobił rekonesans w stowarzyszeniu CROSS. Owszem mamy szansę na wsparcie finansowe, lecz trzeba się uaktywnić sportowo. Klub zrzesza w większości osoby starsze i z kłopotami zdrowotnymi. „Nawet starzec też jest młody….” Jeśli się rusza i jeszcze raz rusza. Zaplanowaliśmy przeto trzy sekcje sportowe: strzelecką, pływacką i tańca sportowego. Marzy się nam sekcja nordic walking, czyli popularnych kijków, ale trzeba ten sport rozpropagować na terenie kraju aby można było robić stosowne zawody.
O tym wszystkim rozmawialiśmy czekając na tradycyjny wigilijny posiłek. Uroczyste przełamanie opłatka, wzruszające życzenia a potem uświęcony barszczyk, rybka, pierogi i kapustka.
Okazuje się, że tradycja w narodzie nie ginie i śpiewanie kolęd przy wtórze pawłowej gitary szło całkiem nieźle.
W sumie rok udany.
2007
Wystawka plastyczna – styczeń
W ubiegłym roku przeżyliśmy sympatyczną przygodę [o czym donosił Agrafek w stosownym czasie] byliśmy gośćmi w warsztacie ceramicznym s. Lidii. Niezapomniany to pobyt. Lepiliśmy w glinie różne cudeńka, a to naczynia, a to kwiaty, a to zwierzątka i ptaszki. Następnie nasza przemiła gospodyni wypaliła owe dzieła w piecu garncarskim oraz nadała im ostateczny szlif w postaci polewy. Okazało się, że nie święci ….. lepią.
I zanim się obejrzeliśmy powstała zgrabna wystawka łazikowych prac plastycznych pomieszczona w czytelni biblioteki ksiązki mówionej. Nie wierzycie? Zajrzyjcie proszę do serwisu fotograficznego, a przekonacie się ile samorodnych talentów jest w Klubie.
Oglądajcie i podziwiajcie!
Wieczór z kolędami – 17 stycznia
Zawsze jest powód aby się spotkać i pobyć razem w przyjaznym kręgu życzliwych ludzi. Tak też stało się i teraz. Zainaugurowaliśmy cykl „Herbatek u Małgorzatki” wspólnym śpiewaniem kolęd, tych zapomnianych – „W żłobie leży, któż pobieży”, tych znanych i lubianych – „Wśród nocnej ciszy” i „Lulajże Jezuniu”, tych podniosłych i uroczystych – „Bóg się rodzi, moc truchleje” i wreszcie takich człowieczych, trochę naiwnych, ale jakże ciepłych – „Oj, maluśki, maluśki, kieby rękawicka”. Kolędy towarzyszą nam prawie od zawsze. Są wspomnieniem dzieciństwa, religijnych wzruszeń, domowego zacisza w kręgu najbliższych.
Przypomina mi się fragment ksiązki „Kłopotliwe ewangelie”. We włoskiej Kalambrii w wigilijną noc od pokoleń wieśniacy palą ogień przed kościołem, aby dzieciątko nie zmarzło i ogrzało się w jego cieple. Prawda, jakie to wzruszające? Nikt nie pamięta początku tej tradycji, ale co roku ogień w zimową noc ogrzewa i ręce i serca.
Zebranie informacyjne – 27 stycznia
Jak z bicza… I już minął kolejny roczek naszej działalności i mego, agrafkowego wodzenia gęsim piórem [komputerowym klawiszem] po kartach kroniki. Nadspodziewanie tłumnie przybyły łaziki na zebranie, choć to i pogoda przeciwna była wstawianiu nosa z ciepłych kątów. A sporo nas w Klubie, bo 130 łazikujących. Rośnie sława naszego bractwa w bliższych i dalszych okolicach.
Zarząd przygotował się do spowiedzi [sprawozdania] cośmy to zdziałali w tamecznym roku. A zdziałali sporo: bo i imprezy wielodniowe i rajdy i pluskanie w basenie i posiady towarzyskie i trochę wiedzy na wszelakie tematy. To wszystko zostało rzetelnie opisane w kronice i takoż rzetelnie obfotografowane.
Plany też są smakowite i wypady nad morze i w góry i rajdy po zawiłych ścieżkach, herbatki i mądre prelekcje. Wybierać i być… No i trochę grosiwa trzeba też mieć w trzosiku, bo choć szef, czyli Paweł kalkuluje jak może aby taniej było, ale opłaty własną są.
Zarząd otrzymał rozgrzeszenie, trochę pochwał [aby nie spoczął na laurach] i ostrogę do działania.
Ano, działajmy!
Artur + Johannes = LiN – 14 lutego
Jeżeli myślicie, że złapaliśmy tę smaczną rybkę, to jesteście w błędzie. LiN to skrót od Litery i Nuty, czyli kącik melomana. W zimowe wieczory trzeba coś godziwego robić. W bibliotece mamy sporo biografii kompozytorów i opracowań o muzyce. Więc Zbyszek wpadł na pomysł a czemu by nie pogawędzić o nich przy dobrej muzyce. Na pierwszy ogień pod młotek poszedł Brahms i Artur Rubinstein. Gawędziarz i optymista opisał swoje muzyczne i nie tylko…. przygody w pamiętnikach „Moje młode lata”. Mieliśmy nagrane jego głosem wspomnienia i jego sztandarowy koncert Brahmsa. Zrobiliśmy sobie przeto mini koncercik z prelekcją Zbyszka. Poczym podyskutowaliśmy nieco o kompozytorze i wykonawcy. Jako zadanie domowe LiN-owcy otrzymali do przeczytania „Muzykę dla żółtodziobów” [lekturka w sam raz dla nas] i ustaliliśmy, że tak „Brahmsem po oczach” to może za trudne jak na początek. Wobec tego bierzemy się za muzykę programową aby oswoić uszka z klasyką, ale nieco lżejszą.
Ostatki – albo Podkoziołek -20 lutego
Tradycja świętowania ostatniego dnia karnawału jest znana jak świat długi i szeroki, wielkie imprezy robione są w Rio, w Wenecji. My mamy podkoziołka. Ale skąd ta nazwa? W Krakowie czy Warszawie nikt jej nie zna.
W Wielkopolsce dzień ten nazywamy podkoziołkiem i określenie to wcale nie wywodzi się od będących symbolem Poznania ratuszowych koziołków.
Słowo „Podkoziołek” dla większości młodego pokolenia niewiele znaczy i zapewne tylko mgliście może się kojarzyć z „zapustami” czy też „ostatkami”. Jan Stanisław Bystroń (profesor etnolog Uniwersytetu Poznańskiego) stwierdził, że „Podkoziołek” to zwyczaj jedynie wielkopolski
Nazwa „Podkoziołek” pochodzi od głównego elementu wtorkowej zabawy, tj. od figurki wyobrażającej kozła lub chłopca – naguska wystruganego z drewna, brukwi lub ziemniaka. Figurkę stawiano w czasie tańców na talerzu przed orkiestrą a bawiące się dziewczęta, tańcząc przed grajkiem, musiały pod koziołka składać datek pieniężny. W rzeczywistości cały obrzęd podzielony był na trzy części:
- pochód przebierańców,
obrzędowy taniec przed podkoziołkiem (w karczmie) i wspólna zabawa,
zabawa mężatek połączona z wywożeniem młodożeńcowej (odbywała się w środę popielcową).
Przygotowania do pochodu przebierańców rozpoczynały się już w godzinach rannych we wtorek przed środą popielcową. Jego uczestnicy obchodzili wieś z muzyką, od chałupy do chałupy. Korowód otwierał zwykle „niedźwiedź” – czyli chłopak obwiązany grochowinami i prowadzony na powrozie przez „niedźwiednika”. Do grupy należeli także: parobek przebrany za białego rumaka, „żyd”, „bocian”, „dziad i baba”, „kominiarz” z workiem sadzy, „piekarz” z koszem na plecach, czasem „cygan”, „policjant”, „ułani” itp. Tak poprzebierane „maszkary” za zgodą gospodarzy wchodziły do izby, gdzie następował wspólny taniec oraz częstowanie przybyłych i wręczanie darów. W tym czasie dochodziło też do płatania drobnych figlów, takich jak wygarnianie popiołu z komina, brudzenie sadzą itp.
Po przejściu przez wieś i odwiedzeniu wszystkich gospodarzy pochód zachodził wieczorem do karczmy lub wybranego uprzednio domu, gdzie uczestnicy urządzali sobie ucztę z zebranych darów, a później rozpoczynała się ogólna zabawa. Przed muzykantami stawiano beczkę a na niej symboliczną figurkę „podkoziołka”. Wtedy następował kulminacyjny punkt zabawy – taniec młodych dziewcząt przed figurką. W odróżnieniu od innych zabaw w roku, tym razem dziewczęta składały datki na wystawiony talerz znajdujący się przed „podkoziołkiem”. Chłopcy prosili swoje dziewczyny do tańca, a następnie prowadzili je kolejno pod stojącą figurkę. Muzyka przestawała grać, a chłopak śpiewał obrzędową pieśń. W odpowiedzi dziewczyna musiała się wykupić, rzucając pod koziołka lub na talerz pieniądze. Gdy już wszystkie dziewczęta złożyły swój okup, zaczynała się ogólna zabawa przeważnie trwająca do północy.
W środę popielcową w karczmie bawiły się same zamężne kobiety. Jednym z elementów tej zabawy było wywożenie na różnych pojazdach (stare sanie, taczki, półwozie itp.) młodożeńcowych, czyli niewiast, które podczas ubiegłego roku wyszły za mąż. Młode mężatki musiały się wykupić.
Badacze szukający genezy „Podkoziołka” wskazywali najczęściej na jego przedchrześcijańskie korzenie. Aleksander Brückner podkreśla, że do tradycji Słowian należało wzajemne przebieranie się mężczyzn i kobiet oraz wdziewanie masek. Nasi słowiańscy przodkowie chętnie wkładali na siebie zwierzęce skóry, kożuchy odwrócone włosem na zewnątrz, naśladowali kozy, wilki czy konie. Jan Stanisław Bystroń wskazuje na pochodzenie wielu obyczajów od pradawnego kultu płodności i urodzaju. Do takich obrzędów należało między innymi „tańczenie na urodzaj”. Autor opisuje obyczaj tańca gospodyni z niedźwiedziem (odgrywanym przez chłopaka ubranego w słomę), w czasie którego śpiewano:
na konopie, na konopie, żeby się rodziły
żeby nasze dzieci i my nago nie chodziły.
A trzeba dać podkoziołek, trzeba dać,
dobrze było cały roczek ubadać.
Łaziki także miały swój udział w podkoziołkowych szaleństwach. Wprawdzie nie udało się nam złapać stosownego koziołka, nie zorganizowaliśmy korowodu przebierańców wędrującego po mieście [zabrakło grochowin dla niedźwiedzia] ale od czego pomysłowość. Namalowaliśmy sobie stosowne stworzenie i obdarzyliśmy go godziwymi darami – naszymi ulubionymi piosenkami.
Koziołek bródką pokiwał, smacznego nam życzył, bo też i pączusie – zgodnie z obyczajem były i kawusia i herbatka. A przede wszystkim miły koleżeński nastrój.
Niesforny uczeń i wyprawa na step – 14 marca
Odbyło się drugie spotkanie LiN-owców [Litery i Nuty] tym razem poświęcone tak zwanej muzyce programowej. Jest to taki rodzaj muzyki, w którym kompozytor opowiada środkami pozasłownymi określoną treść. Głównie są to poematy symfoniczne zapoczątkowane w drugiej połowie XIX przez F. Liszta, oparte na dziełach literackich, czy wyobraźni twórcy. Lubimy nadawać dziełom jakieś tytuły – choćby nie był to zamysł kompozytora. Takim przykładem jest „Preludium Deszczowe” F. Chopina.
My na warsztat wzięliśmy dwa urocze utwory: „Uczeń Czarnoksiężnika” Ducasa i „Step” Noskowskiego. Śledziliśmy przygody niesfornego uczniaka, który zaprzągł miotłę do noszenia wody i potem nie potrafił jej okiełznać. I gdyby nie powrót mistrza przygoda miałaby żałosny koniec.
Następnie udaliśmy się na „Step”, „którego okiem nawet sokolim nie zmierzysz”. Przeżyliśmy gwałtowną burzę, zobaczyliśmy, a raczej usłyszeliśmy pomykających wojów w szczęku żelastwa i tętencie bojowych rumaków, by na powrót cieszyć się spokojem nieobjętych okiem przestrzeni.
Muzyka oferuje tak wiele różnorodnych przeżyć i nastrojów. Następne spotkanie poświęcimy Amadeuszowi. Wszak niedawno był „Rok Mozartowski”.
Powitanie Wiosny – 31 marca
Co prawda mieliśmy zbożny zamiar powitać Wiosenkę już 24 marca, ale, że jest to osóbka wielce kapryśna właśnie w tym dniu w ramach porządków wytrzepywała ostatki śniegu z nawisłego chmurami nieba. Z żalem popatrując smętnie w bury dzień trzeba było spotkanie przesunąć o tydzień.
Tym razem pogoda jak marzenie i ścieżki obeschły z błocka. Łaziki demokratycznie ustaliły, że idą dwie grupy – zaprawionych w turystyce piechurów [13 km] i tych słabszych, choć także lubiących wędrówki [3 km] Ustaliliśmy punkt zborny w Puszczykowie w restauracji o smakowitej nazwie „Popas”
Grupa zaprawionych [16 osób] wędrowała borami a lasami pilnie wypatrując wiosennej forpoczty. Zanotowaliśmy trele wczesnych ptaków [chyba rudzików] zielenił się mech i kępki trawy. Uśmiechały się żółciutkie żarnowce, pierwsze stokrotki i przylaszczki.
Zachwyciły nas najzwyklejsze pryzmy drewna pachnące żywicą w promieniach słońca. Dziuple i drzewne huby. Kiedy dotarliśmy do „Popasu” pozostałych rajdowiczów nie było. Postanowiliśmy przeto spóźnialskich pozbawić deseru. Ale jak tu karać kolegów i to w taki przepiękny dzień? W zgodzie i z apetytem zjedliśmy przepyszny obiadek i syci wrażeń, upojeni wiosennym powietrzem wróciliśmy do Poznania.
Mała przebieżka – 21 kwietnia
Jeszcze w piątek było zimno i wietrznie. Agrafek założył się z szefem o „duże jasne”, że z rajdu nici. Okazało się, jednak że szef ma układy synoptyczne i piwo wygrał. Ale warto było stracić piwo na rzecz takiej pogody.
Piętnaście łazików ochoczo pomknęło trasą 11 kilometrową a pozostałych 10 członków klubu – cztery kilometry zaliczyło niespiesznym spacerkiem. Najbardziej dumni byliśmy z postawy naszego p. Sylwestra. Po niedawnym nieprzyjemnym wypadku ani słyszeć nie chciał o trasie spacerowej i dzielnie kroczył na czele wędrowców nadając szyk i wdzięk marszrucie. Ech, młodzi, uczmy się od prawdziwych turystów!
Las w kędzierzawej zieleni młodych listków i nakrapiany cętkami słońca. Dróżki pachnące i pełne ptasich przekomarzanek. A my radośnie tupiemy w stronę Kiekrza. Jeszcze tylko, zupełnie malutki popas nad Jeziorem Strzeszyńskim [wiadomo parasole i małe jasne panom zapachniało.] Wreszcie mamy Kiekrz i jakby inaczej – obiadek w przytulnej restauracyjce – pierogarni. W jadłospisie odkrywamy całe „zagłębie” pierogów. Koniecznie trzeba tu zawitać ponownie na smakowite „triole”.
Domowa ewakuacja to już sama proza – przystanek, autobus i powrót do domu.
Zbieramy werwę na weekendowe Glistno.
Meszki i uroczysko – 28 kwietnia – 3 maja
Majowy długi weekend zapowiadał się wspaniale. Synoptycy przewidywali pogodę a łaziki – jak zwykle tłumny [38 osób] udział w turystycznym wypadzie. I wszystko zapowiadało się różowo i majowo. Ale nie uprzedzajmy faktów!
Dzień pierwszy 28 IV
Spotkanie o rannej godzinie przy wygodnym autokarze nastroiło nas optymistycznie. Trasa zielona, szosa gładka. Nagle coś zazgrzytało, zapachniało paloną guma i ….utknęliśmy na poboczu …. na całe dwie godziny. Dopiero awaryjny pojazd zabrał „rozbitków” i tym razem bez przygód, choć spóźnieni zawitaliśmy w progi zameczku w Glisnie.
Glisno: niem. Nazwa Gleißen – wieś położona 2 km na południe od Lubniewic. Jest tu przystanek PKS, kościół, sklepy, w pałacu hotel i restauracja. Do Glisna prowadzi żółty szlak pieszy: Sulęcin – Wędrzyn – Glisno o długości 15,3 km. Na wschód od Glisna leży piękne Jezioro Lubniewsko o urozmaiconej linii brzegowej i maksymalnej głębokości 15,1 m. Jest to największy zbiornik wodny w okolicy Lubniewic (240 ha). Wraz z otaczającymi lasami tworzy zespół przyrodniczo – krajobrazowy “Uroczysko Lubniewsko”.
Zameczek w którym mieszkamy to Pałac klasycystyczny z 1793 r., rozbudowany w 1830 r. i w 1910 r. Otacza go park krajobrazowy w stylu angielskim, z końca XIX w. o charakterze leśnym, z okazałymi dębami (obw. do 600 cm) i lipą (650 cm). W parku na wzgórzu usytuowana romantyczna ruina z I połowy XIX w. i mauzoleum rodu von der Marwitz i rodu von Wartenberg. W skład zespołu pałacowego wchodzi także oficyna z przełomu XVIII i XIX w. i kościół klasycystyczny z 1837 r.
Pierwsza wzmianka o Gliśnie pochodzi z 1421 r. W tym czasie wieś należała do rodziny Zynnitz. W 1461 r. współwłaścicielami Glisna były rodziny Otwicha i Pennigka. Niemniej jednak od 1463 r. wieś należała do rodziny von Waldow i pozostawała w jej władaniu przez blisko 300 lat. W XVII w. na skutek wojny trzydziestoletniej majątek został zniszczony i zubożony, co prawdopodobnie doprowadziło w 1682 r. do sprzedania części majątku rodzinie von Marwitz. W drugiej połowie XVIII w na skutek działań wojny siedmioletniej cała wieś została sprzedana nowemu właścicielowi – baronowi Gottlob von Troschei. Po wojnie pałacyk przechodził różne koleje, by na koniec stac się uroczym hotelikiem i malowniczym tłem sesji fotograficznych nowożeńców.
Rekonesans w terenie przyniósł niemiłą niespodziankę. Grupa została bez ostrzeżenia i podstępnie zaatakowana przez roje delikatnych, ale jakże złośliwych meszek. Atakowało to to z zajadłością wciskając się pod ubranie i tnąc we włosy, uszy i nosy. Nie było przed nimi schronienia. Pokąsani zjawiliśmy się na zebranie organizacyjne aby zapoznać się z planem zajęć. Może jutro będzie lepiej?
Dzień drugi 29 IV
Jako, ze to niedziela część gromadki wybrała się do kościoła a pozostali w ramach zajęć nieobowiązkowych zajmowali się ważnymi sprawami. A do takich należała działalność kawiarenki „Pod Krynoliną” Trzy królowe: – Antonina [Maria] Eleonora [Akwitańska i Wiktoria, a takoż ich wspólna dama Halina [Aliści biedne te koronowane głowy, tylko jedna dama] urządziły pokaz możliwości testera kolorów. Tester sprawował się dobrze rozpoznając kolory ubrań, włosów, a nawet sierści Argusia, przyjacielskiego psa przewodnika Mariusza.
Po obiedzie wędrujemy do Lubniewic na lody.
Miasto i Gmina Lubniewice położone jest w województwie lubuskim, w powiecie sulęcińskim. Jest jedną z najmniejszych, gmin tego województwa. Największą część powierzchni Gminy, zajmują lasy, ok. 70%. Znajdują się tu także jeziora Lubiąż, Krajnik, Lubniewsko, nad którymi znajdują się zadbane plaże z kąpieliskami i przystaniami. Dla pasjonatów natury atrakcją jest 1400 ha rezerwatu błotnego “JANIE” i zespołu przyrodniczo-krajobrazowego “Uroczysko Lubniewsko” z wieżą widokową. Tu też można spotkać okazy fauny i flory takie jak rosiczka, bielik, zimorodek, wydra czy borsuk i rzadko spotykane pofałdowania terenu z licznymi jeziorami i strumieniami.
W Lubniewicach znajdują się ciekawe zabytki. Najbardziej godny uwagi jest gotycki kościół z XV w. z neogotycką wieżą z 1882 r., wyposażenie kościoła pochodzi z XVII i XVIII w. Przy wschodnim brzegu jeziora Lubiąż znajduje się pałac z 1793 r., przebudowany w stylu neoklasycznym w 1846 r. zwany “Starym Zamkiem”. Obok rozciąga się park krajobrazowy z początku XIX w. Tam też znajduje się monumentalny neorenesansowy zamek z 1909r. o urozmaiconej bryle z neogotycką wieżą widokową (Nowy Zamek) Ciekawostkę stanowi również stylowa chata z końca XVIII w., o szkieletowej konstrukcji.
Niespiesznie oglądamy zadbane miasteczko i raźnym krokiem wracamy na kolację.
A wieczorem posiada przy gitarze i romantycznej piosence.
Dzień trzeci 30 IV
Rano zbieramy się sprawnie i jedziemy nad Uroczysko. A jest to miejsce niezwykłe. Liczące ponad 1.400 ha “Uroczysko” rozciąga się pomiędzy Sulęcinem i Lubniewicami. Administracyjnie obszar należy do Nadleśnictwa Sulęcin. Nazwę Uroczysko przyjęło od jeziora Lubniewsko (240,96 ha), które stanowi 17% jego powierzchni. Geologicznie obszar uformowany został w wyniku bezpośredniej akumulacji lodowcowej ostatniego zlodowacenia bałtyckiego. Którego efektem jest duża mozaika gleb i niezwykle urozmaicona rzeźba terenu. Na niewielkich powierzchniach różnice wysokości dochodzą do kilkudziesięciu metrów. O czym przekonaliśmy się Drzewostany bukowe porastają liczne jary i wąwozy, przypominające swoim wyglądem tereny podgórskie. Duża różnorodność warunków glebowych w połączeniu z mikroklimatem znajduje swoje odzwierciedlenie w zróżnicowaniu zbiorowisk roślinnych.
Świat roślin reprezentowany jest przez około 300 gatunków, a 15 z nich podlega ochronie ścisłej, jak np.: rosiczka okrągłolistna i bluszcz pospolity.
Świat zwierzęcy w wodach i na lądzie “Uroczyska” jest również bardzo bogaty. W wodach można spotkać gąbki, wirki, skąposzczety, pijawki, małże, raki i 24 gatunki ryb, a w przybrzeżnych trawach i mokradłach różne płazy i gady oraz piękne motyle. Na Uroczysku występuje co najmniej 90 gatunków ptaków. Do najciekawszych można zaliczyć orła bielika, bociana czarnego, żurawia, zimorodka. Licznie występuje zwierzyna płowa, dziki, borsuki, lisy, jeże i drobne gryzonie.
Uroczysko jako zespół przyrodniczo-krajobrazowy utworzony został 12.09.1993 r. Już w okresie międzywojennym przyjeżdżający tu licznie turyści dostrzegli piękno krajobrazów “Uroczyska”. Ponad południowo-wschodnim brzegiem jeziora wznosi się grodzisko słowiańskie z VII w. Z budowli ziemno-drewnianej dobrze zachowała się oryginalna część ziemna. Grodzisko obejmuje majdan, wały, i półkoliście zarysowane podgrodzie. Okoliczna ludność niemiecka nazwała tę budowlę “Wendenschanze”, co znaczy słowiański gród.
Wędrujemy nieco powikłanymi szlakami by przez wieś Żubrowo [niestety bez tych okazałych zwierząt] wrócić do Sulęcina i autobusem do Glisna.
A wieczorem, pod księżycem i przy blasku gwiazd ognisko, tradycyjne kiełbaski i turystyczna piosenka.
Dzień czwarty 1 V
Czeka nas wspaniała atrakcja koniki i bryki. Sprawnie ładujemy się na pojazdy i hajda po drogach i dróżkach. Koniki są przyjazne i cierpliwe, pogoda jak marzenie. Śmiejemy się, dowcipkujemy i bawimy się setnie.
Po południu formujemy pochód i ze sztandarem uczynionym z obrusu obchodzimy pola. I nie wiem czy to pochód czy też obchód pól na chwałę wzrostu plonów.
Wieczorem spontaniczny koncert pieśni zaangażowanej i już nieco zapomnianej. Bo któż dziś pamięta takie „szlagiery” jak: „Tysiące rąk” „Budujemy nową Polskę”, czy „Był sobie Antek murarz”? Okazało się, że ostały się w pamięci pieśni z dawnych lat. I choc nieaktualne, ale to przecież także nasza historia.
Dzień piaty 2 V
Przy śniadaniu gromkie „sto lat” śpiewamy Zygmuntowi. Jest wyraźnie wzruszony i lekko zażenowany takim aplauzem.
Jedziemy do umocnień Wału Międzyrzeckiego czyli do Międzyrzeckiego Rejonu umocnionego (MRU) W obawie przed atakiem ze wschodu między Świebodzinem a Międzyrzeczem w latach 30. XX w. Niemcy zbudowali sieć umocnień chroniących drogę na Berlin. To unikatowy zespół nowoczesnych jak na tamte czasy fortyfikacji, jest porównywalny z linią Maginota. Bunkry sięgają na 30-50 m w głąb ziemi i są połączone korytarzami o długości ok. 30 km. Na system umocnień składa się ponad sto różnych obiektów. Są wśród nich zapory przeciwpancerne zwane “zębami smoka” oraz niezwykłe przeszkody hydrotechniczne. W obrębie tzw. Pętli Boryszyńskiej i w Ołoboku nad jeziorem Niesłysz (15 km na zachód od Świebodzina) zachowały się mosty rolkowe, które w razie ataku można było w ciągu kilku minut schować, wsuwając je pod brzeg kanału; są też mosty obrotowe. Wodne przeszkody sięgają aż do Odry przy wsi Bródki.
Obiekty Festungsfront Oder Warthe Bogen (zwane MRU lub Ostwall). ufortyfikowany Front Łuku Odry Warty, jak sama nazwa wskazuje, rozciąga się południkowo między Wartą na północy a Odrą na południu. Geograficznie podzielony jest na trzy odcinki:
Odcinek północny (Nord–Abschnitt). Od ujścia Noteci do Warty do miejscowości Pieski. 3 z 13 grup warownych; Ludendorff niedaleko Skwierzyny, Roon i Moltke na południe od Bledzewa.
Odcinek środkowy (Mittel–Abschnitt) od Piesek po północne przedpola Lubrzy. Spotkać tu można najwięcej grup warownych, bo aż 8 z 13 wszystkich w Ostwall; Schill i Nettelbeck, Lützow, York. Gneisenau, Scharnhorst w Pniewie, Freisen, Jahn koło Boryszyna i Körner w lesie między Staropolem a Lubrzą.
Odcinek południowy (Süd–Abschnitt) od Lubrzy po Odrę z jedną grupą warowną Lietzmann w Mostkach.
Nagromadzenie dużych obiektów wynikało z braku możliwości oparcia obrony na naturalnych ciekach wodnych, jak ma to miejsce w odcinkach północ i południe. Na północ od linii OWB (Oder Warthe Bogen) rozciąga się Wał Pomorski, na południe – Linia Odry. Oderstellung została przełamana na całej długości w przeciągu kilkunastu dni na początku roku 1945 przez Armię Czerwoną.
Zimą w bunkrach bytują nietoperze. Niektóre przylatują na zimowisko z odległości 300 km. Rezerwat zajmuje obszar 2,5 ha pomiędzy wioskami: Nietoperek, Wysoka, Kęszyca i Boryszyn, obejmuje część podziemnych fortyfikacji MRU. Celem jest ochrona największego w Polsce zimowego siedliska nietoperzy (ok. 30 tys. osobników, 12 gatunków).
Wchodzimy do korytarzy na godzinny spacer. Korytarze są wysokie i przestronne z zachowanymi szynami kolejki i dworcami. Umocnienia były samowystarczalne w zakresie możliwości przetrwania i pomyślane z wygodą dla załóg. Jesteśmy pod wrażeniem tych budowli.
Mała odsapka w przydrożnym zajeździe i jedziemy do Rokitna. Energiczny ojciec opowiada o niezwykłości tego miejsca. Już od 1333 roku istniał tu drewniany kościółek, założony przez biskupa poznańskiego Jana Doliwę. W 1661 roku świątynia przeszła w ręce bledzewskiego konwentu cystersów. Osiem lat później z Bledzewa przeniesiono tu słynący łaskami obraz Matki Boskiej. Na początku XVIII wieku cystersi rozpoczęli budowę nowego murowanego kościoła, jednak budowla ta nie została ukończona; w 1746 roku rozebrano ją i przystąpiono do wznoszenia zachowanej do dziś późnobarokowej świątyni. Autorem projektu był nadworny architekt królewski, Karol Marcin Frantz. Budowę ukończono w 1756 roku. Trójnawowy, halowy kościół wzniesiony został na rzucie prostokąta, z trójbocznie zamkniętym prezbiterium od północy.
Przy prezbiterium po stronie zachodniej znajduje się zakrystia, po stronie wschodniej kaplica. Nad całością dominują dwie kwadratowe wieże zwieńczone klasycystycznymi hełmami z wazonami. Fasada kościoła podzielona została pilastrami. Środkowy, flankowany wieżami ryzalit zwieńczony jest trójkątnym frontonem, ozdobionym alegorycznymi rzeźbami. Posągi umieszczono też w zamkniętych wnękach po obu stronach ryzalitu. Wnętrza kościoła nakryte są sklepieniami żaglastymi, ozdobionymi osiemnastowieczną polichromią, przedstawiającą sceny staro- i nowotestamentowe. Wyposażenie utrzymane zostało w duchu baroku i rokoka. W ołtarzu głównym znajduje się obraz Matki Boskiej Rokitniańskiej. Jest to dzieło szkoły niderlandzkiej, powstałe w XVI stuleciu.
Najstarsze dzieje wizerunku trudne są do ustalenia. Zapewne pod koniec XVI wieku znalazł się on na Kujawach, później drogą kolejnych darowizn trafił do opactwa w Bledzewie, gdzie zasłynął licznymi cudami. W 1670 roku specjalna komisja uznała obraz za cudowny. Sława sanktuarium zataczała coraz większe kręgi. W okresie zaborów Matka Boska Rokitniańska dzięki wizerunkowi białego orła na srebrnej sukience stała się symbolem polskości. Dziś Rokitno jest najważniejszym sanktuarium Maryjnym Diecezji Zielonogórsko-Gorzowskiej.
Opowieść trwała długo, przeto nie zdążyliśmy zwiedzić samej bazyliki i otaczających ja pięknych terenów. Pędem do autokaru, a szkoda, bo miejsce magiczne.
Wieczorem pieśniarski koncert życzeń
Dzień szósty 3 V
Czas powrotu. Rano chętni idą na mszę, pozostali pakują plecaki, bowiem po obiedzie odjazd. Jeszcze gromkie podziękowania kierownikowi pałacu i niezawodnej załodze kuchni i do Poznania.
Udany weekend!
Krynica Morska – 25 maja – 8 czerwca
25 maja
Skoro świt wyznaczyliśmy spotkanie przy pociągu do Gdańska. Jak zwykle, wszystko przebiega sprawnie. Miejsca w przedziałach rozdysponowane, bagaże upchnięte i jaaaaazda. A jest nas spora gromadka 38 osób – w tym 5 dzieci. W Gdańsku lokujemy się do zarezerwowanego autokaru i jedziemy przez caluśką Mierzeję Wiślaną do Krynicy Morskiej.
Nieco o Mierzei
Jest to piaszczysty wał na południowo-wschodnim brzegu Zatoki GdańskiejZatoki Gdańskiej , rozciągający się od GdańskaGdańska na wschód do BałtijskaBałtijska (dawna nazwa Bałtijska PiławaPiława ) w Federacji Rosyjskiej, który oddziela Zalew WiślanyZalew Wiślany od otwartych wód Zatoki. MierzejaMierzeja podzielona jest między terytorium PolskiPolski i RosjiRosji (część wschodnia). Długość: ok. 60 km, szerokość: 600 m – 2 km
Okazuje się, że istnieją pewne problemy w jednoznacznym określeniu, który odcinek brzegu Zatoki Gdańskiej można zakwalifikować jako typ mierzejowy, gdyż jest to najmłodszy fragment lądu należący do Polski, który zresztą nadal dość szybko się powiększa w wyniku tworzenia się deltydeltyWisłyWisły . Jeszcze przed kilkoma wiekami w miejscu obecnej mierzei znajdował się łańcuch wysp. Obecnie za mierzeję uważa się czasami dość duży fragment wybrzeża, który od reszty lądu jest oddzielony (począwszy od miejscowości Kąty Rybackie) wodami Zalewu Wiślanego w swojej środkowej i wschodniej części, natomiast w części zachodniej jest oddzielony od ŻuławŻuław systemem kanałów. W tym rozumieniu Mierzeja sięga na zachód aż do Wyspy SobieszewskiejWyspy Sobieszewskiej i w tej wielkości Mierzeja rozumiana jest jako kraina geograficzna i region turystyczny. Niezależnie od powyższych wątpliwości, Mierzeja widziana z okiem autokaru wygląda zachęcająco.
W Krynicy lokujemy się w ośrodku rehabilitacyjnym „Posejdon” w pokojach 2 i 3 osobowych typu studio. Wieczorem poznajemy plan zajęć: dwa posiłki dzienne umożliwiające nieskrępowaną turystykę i wstępne omówienie tras.
26 maja
Spacer-zaprawa – idziemy plażą w kierunku Gdańska. Pogoda jak marzenie, nawet nie spostrzegamy, że zrobiliśmy 10 km.
Po południu z przewodnikiem p. Włodkiem zwiedzamy kurorcik. P Włodek serwuje atrakcje nie tylko turystyczne, ale także kulinarne, bowiem wodzi nas po lodziarniach, smażalniach i kawiarniach.
Co można powiedzieć o Krynicy
To niewielkie miasteczko w województwie pomorskim, leżące na małym skrawku lądu – Mierzei Wiślanej, otoczonej od północy wodami Morza Bałtyckiego, a od południa Zalewu Wiślanego, porośniętej sosnowo – bukowym lasem. Od Gdańska dzieli ją około 80 km a od Elbląga około 60 km drogi lądowej, Można także dotrzeć drogą wodną z Elbląga, Fromborka i Kaliningradu.
Czyste, obfitujące w jod powietrze, szerokie, piaszczyste plaże, wysokie wzniesienia wydmowe, bogate w ryby wody Zalewu Wiślanego świetne również dla amatorów sportów wodnych oraz piękne lasy obfitujące w różne gatunki roślin i zwierząt – o czym przekonaliśmy się naocznie.
Dzieje miejscowości sięgają czasów średniowiecza. Pierwszą wzmianką o tym miejscu znaleźć można w tekście napisanym w XIII wieku! W tamtych czasach Krynica nosiła nazwę Lipa, a jej okolice zamieszkiwane były przez Słowian i Prusów, a później również przez Krzyżaków. Rozwój nastąpił w połowie XV wieku dzięki jednemu z komturów krzyżackich, który zezwolił mieszkańcom na prowadzenie karczmy. Ważnym wydarzeniem był rozwój handlu drogą morską. Duży udział mieli w tym kupcy elbląscy, którzy w I połowie XIX wieku założyli konsorcjum do spraw żeglugi na Bałtyku i zakupili 2 statki od kupców angielskich. Parowiec o nazwie “Jaskółka” przywiózł pierwszych gości letników. Dużych inwestycji w Krynicy dokonano na początki XIX w…
W latach 1975-1998województwa elbląskiegoW latach 1975-1998W latach 1975-1998W latach 1975-1998województwa elbląskiegoW latach 1975-1998województwa elbląskiegoW latach 1975-1998województwa elbląskiegoW latach 1975-1998W latach 1975-1998 miasto administracyjnie należało do W latach 1975-1998województwa elbląskiegoW latach 1975-1998województwa elbląskiegoW latach 1975-1998województwa elbląskiegoW latach 1975-1998W latach 1975-1998W latach 1975-1998województwa elbląskiegoW latach 1975-1998województwa elbląskiegoW latach 1975-1998województwa elbląskiegoW latach 1975-1998PrzebrnoW latach 1975-1998województwa elbląskiegoW latach 1975-1998województwa elbląskiegoW latach 1975-1998województwa elbląskiegoW latach 1975-1998W latach 1975-1998W latach 1975-1998województwa elbląskiegoW latach 1975-1998województwa elbląskiegoW latach 1975-1998województwa elbląskiegoW latach 1975-1998W latach 1975-1998 miasto administracyjnie należało do . W skład gminy miejskiej Krynica Morska wchodzą również miejscowości W latach 1975-1998województwa elbląskiegoW latach 1975-1998województwa elbląskiegoW latach 1975-1998województwa elbląskiegoW latach 1975-1998W latach 1975-1998W latach 1975-1998województwa elbląskiegoW latach 1975-1998województwa elbląskiegoW latach 1975-1998województwa elbląskiegoW latach 1975-1998PiaskiW latach 1975-1998województwa elbląskiegoW latach 1975-1998województwa elbląskiegoW latach 1975-1998województwa elbląskiegoW latach 1975-1998W latach 1975-1998W latach 1975-1998województwa elbląskiegoW latach 1975-1998województwa elbląskiegoW latach 1975-1998województwa elbląskiegoW latach 1975-1998W latach 1975-1998 miasto administracyjnie należało do . W skład gminy miejskiej Krynica Morska wchodzą również miejscowości i W latach 1975-1998województwa elbląskiegoW latach 1975-1998województwa elbląskiegoW latach 1975-1998województwa elbląskiegoW latach 1975-1998W latach 1975-1998W latach 1975-1998województwa elbląskiegoW latach 1975-1998województwa elbląskiegoW latach 1975-1998województwa elbląskiegoW latach 1975-1998W latach 1975-1998W latach 1975-1998województwa elbląskiegoW latach 1975-1998W latach 1975-1998W latach 1975-1998
W centralnym punkcie miasta spotyka nas nie lada atrakcja, buszujące dziki, w tym locha z warchlakami. Dziki wbrew swej naturze wchodzą do lokali, buszują po trawnikach i wyłudzają chipsy i za nic maja gwar ciżby ludzkiej i samochody.
27 maja
Ponieważ to niedziela część grupy idzie do kościoła. Pozostali myszkują wśród stoisk z wszelakimi dobrociami kulinarnymi i gastronomicznymi.
Po obiedzie postanawiamy dojść plażą do Kaliningradu. 12 km od centrum Krynicy znajduję się mała miejscowość – Piaski (administracyjnie należy do Krynicy Morskiej). Ok. 3 km. za tą miejscowością jest NATO, oraz Unii Europejskiej. Okazuje się, że granica jest pilnie strzeżona i nie ma możliwości jej przekroczenia. Niemniej spacer plażą dostarczył niesamowitych wrażeń estetycznych. Przekonaliśmy się o destrukcyjnym działaniu morza podmywającego wydmy i poszukiwaliśmy bursztynów i muszelek na plaży. Zrobiliśmy w obie strony 14 km. Pewnie odbylibyśmy dłuższy spacer, ale nad Bałtykiem mruczała ostrzegawczo burza. Czas było wracać.
Utrapieniem są komary. Buszują całymi rojami i nie pomagają preparaty odstraszające. Mamy przeto w grupie seryjnego mordercę – Gosię, która z poświęceniem walczy z uprzykrzonymi bzykaczami, także przy pomocy twarzowych różowych kapci. Dzielnie jej sekundujemy, szczególnie zaś weteran turystycznych wypraw klubowa maskotka Gapcia. Oburzona szczeka na intruzów i opędza się od nich energicznie wachlując ogonkiem.
Wieczorem przy wtórze burzy śpiewamy w … sali gimnastycznej. Każde pomieszczenie jest dobre by wspólnie pobyć.
28 maja
Ogłaszamy zaciąg na poranną gimnastykę pod opieką Kai – „Gumeczki” Jej sprawność fizyczna i elegancja zapiera dech. Ćwiczą tłumy – czyli czterech zapaleńców, zwanych fokami i tak pozostanie do końca turnusu.
Wybieramy się lasem na Wielbłądzi Garb – jest to najwyższe wzniesienie na mierzei wiślanej (48,5 m.n.p.m), oraz najwyższa stała wydma w Europie, ma blisko 50 metrów wysokości. To jedyny naturalny punkt na Mierzei, z którego widać równocześnie Bałtyk i Zalew Wiślany. Wielbłądzi Garb leży na północno – wschodnim końcu Krynicy Morskiej tuż przy żółtym szlaku turystycznym, nie więcej niż czterdzieści minut marszu z centrum. Po wyjściu z miasta ulicą Gdańską w kierunku Piasków, znaki szlaku turystycznego skręcają w prawo, w stronę Zalewu Wiślanego, którego brzegiem prowadzą malowniczo przez kilkaset metrów. Następnie dróżka wspina się na “przełęcz”, gdzie tabliczka czarnego szlaku rowerowego wskazuje drogę na szczyt Wielbłądziego Garbu (100 metrów). Panorama stamtąd jest wspaniała! Z wierzchołka – aby nie rozdeptywać wydmy – zeszliśmy ścieżką na “przełęcz”, by podążając dalej za żółtymi znakami – w poszukiwaniu jodu – trafić nad Bałtyk.
Bawimy się w poławiaczy muszli zalęgających kilka metrów od brzegu. Wchodzimy po pas do morza i popiskujemy radośnie, ponieważ woda jest nie tylko słona, ale i przejmująco zimna.
Po kolacji „wieczorek zapoznawczy” dla posejdonowej braci, bowiem oprócz naszej grupy goszczą niezorganizowani wczasowicze. Bawi się 16 łazików. Pozostali leniuchują.
29 maja
Tym razem atrakcja niemała. Wycieczka po unikatowym Kanale Elbląsko – Ostródzkim. Autobusem dojechaliśmy do pośredniej przystani miedzy Ostródą a Elblągiem – w Buczyńcu, potem przez sieć wodną i jez. Druzno do Elbląga.
Kanał Elbląski jest jednym z najciekawszych pod względem technicznym i krajoznawczym szlakiem wodnym nie tylko w Polsce, ale i w skali światowej. Unikalne, powstałe w XIX wieku urządzenia techniczne, jakimi są znajdujące się tu pochylnie oraz inne obiekty i urozmaicony krajobraz na trasie stanowią dużą, jedyną tego typu w Europie, atrakcję turystyczną.
Kanał ten jest najdłuższym kanałowym szlakiem żeglownym w Polsce – łączna długość jego zasadniczych odcinków wynosi 129,8 km. A jez. Druzno to największy na tej trasie akwen, będące rezerwatem ptactwa wodnego i błotnego. Na wielkich przestrzeniach jezioro jest zarośnięte sitowiem i trzciną, pośród której dostrzec można wiele rzadkich gatunków ptaków.
Na trasie przepływu znajduje się pięć pochylni. Z pokładu statku obserwujemy wysokie, porośnięte trawą wzniesienie, na którym w słońcu połyskują szyny i stalowe liny. Statek omijając wielkie koło do przewijania liny wpływa pomiędzy wystające z wody barierki. Obsługujący pochylnię pracownik przywiązuje do poręczy rzuconą z pokładu linę i uderza w gong. Wkrótce daje się odczuć lekkie szarpnięcie i statek powoli zaczyna wynurzać się z wody. Po chwili wynurza się całkowicie, a wraz z nim platforma, na której spoczywa. Liczące blisko 500 metrów długości wzniesienie statek pokonuje po suchym lądzie. Po osiągnięciu szczytu platforma zanurza się w następnym odcinku kanału i statek może dalej już “normalnie” płynąć.
Chwilami kanał jest wysokim nasypem, na którego koronie znajduje się uszczelnione gliną koryto wodne, a w innych miejscach krętym przekopem wijącym się pośród otaczających pagórków. Brzegi kanału okalają drzewa a wokół rozciągają się żyzne pola poszatkowane różnokolorowymi uprawami. W trakcie rejsu statek pokonuje 2,3 kilometra suchego, porośniętego trawą lądu, oczywiście z pasażerami na pokładzie. W trakcie rejsu statek przepływa pod kilkunastoma mostami drogowymi i kolejowymi, z których większość pochodzi z okresu budowy kanału.
Podstawowym przeznaczeniem i powodem budowy Kanału Elbląskiego był przewóz towarów. Głównymi transportowanymi towarami było drewno budowlane i opałowe oraz płody rolne z licznych okolicznych majątków ziemskich. Ruch, jak na drogę wodną o znaczeniu lokalnym, był dość duży – dziennie przepływało 12 – 20 statków. Regularna żegluga pasażerska o charakterze turystycznym rozpoczęła się w 1912 r., więc dopiero 52 lata po oddaniu kanału do użytku. Wraz z rozwojem żeglugi turystycznej wzdłuż kanału powstawały liczne gospody i zajazdy.
W wyniku działań wojennych podczas prowadzonych w 1945 r. walk o Prusy Wschodnie kanał uległ zniszczeniom. Zdewastowano wówczas maszynownie, zatopiono wszelki tabor pływający a w niektórych miejscach przerwano obwałowania kanału celem zatopienia leżących poniżej obszarów. Bezpośrednio po II wojnie światowej kanał był nieczynny. Jednak już w sierpniu 1946 r. został uruchomiony i udostępniony na całej długości do transportu drewna. Pierwszy statek pasażerski wyruszył z Elbląga do Ostródy rok później – w lipcu 1947 r. Stopniowo przewozy towarów zaczęły maleć – kanał tracił powoli znaczenie gospodarcze, zaczął być natomiast postrzegany jako atrakcyjny krajobrazowo zabytek techniki. Znalazło to formalne potwierdzenie w 1978 r, gdy całość jego infrastruktury została wpisana do rejestru zabytków. Podstawowym taborem pływającym jest pięć statków o napędzie spalinowym wybudowanych w latach 1965-66 w Krakowskiej Stoczni Rzecznej. Zostały one zaprojektowane specjalnie z myślą o pracy na Kanale Elbląskim z uwzględnieniem maksymalnych dopuszczalnych tu parametrów. Każdy z nich może zabrać na pokład do 65 pasażerów a wszystkie noszą wdzięczne nazwy ptaków wodnych: Birkut, Kormoran, Łabędź, Marabut i Pingwin.
Mieliśmy jak zwykle „łazikowe szczęście”, bowiem pogoda dopisała i pierzaste towarzystwo także, dając pokaz powietrznego baletu.
Niezapomniana wycieczka!
30 maja
Spacer w nieznane, czyli brzegiem Zalewu Wiślanego. Brzeg był dziki, zarośnięty szuwarami. W sam raz gratka dla turystycznej braci.
A po południu jeszcze raz okolice Krynicy „Szlakiem latarń” w towarzystwie przewodnika p. Włodka. Z ciekawszych atrakcji miasta obejrzeliśmy zabytkowy kościół pochodzący z 1938r. z pięknym ołtarzem w kształcie łodzi rybackiej przeznaczonym do odprawiania nabożeństw na wolnym powietrzu. Obejrzeliśmy wille budowane w pruskim stylu, zabytkowy zespół „Cesarski Dwór” Weszliśmy na wzgórze dawna nazwa Braun, gdzie w 1936r Ewa Braun spotkała się z wyższymi oficerami SS, by zatwierdzić plany budowy obozu w Stutthof. Weszliśmy na szczyt Latarni Morskiej (25 m) – jej światło widoczne jest z odległości 18,5 mil morskich. Obecna latarnia wybudowana została po roku 1945 na miejscu latarni z 1895 r., która została wysadzona przez Niemców pod koniec II wojny światowej. Ze szczytu latarni roztacza się wspaniały widok na całą Mierzeję Wiślaną, Zalew Wiślany, Frombork a nawet Rosję.. W budynku latarni prezentowane są zabytki latarnictwa morskiego, klosze, ogromne żarówki i inne ciekawe akcesoria.
Następnie powędrowaliśmy Molem Spacerowym. Obejrzeliśmy Zjeżdżalnie wodne na krynickich plażach. Największa ma 85 m długości.
Ogólnie – zabudowa miasta pochodzi z początku XX wieku, na którą składa się zespół zabytkowych willi i pensjonatów.
Krzepiąc nadwątlone siły w kawiarence spotkaliśmy oko w oko dziczą rodzinę, ponieważ locha i sześć dorodnych warchlaków przytupały do kawiarni siejąc nieco zamieszania wśród gości.
31 maja
Zwiedzamy Mierzeję. Trudno byłoby zwiedzić ją piechotą, dlatego wynajmujemy autokar. Pierwszy etap “Muzeum Zalewu Wiślanego” znajduje się samym centrum wsi Kąty Rybackie, w porcie rybackim nad Zalewem Wiślanym. Na wystawie przygotowanej przez Centralne Muzeum Morskie w Gdańsku prezentowana jest głównie historia szkutnictwa i rybołówstwa nad Zalewem Wiślanym.
Wśród najciekawszych eksponatów pochodzących z tych terenów jest oryginalny warsztat szkutniczy z miejscowości Łaszka k. Sztutowa, a także okazały bo aż 10 metrowy barkas – jednostka o napędzie żaglowym wykorzystywana do połowów jeszcze w latach 60 – tych ubiegłego wieku.
Bardzo pięknie prezentuje się kompletny zespół narzędzi szkutniczych z przełomu XIX i XX wieku w tym kilkanaście strugów służących do obróbki drewna.
W muzeum zobaczyliśmy tradycyjne łodzie rybackie z okolic Zalewu Wiślanego – żakówki, a także ślizg lodowy – Ludowy 8 zwany także od nazwiska konstruktora “Weilandem”.
Wieś Kąty Rybackie [niem. Bodenwinkel) położona na obszarze Żuław WiślanychŻuław Wiślanych na zachodnim brzegu Zalewu WiślanegoZalewu Wiślanego . Znajdują się tu rezerwat przyrodyrezerwat przyrodykormorana czarnegokormorana czarnego Rybacy domagają się redukcji populacji ptaków przynoszących spustoszenie w rybostanie. W latach 17731773 -19181918 Kąty Rybackie podlegały administracji zaboru pruskiegozaboru pruskiego , w 19191919 znalazły się na terenie Wolnego Miasta GdańskaWolnego Miasta Gdańska . 1 września 19391939 zostały włączone do niemieckiejniemieckiejIII RzeszyIII Rzeszy . Wiosną 19451945 roku Kąty Rybackie znalazły się ponownie w Polsce. Do 19451945 miejscowość znajdowała się na trasie Żuławskiej Kolei DojazdowejŻuławskiej Kolei Dojazdowej prowadzącej do Krynicy Morskiej.
Po drodze zwiedzamy wieś Jantar. Pierwsze wzmianki zachowały się w malborskich księgach z 1400 roku. Niegdyś tędy przechodził szlak bursztynowy. Jak przystało na miejscowość o takiej nazwie, co roku, zazwyczaj w sierpniu odbywają się tutaj Mistrzostwa Świata w Poławianiu BursztynuBursztynu . My natomiast wpadamy na pogawędkę do strusi hodowanych prze belgijsko-polskie małżeństwo. Strusie są przyjazne, podszczypują nas pieszczotliwie a gospodarze prowadzący także pasiekę opowiadają ciekawostki zarówno o egzotycznych ptakach, jak i o życiu pszczół. Na koniec można nabyć strusie pióra i gatunkowy miód, bowiem business is business!
I wizyta smutna i refleksyjna. „Ludzie ludziom zgotowali ten los” Bardzo trudno jest mi pisać o tym miejscu.
Państwowe Muzeum Sztuthof - położone jest tuż za wsią Sztutowo. Zachowane są baraki mieszkalne więźniów, komora gazowa, krematorium, ogrodzenie z drutu kolczastego wraz z wieżami strażniczymi, oraz „stos” skamieniały ludzki tłuszcz z tysięcy spalonych ciał.
Obóz Koncentracyjny Stutthof powstał 2 września 1939 r. Był najstarszym obozem koncentracyjnym na terenie Polski. Zginęło tu około 65 tysięcy ludzi z 28 krajów Europy. Głównym akcentem upamiętniającym były obóz jest Pomnik Walki i Męczeństwa, dzieło artysty rzeźbiarza Wiktora Tołkina. Pomnik został odsłonięty 12 maja 1968 r. podczas wielkiej manifestacji społeczeństwa, w 23 rocznicę wyzwolenia obozu.
W muzeum odbywają się projekcje 25 minutowych filmów o martyrologii więźniów. Przejmujące są zachowane eksponaty a także relacje przewodników.
Nigdy więcej takiego okrucieństwa!
Wracamy do domu. Jeszcze tylko zabytkowy kościół w Stegnie. Stegna to duża wieświeś o charakterze małomiasteczkowym. KościółKościół parafialny pod wezwaniem Najświętszego Serca Pana Jezusa zbudowano w latach 16811681 - 16831683 . Kościół z prezbiterium ceglanym i nawą konstrukcji szachulcowej. Na wieży umieszczona jest gałka z chorągiewką wietrzną na, której widnieje data 16821682 . We wnętrzu znajdują się unikalne podwieszone do stropu malowidła na płótnie oraz zabytkowe organyorgany .
Wieczorem idziemy „zapalić latarnię” a potem podziwiamy zachód słońca nad Bałtykiem. Jutro będzie piękny dzień!
1 czerwca
Przed południem robimy rajd 13 km „Idą dzieci drogą, steczką” Trzeba uczcić Dzień Dziecka jak na turystów przystało. Lekka mgiełka i zielone leśne dukty rojne od komarów.
Po południu wyprawiamy się autobusem do Piasków i także powrót leśnymi szlakami. 3,5 godz. wspaniałego wędrowania. Jesteśmy zmęczeni, ale…. szczęśliwi.
2 czerwca
Wędrujemy „szlakiem p. Włodka” ale bez jego opieki.
Wieczorem ognisko, kiełbaski, turystyczne piosenki i dowcipy. Aura bardziej jesienna, wiatr tańczy z płomieniami i dymem. „Nam to nie wadzi i jesteśmy radzi”, jakby zarymował p. Włodek.
3 czerwca
Niedziela. Słodkie lenistwo, wędrówka do kościoła. 11 łazików jedzie do Malborka aby zwiedzić słynny zamek i poszukać Juranda i Danuśki.
Wieczorem tradycyjna wędrówka plażą.
4 czerwca
Gdzie latają skowronki? Oczywiście do Skowronek. Także i my lecimy, no może niezupełnie, ale tupiemy plażą zaliczając kolejnych 12 km.
Wieczorem mamy ucztę i to jaką. Regionalny specjał fladra pieczona na rumiano. Jemy z apetytem delektując się smakiem tego rarytasu.
5 czerwca
Znowu upał i lekka bryza. Wybieramy trasę. Autobusem do Jantara i następnie plażą do Stegny a stamtąd autobusem do Krynicy. Znowu nawijamy na dziarskie nogi stosowne kilometry. Wszak po to jest turysta.
Wieczorem w znajomej sali gimnastycznej urządzamy wieczór piosenki biesiadnej i turystycznej, ale tej nieco frywolnej. Lidka, jak zwykle nadaje ton solo i zespołowo. Bawimy się pysznie.
6 czerwca
Skoro świt wsiadamy na stateczek „Anita” kursujący po Zalewie wiślanym i przeprawiamy się do sławnego Kopernikiem Fromborka.
Frombork to niewielkie miasteczko nad Zalewem Wiślanym nad krańcami niziny Młynarskiej i Wysoczyzny Elbląskiej, pomiędzy rzekami Baudą i Narusą Miejsce malownicze i dzięki licznym pamiątkom przeszłości pełne tajemniczego uroku. Od końca XIII stulecia siedziba kapituły warmińskiej. Miasto lokowane na prawie lubeckim, skąd pochodzili pierwsi osadnicy. Prawa miejskie posiada od 8 lipca 1310 roku. Miasto liczy ok. 2500 mieszkańców.
Ponad 700-letnie dzieje miasta pozostawiły rozliczne ślady. Odkrywają je co roku nowe rzesze turystów. Przyciąga unikalna architektura zespołu katedralnego, bogata historia i zagadki kosmosu. Przede wszystkim jednak postać Mikołaja Kopernika.
Zabytkiem najwyższej klasy jest zespół warowni katedralnej. Wielokrotnie niszczony i przebudowywany, zachował mimo to wiele podstawowych elementów średniowiecznego założenia architektonicznego. Od 1948 r. opiekę nad tym zabytkiem, poza katedrą i kapitularzem, sprawuje Muzeum Mikołaja Kopernika we Fromborku. Najstarszą budowlą Wzgórza Katedralnego, a zarazem miasta, jest
Bazylika Katedralna pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny i św. Andrzeja Apostoła, wzniesiona w latach 1329-1388. Jest ona budowlą gotycką, halową, trójnawową o długości ok. 97 m, szerokości wynoszącej od 12 m w prezbiterium do 22 m w głównym korpusie. Posiada kilka przybudówek, w tym dwie kaplice: św. Jerzego (tzw. Kaplica Polska) - powstała ok.1500 r., Zbawiciela (zwana kaplicą Szembeka) - barokowa z 1735 r.
Katedra warmińska jest budowlą gotycką, halową, trójnawową o długości około 97 m. szerokości od 12 m (prezbiterium) do 22 m (główny korpus) i wysokości od posadzki do zwornika sklepienia 16,5 m. Najważniejsza zabytki w Katedrze: 1) późnogotycki poliptyk (do połowy XVIII w. ołtarz główny), fundowany w 1504 r. przez biskupa Łukasza Watzenrode, wuja Mikołaja Kopernika, 2) kamienny portal kamienny portal w kruchcie zachodniej z XIV w., 3) malowane epitafium kanonika Bartłomieja Boreschowa krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.epitafium kanonika Bartłomieja Boreschowa krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.epitafium kanonika Bartłomieja Boreschowa powstałe po 1426 r. 4) krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.epitafium kanonika Bartłomieja Boreschowa krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.fragmenty stalli gotyckichkrucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.epitafium kanonika Bartłomieja Boreschowa krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.epitafium kanonika Bartłomieja Boreschowa powstałe po 1426 r. 4) w łuku tęczowym, 5) krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.epitafium kanonika Bartłomieja Boreschowa krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.6) gotyckie płyty nagrobnekrucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.epitafium kanonika Bartłomieja Boreschowa krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.epitafium kanonika Bartłomieja Boreschowa powstałe po 1426 r. 4) w łuku tęczowym, 5) w prezbiterium, krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.epitafium kanonika Bartłomieja Boreschowa krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.prospekt organowykrucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.epitafium kanonika Bartłomieja Boreschowa krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.epitafium kanonika Bartłomieja Boreschowa powstałe po 1426 r. 4) w łuku tęczowym, 5) w prezbiterium, , 7) krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.epitafium kanonika Bartłomieja Boreschowa krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.epitafium Mikołaja Kopernika krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.epitafium kanonika Bartłomieja Boreschowa krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.epitafium kanonika Bartłomieja Boreschowa powstałe po 1426 r. 4) w łuku tęczowym, 5) w prezbiterium, , 7) z 1683 r. 8) krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.epitafium kanonika Bartłomieja Boreschowa krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.krucyfiks z końca XV w.
Innym ważnym obiektem Wzgórza Katedralnego jest dawny pałac biskupów warmińskich. Ta gotycko-barokowa budowla (XIV-XVIII w.) umieszczona w południowo-wschodnim odcinku warowni, spłonęła w 1945 r. W latach 1965-1970 pałac odbudowano na potrzeby muzealne. Dziś turystom udostępniane są wystawy stałe: „Mikołaj Kopernik”, „Frombork w zabytkach kultury materialnej”, „Z dziejów astronomii” oraz liczne ekspozycje czasowe: kartografia, ikonografia miast, historia oficyn wydawniczych i księgozbiorów warmińskich.
Najwyższą budowlą na Wzgórzu Katedralnym jest gotycko-barokowa dzwonnica, postawiona w drugiej połowie XVII w. na obronnym oktogonie, istniejącym od połowy XIV w. Ten zniszczony i wypalony w 1945 r. obiekt odbudowano w latach 1972-1973. W przyziemiu mieści się muzealne planetarium wyposażone w aparaturę firmy Zeissa, która wyświetla na kopule o średnicy 8 m obrazy nieba, widocznego z dowolnego miejsca na Ziemi, z wybranych lat, każdej pory dnia i roku. Na wyższych kondygnacjach w sezonie letnim prezentowane są wystawy sztuki współczesnej. W dzwonnicy zamieszczone jest wahadło Foucaulta, jedyny w Polsce przyrząd do obserwacji dobowego ruchu wirowego Ziemi. Na wysokości ok. 70 m n.p.m. znajduje się taras widokowy, z którego można podziwiać panoramę okolic Fromborka.
Najstarszym elementem fortyfikacji Wzgórza Katedralnego jest wieża w północno-zachodnim narożniku warowni, zwana Wieżą Kopernika. Ciekawe obiekty zabytkowe można znaleźć także poza murami Wzgórza Katedralnego. Od zachodu i południa stoją dawne siedziby kanoników fromborskich – tzn. kanonie. Pierwsze źródłowe wzmianki o nich pochodzą z 1310 roku. We wschodniej części miasta turystyczną atrakcją jest zespól poszpitalny św. Ducha z gotycką kaplicą św. Anny z końca XIV w. Przetrwał on w niezmienionej formie od końca XVII w. W 1945 r., podobnie jak wiele innych zabytkowych budowli został poważnie zniszczony i opuszczony. W latach 1978-1980 został odbudowany. Obecnie znajduje się w nim Muzeum Medycyny.
Powstanie miasta związane było z przeniesieniem diecezji z Braniewa do Fromborka przez biskupa I Fleminga pomiędzy 1270-1278 r. i powołaniem kapituły katedralnej. Pierwszymi osadnikami na tych terenach byli przybysze z Lubeki, dolnoniemieccy Saksończycy i Flamandowie.
Na historyczne dzieje Fromborka składają się cztery okresy. Pierwszy datuje się od powstania grodu do 1466 r., kiedy to miasto było w pewnym zakresie uzależnione od zakonu krzyżackiego, drugi od 1466 r. do 1772 r. - to przynależność Fromborka do Rzeczpospolitej, trzeci od 1772 r. do 1945 r. to tzw. okres prusko - niemiecki i czwarty datowany od 1945 r. - ponowne włączenie miasta w granice Polski.
Frombork ze względu na swe położenie był obiektem licznych napaści i wojen. Opanowanie miasta dawało możliwość kontrolowania Zalewu Wiślanego i szlaku lądowego z Malborka do Królewca. Od XV wieku Frombork był atakowany przez wojska polskie, krzyżackie, szwedzkie i rosyjskie. Stacjonowały tu także wojska Napoleona. Szczególnie okupacja wojsk szwedzkich w XVII w. przyczyniła się do wywiezienia z Fromborka cennych zasobów archiwalnych i bibliotecznych. Ponadto do upadku miasta dołozyły się kataklizmy losowe. Największy pożar w mieście kroniki odnotowały 10 października 1703 r. strawił on całe miasto, z wyjątkiem kościoła farnego.
Zajęcie Warmii przez Prusy w 1772 r. odebrało biskupom i kanonikom ich dobra ziemskie, pozbawiając podstaw bytu i zubażając diecezję. Wkrótce prowadzone na jej terenie wojny napoleońskie wyniszczyły kraj kontrybucjami, głodem i chorobami. Z tych klęsk miasto już się nie podniosło: od XIX w. żyło życiem małej osady rybackiej, pozbawione możliwości rozwoju. Z liczącego się strategicznie punktu u wód Zalewu Wiślanego stało się osadą, którą nawet w połowach zdystansowało sąsiednie Tolkmicko. Jednocześnie z początkiem XIX w. Frombork zaczyna słynąć jako miejsce pracy, życia i śmierci Mikołaja Kopernika. Zainteresowanie miastem rośnie, Frombork staje się odwiedzanym obiektem turystycznym.
W 1945 r. zabudowa miasta kolejny raz ulega zniszczeniu. Ocalał jedynie kościół katedralny. Rumowisko zabudowy miejskiej powstałe w wyniku działań wojennych szacuje się na około 60-70%. Większość domów pozbawiona była dachów, z kilku zachowały się tylko fragmenty murów obronnych. Nieznacznie zrujnowany ratusz z początku XX w. i wiele domów mieszkalnych w nienajgorszym stanie rozebrano przed 1954 r. Jeszcze tego roku na terenach południowych starego miasta znajdowało się dużo rozbiórkowego kamienia polnego w stanie, który pozwalał mówić, iż kamień na kamieniu tam się nie ostał.
Z historycznej zabudowy mieszkalnej po rozbiórkach zachowało się siedem domów na starym mieście i niewiele więcej na terenie Szpitalnego Przedmieścia. Poważnie uszkodzony został gotycki kościół parafialny p.w. św. Mikołaja, średniowieczna Baszta Rybacka oraz Wieża Wodna.
Historia Muzeum Mikołaja Kopernika we Fromborku
Pierwsza izba pamiątkowa we Fromborku, poświęcona Mikołajowi Kopernikowi, została założona w 1912 roku, w budynku na Wzgórzu Katedralnym we Fromborku zwanym wieżą Kopernika, przez historyka warmińskiego, kanonika Eugena Brachvogla. W kilka lat później ukazał się drukiem pierwszy przewodnik po wystawie.
Powojenna historia Muzeum Mikołaja Kopernika we Fromborku rozpoczyna się 5 września 1948 r. Po dwuletnich staraniach Związku Zawodowego Historyków Sztuki i Kultury otwarto na Wzgórzu Katedralnym pierwszą ekspozycję muzealną poświęconą Mikołajowi Kopernikowi. Inauguracja wystawy odbyła się w pobieżnie wyremontowanych, najmniej zniszczonych podczas działań wojennych w 1945 r., dwóch gotycko-barokowych kanoniach wewnętrznych, a patronował temu wydarzeniu Komitet Fromborski, pod przewodnictwem profesora Włodzimierza Antoniewicza.
Pierwszym kustoszem, sprawującym pieczę nad Muzeum był Otton Ślizień (kierownik tej placówki w latach 1948-1952 i 1957-1966). Za jego kadencji opracowano plan rozwoju i w znacznym stopniu odbudowano obiekty zniszczone podczas wojny, przystosowując je do potrzeb muzealnych.
Z krótszymi, a czasami dłuższymi przerwami odbudowa obiektów i zarazem rozwój Muzeum trwały do 1973 r. - jubileuszowego roku 500. rocznicy urodzin Mikołaja Kopernika. Wtedy przed Muzeum otworzyły się szerokie możliwości - duże powierzchnie wystawiennicze i magazynowe w odbudowanym dawnym pałacu biskupim, mieszkania pracownicze w wyremontowanych obiektach. Dalszemu rozwojowi sprzyjały również nowe zasady finansowania i uzyskanie statutowej samodzielności w 1975 r. Stało się to przede wszystkim za sprawą i staraniem ówczesnego dyrektora Muzeum - Przemysława Maliszewskiego, który kierował fromborską placówką w latach 1974-1978.
W 1948 r. Muzeum posiadało 786 eksponatów, w tym wiele kopii i depozytów. W ciągu 59 lat działalności przybyło ich ponad 3700. Dodatkowo wzmocniło pozycję Muzeum udostępnienie na Wzgórzu Katedralnym widowiska "Światło i dźwięk", pierwszej tego typu imprezy w Polsce. Premiera widowiska odbyła się w sierpniu 1975 r. i było to wydarzenie kulturalne dużej rangi w regionie i kraju. Przez 13 lat widowisko było wielką atrakcją turystyczną Fromborka w sezonie letnim. W ciągu prawie 60 lat powojennej historii Muzeum Mikołaja Kopernika we Fromborku odwiedziło je ponad 7,5 miliona osób, średnio ok. 130 tysięcy osób rocznie.
Jedną z zupełnie wyjątkowych w polskim muzealnictwie specjalnością fromborskiej placówki jest praca naukowo-oświatowa w dziedzinie astronomii. Służy temu planetarium działające od 1973 r. w przyziemiu dawnej dzwonnicy katedralnej. Na kopule sztucznego nieba o średnicy 8 m, przy pomocy aparatury ZKP-2 firmy Zeiss, wyświetlane są obrazy ciał niebieskich widocznych z dowolnej szerokości geograficznej, pory dnia i roku. Od 1981 r. pracę planetarium wspiera obserwatorium astronomiczne na tzw. Górze Żurawiej - najwyższym wzniesieniu w okolicach Fromborka. Znajdują się tam trzy pawilony ze sprzętem do obserwacji astronomicznych oraz budynek z pracowniami.
Najnowszą pasją fromborskich muzealników są eksponaty dotyczące historii medycyny, zbierane dla budowanego od końca lat 70-tych XX w. działu w zespole poszpitalnym św. Ducha przy ul. Starej. Od 1991 roku pokazywane są zbiory działu historii medycyny, a od 1997 r. wystawa warmińskiej rzeźby i malarstwa XVI-XIX w. Od kilku lat przy zespole poszpitalnym udostępniany jest do zwiedzania ogród ziół.
Ta obszerna nieco relacja o Fromborku i jego pamiątkach służy zachowaniu pamięci o naszym pobycie w tym urokliwym miejscu. Przyjemnie będzie w zimowe wieczory wrócić do przebytych szlaków.
Wieczorem dzielimy się wrażeniami z ekscytującej wycieczki popijając beczkowe piwo na „piwnym wieczorze”.
7 czerwca
Boże Ciało. Udział w nabożeństwie i zajęcia własne. Potem tradycyjna trasa do Piasków.
Po południu jeszcze raz wędrówka przy plusku fal, by wieczorem podsumować pobyt i zastanowić się nad dalszymi planami. A wszyscy byli zadowoleni i żałowali, że trzeba się rozstać. Ostatnie wspólne śpiewy i czas powrotu. A takie tu drzewa i takie lasy. Idziemy pożegnać się z morzem i Krynicą. Ostatnie spotkanie z dzikami i w perspektywie „zielona”, choć spokojna noc.
8 czerwca
Pożegnalna gimnastyka foczek, pakowanie i ostatnie zakupy. Wynajętym autokarem jedziemy do Gdańska i pociągiem do Poznania. Na szlaku zdarza się tragiczny wypadek. Mamy dwugodzinne opóźnienie. Po północy wreszcie osiągamy Poznań. Jeszcze ostatnie pożegnania, życzenia i do domu.
Bardzo udany wypoczynek!
Karpicko razy trzy - 6 – 8 lipca
I niech ktoś powie, że numerologia to niepoważna nauka. Z jej tajemnic wynika iż liczba trzy to liczba ze wszech miar szczęśliwa. Doświadczyło owej prawdy 40 klubowiczów jadąc po raz trzeci do Karpicka.
Jak zwykle wszystko odbyło się niebywale sprawnie. Zapakowaliśmy bagaże do autobusu i jaaazda. W Wolsztynie sakwojaże pod odpowiedzialną opieką Mariana pojechały autobusem a turyści wolni od plecaków pomaszerowali 4 kilometry do kompleksu wypoczynkowego MONTANA. Sprawne rozlokowanie w czteroosobowych domkach, spotkanie organizacyjne, kolacyjka we własnym zakresie i wieczorny spacerek nad jeziorem. I tak minął dzień pierwszy.
Dzień drugi
Jemy co kto posiada w sepetach i wyruszamy do zaprzyjaźnionego muzeum-skansenu budownictwa zachodniej Wielkopolski. Tu, jak i poprzednio gościnny p. Wojtek uraczył nas pysznym chlebusiem własnego wypieku według starej recepty, smalcem ze „skrzeczkami” ogórkami kiszonymi w dębowej beczce, kawusią z mleczkiem i pysznym wielkopolskim plackiem drożdżowym. Pychota! Zajadamy aż się nam uszy trzęsą nie żałując sobie dokładki. Potem zwiedzamy stare kąty: chaty, stodoły i spichrze. Podziwiamy zbiory narzędzi gospodarskich i rolniczych, kuźnię i cudowny wiatrak-koźlak. Ale najwięcej radości – szczególnie milusińskim: pięciolatkowi Maksiowi, oraz sześciolatkom Agnieszce i Juli przynosi wizyta u owieczek i kóz. Specjalny entuzjazm wywołuje kudłaty capik Kuba wyłudzający smakołyki. Dzieciaki na wyścigi podrzucają mu zieleninę.
Zapewniwszy p. Wojtka, że powrócimy do tak przyjaznego zakątka odtrąbiamy odwrót. A przy obiedzie mała niespodzianka. W sąsiedniej salce bawią się weselni goście niemrawo wznosząc toasty na cześć nowożeńców. Pokażemy jak trzeba śpiewać „sto lat” i pod batutą Reni Kapustowej huknęliśmy zgodnie toast. I…… nawet nam nie podziękowano. Eh, ginie tradycja w narodzie! Ale nic to. Mamy swoje niespodzianki. Renia i Adam Kapustowie zapraszają nas na grilla, będą kiełbaski i pyszny chlebuś. Bawimy się świetnie! Są wspólne śpiewy [Najważniejsze, ze Adam przystojny] dowcipy w wykonaniu Adama i Zbyszka i oczywiście niezawodne duety i solówki Lidki i Pawła. Wieczór tak szybko upływa….
Dzień trzeci.
Nieco luzu, czyli zajęcia własne. Część weekendowiczów idzie do kościoła, cześć wygrzewa się na słoneczku, lub wybiera spacerek. Pełna swoboda. Po obiadku pakowanie, ostatnie pogwarki i czas wymarszu. Lżejsze o jedzonkowe zapasy bagaże ponownie pod opieką Mariana jadą na stację kolejową a my z żalem opuszczamy przyjazne Karpicko. Bo i pogoda dopisała i humory także.
Nostalgiczny Zaniemyśl – 29 lipca
Tak niedawno szukaliśmy pierwszych oznak wiosny a tu już środek lata i jakby ku jesieni szło. A może to za sprawą pogody, szaro, mgliście i nieomal jesiennie.
16 harcowników i 15 spacerowiczów wybrało się do Zaniemyśla. Harcownicy mieli pokonać 15 km a spacerowicze przyjechać autobusem. W cichości ducha marzyliśmy o pluskaniu w jeziorze i poleniuchowaniu w słonecznym ciepełku. A tymczasem powietrze było aż gęste. Nieruchomo stało w dusznej wilgoci. Na polach zżęte zboże w malowniczych pryzmach i ołowiane niebo zaczepiające o wierzchołki drzew. Tupaliśmy dzielnie, ciesząc się, ze przynajmniej komary i wszelakiego rodzaju żarłoczny drobiazg nas nie obsiada. I chyba najszczęśliwszy był Arguś cudowny labrador w służbie Mariusza.
Stanęliśmy na krótki popas na przesmyku pomiędzy dwoma jeziorami i zaczęły się psie harce w wodzie z prychaniem, otrząsaniem i pływaniem stylem ogonkowym. A ludzie stali i zazdrościli, oj jak zazdrościli. W końcu psiak dał się namówić na wyjście z wodnej kipieli i acz niechętnie powędrował dalej.
Pogłaskaliśmy naszego przyjaciela, sękaty, stary, ale jary dąb „Dziadek”, który ma się dobrze i nadal tajemniczo szumi pradawne klechdy i opowieści. A nas złapał deszcz. Duże rzęsiste krople zamgliły krajobraz, tak, że trzeba było wyciągnąć pelerynki i pałatki.
Spacerowiczom wiodło się nie lepiej. Na Wyspie Edwarda nudy na pudy i tylko sympatyczny kot pomrukiwał konspiracyjnie.
Małe, co nieco w ośrodku, trochę gawęd pod ogródkowymi parasolami i wymarsz kapturów i plecaków – tym razem do poznańskiego autobusu.
Ale nóżki nie zardzewiały. A o to przecież chodziło.
Polańczyk – 3 – 16 września
Wstęp, czyli zaczynamy bieszczadzką przygodę.
2.IX. O 23 wyznaczamy spotkanie na Dworcu zachodnim, sprawne ładowanie do kuszetek i jazda do Przemyśla, potem autobusem do Polańczyka-Zdroju. Pogoda zachęcająca. Instalujemy się w sanatorium Amer-Polu. Warunki zakwaterowania znakomite – pokoje dwuosobowe z pełnym węzłem sanitarnym. Wieczorem tradycyjnie omawiamy plan pobytu, który zapowiada się atrakcyjnie. Ale nie uprzedzajmy faktów. Krótka informacja na temat regionu pozwala na wstępną orientację w planowaniu wypadów.
Bieszczady czyli “Beschad alpes Poloniae” wymieniane są po raz pierwszy w 1269 r. w węgierskim dokumencie dotyczącym przebiegu granicznego grzbietu górskiego ponad Jaśliskami. Długosz nazywał je “Beyszkod”. W XV i XVI w. używa się nazw Byesczad, Byeskad, Byesczadi czy Beskidy. Nazwy te zawsze oznaczały działy graniczne (w domyśle granica Polski i Węgier).W czasie wędrówki ludów przeszli przez te tereny Chorwaci, a od XI do XIV wieku były to ziemie sporne pomiędzy Polską, Rusią a Węgrami. Dopiero w 1340 r. Kazimierz Wielki włączył na stałe Bieszczady w skład Ziemi Sanockiej. Pod koniec XIV w. duże połacie ziem przypadły rodom Kmitów i Balów, które kolonizowały tereny nad Sanem i Hoczewką. Od XV stulecia zakładane były nowe osady na tzw. prawie wołoskim, zasiedlane przez przybyłych z południowych Karpat i Bałkanów pasterzy pochodzenia wołoskiego. Bieszczady przez długie wieki pozostawały na uboczu spraw wielkiego świata, rozgrywających się na terenie Rzeczypospolitej. Życie tutejszej ludności było dość prymitywne. Hodowano bydło i woły sprzedawane na targach w LutowiskachLutowiskach , Baligrodzie i Bukowsku. Wypalano węgiel drzewny, istniały dwie huty żelaza w CisnejCisnej i Rabem. Od XIX wieku rozpoczęto masową eksploatację bieszczadzkich lasów oraz (na obrzeżach regionu) wydobycie ropy naftowej. W XIX w. w Bieszczadach przebywali znani pisarze A. Fredro, Z. Kaczkowski, W. Pol. W czasie I Wojny Światowej na przełomie 1914/15 r. front dwukrotnie przeszedł przez Bieszczady. Szczególnie ciężkie walki toczyły się w rejonie Wysokiego Działu. Pozostały po nich zarośnięte już dziś cmentarze na Chryszczatej i Magurycznem. W 1918r. doszło do kilku starć pomiędzy ukraińskimi oddziałami Semena Petlury a polską samoobroną. W okresie międzywojennym nastąpiło znaczne uaktywnienie się ludności ukraińskiej w duchu narodowym. Z chwilą wybuchu II Wojny Światowej działania w Bieszczadach ograniczyły się do wysadzenia przez polskich saperów wylotu tunelu kolejowego na Przeł. Łupkowskiej. Przełęcz tę Niemcy przekroczyli dopiero 12 września zajmując niemal bez oporu cały region. Po zakończeniu kampanii wrześniowej Niemcy i ZSRR podzieliły między siebie Bieszczady przeprowadzając granicę wzdłuż linii Sanu. Po 22 czerwca 1941 r. całe góry znalazły się pod okupacją niemiecką. W czasie wojny działały tu oddziały partyzantki AK, BCh oraz oddziały samoobrony i partyzantka sowiecka. W 1940 r. istniał stały szlak przerzutowy na Węgry. Z końcem 1944 r. wojska IV Frontu Ukraińskiego wyparły Niemców z terenu Bieszczadów, a w 1945 r. dostał się on w niepodzielne władanie oddziałów UPA. Ciężkie walki oddziałów polskich z ukraińskim podziemiem trwały do końca 1947 r. Zakończyły się operacją “Wisła”operacją “Wisła” w trakcie, której obok szeregu działań militarnych prowadzono też systematyczne wysiedlanie ludności ukraińskiej na Ziemie Odzyskane i do ZSRR. Bieszczady wyludniły się wówczas niemal zupełnie. Dnia 15 lutego 1951 r. doszło do zawarcia umowy o wzajemnej wymianie terytoriówumowy o wzajemnej wymianie terytoriów . Polska została zmuszona do oddania 480 km2 tzw. “kolano Bugu”, czyli obszar po lewej stronie Bugu na zachód od Sokala między Sołokiją a Bugiem, w zamian otrzymała obszar o tej samej powierzchni w rejonie Bieszczadów z małymi miasteczkami Ustrzyki DolneUstrzyki Dolne i LutowiskaLutowiska .
Wymiana ta spowodowana została odkryciem na terenie polskim pokładów węgla kamiennego. Po uzyskaniu wspomnianego obszaru Związek Radziecki wybudował tam kilka kopalni węgla o przeciętnej rocznej zdolności wydobywczej ok. 15 mil. ton. Ponadto obszar ten charakteryzował się dobrymi glebami. Polska otrzymała natomiast obszar górski o słabych glebach i wyczerpanych złożach ropy naftowej. Po zagospodarowaniu w ciągu lat stał się on jednak bardzo atrakcyjny turystycznie, a z czasem wybudowano na nim zaporę wodną na Sanie w Solinie, mającą także znaczenie gospodarcze ze względu na umiejscowioną tam elektrownię wodną.
Po roku 1956 powróciła część rdzennej ludności tych terenów. Lata pięćdziesiąte to powstanie szeregu osad leśnych. W roku 1962 oddano do użytku dużą obwodnicę bieszczadzką: LeskoLesko – CisnaCisna – Ustrzyki Grn.Ustrzyki Grn. – Ustrzyki Dln.Ustrzyki Dln. oraz zaporę w Myczkowicach. Również w latach sześćdziesiątych wybudowano drogę Hoczew – Czarna zwaną małą obwodnicą bieszczadzką, drogę Zagórz – KomańczaKomańcza oraz zaporę w Solinie.
Na podstawie przewodnika Bieszczady
Dzień pierwszy – poniedziałek 03 09
Zapoznajemy się z Polańczykiem i okolicami. A jest co podziwiać, bowiem Polańczyk (gmina Solina) to miejscowość wypoczynkowa leżąca na skraju Bieszczadów, nad Jeziorem Solińskim, w jednym z najpiękniejszych zakątków Polski.. Z uwagi na swoje położenie Polańczyk jest dużym i znanym ośrodkiem sportów wodnych. Sam Polańczyk-Zdrój, gdzie znajduje się największy w Bieszczadach kompleks sanatoriów i domów wczasowych leży na wąskim półwyspie, głęboko wcinając się w wody Jeziora Solińskiego, na tzw. Cyplu Polańczyka. Polańczyk – Zdrój zwany również „bieszczadzkim kurortem” w 1974 roku uznany został za miejscowość uzdrowiskową. Do jego głównych walorów leczniczych należą warunki klimatyczne oraz występujące tam wody mineralne: wodorowo-chlorkowo-sodowe, wodorowo-węglanowo-chlorkowo-sodowe, oraz wodoro-węglanowochlorkowo-bromkowo-jodowe. Klimat, jaki tu panuje to klimat podgórski, z dominacją cech klimatu kontynentalnego. Lasy w Gminie Solina stanowią 70,5% jej powierzchni. Są to głównie lasy bokowo-jodłowe, z domieszką szarej olchy, modrzewia, jaworu, grobu i osiki a także cisa i brzozy.
Atrakcją są wędrówki piesze, rowerowe, wędkarstwo, jazda konna, wypożyczalnie sprzętu wodnego rejsy statkiem po Jeziorze Solińskim, ośrodek lotniarski, ośrodek szybowcowy (w Bezmiechowej), zimą – wyciągi narciarskie. Poza tym znajduja się liczne zabytki kultury ludowej, sakralnej oraz architektury. Do najciekawszych zaliczyć można grecko-katolicką, murowaną cerkiew z 1907 roku (obecnie znajduje się w niej kościół), plebanię również z 1907 roku oraz kaplicę cmentarną z 1909 r. W cerkwi na szczególna uwagę zasługuje ikona Matki Boskiej z Dzieciątkiem z XVIII wieku czczona jako cudowna już 1756 roku.
Atrakcją turystyczną jest ponad stuletnia górska kolejka wąskotorowa, nazywana potocznie „bieszczadzką ciuchcią”, natomiast piesze wędrówki po Bieszczadach ułatwiają liczne i bardzo dobrze oznakowane szlaki turystyczne.
Polańczyk jest przepiękną miejscowością. Na nasłonecznionym stoku, schodzącym łagodnie do wód zalewu solińskiego znajduje się 5 sanatoriów, 3 domy wypoczynkowe oraz 3 hotele. Są także pensjonaty, gospodarstwa agroturystyczne i pola namiotowe. W Polańczyku, w okresie sezonu turystycznego organizowanych jest wiele imprez kulturalno rozrywkowych, np. „Solińskie Lato”, „Żeglarskie Szanty”, czy „Polonijny Festiwal Dziecięcych Zespołów Folklorystycznych”.
My świadomie zrezygnowaliśmy z pobytu w sezonie. Jesienią góry są kolorowe a szlaki mniej uczęszczane. Nad jeziorem nasza sympatyczna maskotka labrador argus pracujący na rzecz Mariusza robi pokaz umiejętności pływackich stylem ogonkowym, co zostaje uwiecznione na specjalnej sesji zdjęciowej. Po obejrzeniu atrakcji Polańczyka mała degustacja miejscowych specjałów.
Wieczorem wspólne śpiewy nie tylko repertuaru turystycznego oraz dosiadanie harley’a. Wielka ta maszyna posłużyła jako tło do zdjęć rajdowców z laską.
Dzień drugi – wtorek 04 09
Radykalna zmiana aury, leeeje. Wprawdzie mamy wycieczkę autokarową Pętlą Bieszczadzką, ale żal zamokłych widoków za oknem. Tę stratę nieco rekompensuje Agnieszka = przewodnik bieszczadzki, ciekawie opowiadająca o miejscach i ludziach. Z jej opowieści zapamiętanych na tej i innych trasach będę korzystać w dalszych opowieściach. Tymczasem mamy w planie zwiedzanie Muzeum Przyrody w Nowosiółkach, Baligród, Cisna, Czarna, Wołkowyja, Połoniny.
Bies i Czady – legenda
Bardzo dawno temu, kiedy kraina gór, lasów i połonin była bezludna i dziewicza, panował na niej Zły-Bies. Z postaci był podobny do człowieka, choć większy i rogaty. U ramion miał wielkie nietoperzowe skrzydła. Zły był zazdrosny o swoją ziemię i nie chciał z nikim się nią dzielić. Jako absolutny władca nie pozwalał dłużej się zatrzymywać w tych górach ani pasterzom, ani kupcom. Pewnego razu przywędrowało tu z daleka plemię, któremu przewodził młody, silny i mądry San. Dzika kraina spodobała się przybyszom. Postanowili osiąść tu na stałe. Zbudowali chaty i założyli wieś nad największą rzeką. Nie mógł znieść Bies, że zakwitło życie w jego dotychczas bezludnym królestwie – rozgniewany, przeszkadzał przybyszom, jak tylko mógł. Tam, gdzie wykarczowali drzewa, sadził nowe, do zagród z owcami wpuszczał wilki, na poletka napędzał dzikie zwierzęta, aby tratowały zbiory. Ludzie zaczęli narzekać, ale San urzeczony pięknem tej krainy, tak ją pokochał, że postanowił wytrwać i innych zachęcał, by nie uciekali porzucając domy i dobytek. Bies, gdy przekonał się, że nie może tych twardych ludzi pokonać w pojedynkę, stworzył sobie pomocników – Czadów. Wyczarował ich tyle, ile starych drzew w lesie. Były to pokraczne ludziki, ruchliwe, psotne i wesołe – szkodziły ludziom, ile tylko mogły. Na rozkaz Biesa ze złośliwą uciechą rozganiały pasące się na połoninach bydło, tańczyły w zbożu niszcząc wszystko, co było zasiane ludzką ręką. Straszyły dzieci w kołyskach, budziły ludzi spoczywających po ciężkim dniu pracy, dosypywały gospodyniom piasku do zupy, chowały drwalom siekiery. Złośliwe były i przebiegłe, wyliczanie ich “sprawek” mogłoby jeszcze trwać. Życie plemienia stało się jeszcze cięższe. San poprzysiągł, że pokona złe siły.
Pewnego dnia, kiedy w lesie pracował dłużej niż najsilniejsi drwale, po ścięciu starego buka usłyszał krzyk, a potem cichutkie jęki i skargę wydobywającą się spod ciężkiego pnia. Gdy San pochylił się, zauważył pokracznego Czada przywalonego drzewem, proszącego o darowanie życia. Dobry San uwolnił Czada. Wdzięczny za ocalenie duszek wyznał, że on i jego bracia nie lubią czynić zła, ale są do tego zmuszani przez Biesa. Teraz, kiedy przekonał się o wspaniałomyślności ludzi, postanowił nie tylko im nie szkodzić, ale pomagać. Obiecał, że jako najstarszy w rodzie namówi do tego swych braci. Odtąd te małe stworzenia polubiły ludzi i pomagały im, jak tylko umiały. Pilnowały i zabawiały swymi psikusami dzieci, chroniły domy, pokazywały drogę w lesie, rozśmieszały nawet najbardziej nieszczęśliwych, rąbały drzewo do pieca. Ludzie odwdzięczali im się miseczką mleka i dobrym słowem.
Sielanka nie trwała długo, bo wnet dowiedział się o sprzeniewierzeniu swych pomocników pan tej ziemi – Zły Bies. Zwołał wszystkie Czady i zapowiedział, że albo będą trzymały z nim, albo je unicestwi tak samo jak je stworzył. Przerażone Czady przybiegły do Sana – chciały żyć, a nie chciały szkodzić ludziom. Podczas długiej narady najstarszych i najmądrzejszych członków plemienia Czady podały sposób, jeden jedyny, przy pomocy, którego można zwyciężyć Złego. Pokonać go może najsilniejszy z ludzi i tylko o świcie, kiedy Bies odpina czarodziejskie skrzydła i pozbawiony czarodziejskiej mocy kąpie się w najpłytszym miejscu najszerszej rzeki tej ziemi. Bez skrzydeł nie może czynić czarów, ale i tak jest ponadludzko silny. San przemyślał radę Czadów i wezwał Biesa na pojedynek o poranku, kiedy czarodziejskie skrzydła leżały na brzegu rzeki.
Bies roześmiawszy się złośliwie na widok człowieka z toporem stającego mu naprzeciw, nie próbując nawet sięgać po nietoperzowe skrzydła, ruszył do walki. San i Bies zmagali się od świtu do zmroku. Człowiek słabł coraz bardziej, a Bies zdawał się nie czuć zmęczenia. Na brzegu walkę śledziło całe plemię i wszystkie Czady. Kiedy Bies zrozumiał, że znalazł godnego sobie przeciwnika i przerażony myślą, że może przegrać, spróbował schwycić i przypiąć magiczne skrzydła. Wtedy to stary Czad, odwdzięczając się Sanowi za uratowanie życia, wrzucił je do rzeki. W tym momencie San walczył już ostatkiem sił. Dziwny czar tkwił w diabelskich skrzydłach, rzeka zyskała całą moc Biesa. Woda nagle wzburzyła się i zmętniała. Wartki, pienisty nurt porwał obu przeciwników. Zatonął w rozszalałej rzece Bies, który nie umiał pływać, ale i nie uratował się, osłabiony walką, San. Gdy następnego dnia wody opadły, na dnie rzeki ludzie znaleźli splecione ze sobą w śmiertelnym uścisku dwie postacie.
Oddając hołd odwadze i waleczności swego wodza, osadnicy nazwali jego imieniem wielką rzekę. I w ten sposób pozostał – tak jak tego pragnął – dzielny San na ziemi, którą pokochał. Góry, przez które przepływa ta rzeka, nazwali Bies-Czadami, od imienia ich złego władcy i psotnych duszków.
Podobno Czady można spotkać tu i dzisiaj, ale że i starych drzew, w których dziuplach mieszkają, jest już mniej, to i duszki te spotyka się rzadziej. Czady czuwają nad pięknem tej polskiej krainy. Na wędrowców rzucają słodki czar, który sprawia, że nie można zapomnieć jej uroku. Dlatego też w Bieszczady przyjeżdża się tylko raz, potem się tylko wraca.
Wielka (duża) pętla bieszczadzka – potoczna nazwa samochodowej i rowerowej trasy turystycznej w polskiej części BieszczadówBieszczadów i Gór Sanocko-TurczańskichGór Sanocko-Turczańskich . Za punkt startowy wielkiej pętli bieszczadzkiej uważa się LeskoLesko . Długość wielkiej pętli bieszczadzkiej wynosi 144 km. Droga ma wiele odcinków z pięknymi widokami na góry i łączy miejscowości obfitujące w zabytki i atrakcje turystyczne. Przebiega przez Ciśniańsko-Wetliński Park KrajobrazowyCiśniańsko-Wetliński Park Krajobrazowy , Bieszczadzki Park NarodowyBieszczadzki Park Narodowy , Park Krajobrazowy Doliny SanuPark Krajobrazowy Doliny Sanu i Park Krajobrazowy Gór SłonnychPark Krajobrazowy Gór Słonnych . Wielka pętla bieszczadzka pokrywa się częściowo z małą pętlą bieszczadzkąmałą pętlą bieszczadzką .
Pierwszy etap Nowosiółki. Wieś przy szosie z Hoczwi do Baligrodu (ok. 350 mieszk.). Autobusy jak z Baligrodu. Nowosiółki powstały w XVI w. w dobrach Balów jako przysiółek Zahoczewia o nazwie Nowosielce, która oznacza oczywiście miejsce nowo zasiedlone. Od 1659 r. były już znane jako samodzielna wieś. W 1921 r. liczyły 101 domów i 576 mieszkańców (437 grek., 103 rzym., 35 mojż., 1 ewang.). Po II wojnie światowej wysiedlono ukraińską część ludności. Jako ciekawostkę Agnieszka opowiedziała następujące zdarzenie. „W latach siedemdziesiątych wierni z Nowosiółek bezskutecznie starali się o zgodę na budowę kościoła. Zdecydowano się budować bez zezwolenia. Na parceli przeznaczonej na kościół zasiano kukurydzę, a gdy urosła, pod jej osłoną, w odległości ok. 30 m od szosy wykonano potajemnie fundamenty. Wszystkie elementy drewnianej świątyni były zawczasu przygotowane. W sobotę 2 sierpnia 1975 r. koło godz. 22 zaczęły nadciągać grupy ludzi z całej parafii, około północy było ich ponad pół tysiąca. (…) Noc była wyjątkowo ciemna i mglista. Tempo pracy zadziwiające, budowla rosła w oczach. Oświetlenie dla pracujących stanowiły kieszonkowe latarki elektryczne. Gdy ukazywały się w oddali światła samochodów, zawiadamiały o tym czujki obserwatorów i lampki gasły. Dzięki czujności ludzi budowy nie zauważył milicjant patrolujący w nocy dwukrotnie ten odcinek drogi. (…) O godz. 7 rano praca była z grubsza zakończona. Do godz. 11 szklono okna i dokonywano poprawek. Około godz. 9 przyjechała milicja z Leska i Baligrodu, nakazując ludziom zaprzestać pracy, ale nikt jej nie słuchał. O godz. 11 ks. J. Jakubowski wśród ogólnego wzruszenia wszystkich licznie zebranych parafian odprawił w nowo zbudowanym kościele pierwszą mszę św.”
We wsi ponadto zachowała się murowana kaplica greckokatolicka p.w. śś. Piotra i Pawła z 1912 r. i kilka starych drewnianych chat.
My zwiedziliśmy Muzeum Przyrodnicze i Łowiectwa „Knieja” ze zbiorami bieszczadzkiej fauny: niedźwiedzie, wilki, jelenie karpackie, rysie, żbiki, dziki, borsuki bobry a także duże ptaki drapieżne
Dalej trasa wiedzie do Baligrodu. To dawny gród rycerskiego rodu Balów kolonizujących od XV w. doliny rzek Hoczewki i Solinki. Miejscowość wzmiankowana w 1463 r. posiada pasjonującą przeszłość. W latach 1610 – 1919 było to miasto słynące ze składu win węgierskich i targów bydłem. Mocno zniszczone podczas I i II wojny światowej utraciło prawa miejskie i jest dziś siedzibą władz samorządowych. Posiada cmentarz wojenny, pomniki w miejscach martyrologii, cmentarz żydowski „kirkut”, cerkiew unicką w ruinie, stary i nowy kościół rz. kat. Gmina Baligród usytuowana jest w malowniczych dolinach Jabłonki, Hoczewki i ich dopływów w całości znajduje się na terenach chronionych tj. w Ciśniańsko-Wetlińskim Parku Krajobrazowym i Wschodniobeskidzkim Obszarze Chronionego Krajobrazu. Jej obszar o pow. 158 km2 w 75 % pokryty drzewostanem posiada duże kompleksy leśne o krajobrazach pierwotnych i charakterze puszczańskim. Znalazły w nich schronienie liczne duże ssaki, m.in. żubry, niedźwiedzie, wilki, jelenie karpackie, rysie, żbiki, dziki, borsuki bobry itp., duże ptaki drapieżne oraz liczne gatunki ptaków, płazów, gadów i owadów. My zatrzymujemy się przy cmentarzu poległych w bratobójczych walkach i przy pomniku gen. K. Świerczewskiego. Pod strugami deszczu wracamy do autokaru. Następny postój Cisna. Cisna to duża osada nad Solinką u podnóża Łopiennika (1069 m) przy skrzyżowaniu dużej obwodnicy bieszczadzkiej z drogą karpacką (prowadzącą przez Duklę i Żmigród do Gorlic) i popularna dziś miejscowość wczasowa. Wieś lokowana na prawie wołoskim przed 1552 r. w dobrach Balów, na starym szlaku handlowym wiodącym z Sanoka ku Przełęczy nad Roztokami w stronę Humennego nosiła nazwę „Czyasna”. Szlak ten znany był już w czasach rzymskich. Potwierdzają to liczne znaleziska i dwie monety z czasów Hadriana. W 1567 r. osadnicy zagospodarowali już 1 łan ziemi. W połowie XVII wieku jej właściciel Samuel Bal, rotmistrz królewskiej chorągwi za własne pieniądze wybudował tu groblę i drogę przez wieś, a następnie pobierał myto od przewożonych towarów na Węgry. W 1648 r. szlachta ziemi sanockiej powierzyła mu „obronę domową” od opryszków węgierskich rabujących nieustannie te okolice. 100 jeźdźców zorganizowanych dla ścigania opryszków stacjonowało w Sanoku. Osada dużym zniszczeniom uległa w 1672 r. podczas najazdu tatarskiego. W całej wsi ocalały tylko 2 domy, a mieszkańców wraz z dobytkiem najeźdźcy uprowadzili do niewoli. W 1816 r. – po okresie wojen napoleońskich – „liczyła 28 domów, 41 rodzin i 145 mieszkańców. Wśród nich było 77 kobiet i dziewcząt, 30 mężczyzn żonatych, 38 nieżonatych i wdowców, 2 urzędników, 4 rzemieślników, (brak księdza i szlachty), 13 chłopów zdolnych do służby wojskowej, 17 niezdolnych, 26 chłopców w wieku do 14 lat i 6 młodzieńców od 15 do 17 lat. Inwentarz stanowiły 4 konie (2 klacze i 2 wałachy), 18 wołów i 22 krowy. We wsi w ogóle nie było ogierów i owiec”. Okres świetności przeżywała Cisna w pierwszej połowie XIX w., kiedy ówczesny właściciel Jacek Fredro, ojciec sławnego komediopisarza, zorganizował tu hutę żelaza i zakład metalurgiczny wyposażony we fryszarkę, odlewnię i kuźnię o napędzie wodnym ( działał do 1864 r. ). Wyrabiano m.in. krzyże nagrobne, piece żelazne, narzędzia, drobne przedmioty użytkowe.
Na skutek działalności huty i związanego z tym napływu specjalistów Cisna stała się znaczącym skupiskiem polskim i ze zwykłej wsi przekształciła się w ruchliwą osadę przemysłowo-handlową. Wśród mieszkańców można było znaleźć przybyszów z najodleglejszych zakątków monarchii Habsburgów. W 1833 roku przybył tutaj do dworu zarządzanego przez Kaczkowskich znany poeta Wincenty Pol i uczestniczył w wyprawie na wschód Słońca na Łopienniku. Powstała wówczas „Pieśń o ziemi naszej”. 18 lutego 1846 r. do punktu zbornego w Cisnej przybył mjr Jerzy Bułharyn, wojenny naczelnik Sanockiego i dzierżawca wsi Hrabowa Roztoka leżącej po węgierskiej stronie pasma granicznego. Sformował on z pracowników huty oddział, który poprowadził na Sanok rozbrajając po drodze placówki straży skarbowej i łącząc się z innymi grupami powstańczymi. Do Zahutynia dotarło 180 powstańców, lecz nie doszło do ataku na Sanok, ponieważ nie dotarły inne umówione oddziały wskutek wystąpień zbuntowanych chłopów. Bułharyn z grupką 20 zbrojnych wrócił 22 lutego do Cisnej i przekroczył granicę węgierską w Roztokach.
Po I wojnie światowej w 1921 r. w Cisnej było „46 domów i 416 mieszkańców. (132 greko-katolików, 166 łacinników i 118 Żydów wyznania mojżeszowego”. Po II wojnie światowej miejscowość przeżywała chwile grozy. Dochodziło tu do zaciętych walk polskiej grupy samoobrony, a następnie milicji i żołnierzy WOP z sotniami UPA. Po wysiedleniach ludności ukraińskiej we wsi pozostało zaledwie 30 polskich rodzin. Rozpoczął się kolejny okres odbudowy ze zniszczeń powojennych. Na starym ciśniańskim cmentarzu, leżą na równi wyznawcy obu chrześcijańskich obrządków. Tutaj znajduje się najstarszy nagrobek w Bieszczadach z zachowaną datą: Antoniego Kwiecińskiego i jego wnuczki, którzy zmarli na cholerę w 1842 r. Wyróżnia się także grobowiec Meinardich, potomków jednego z włoskich budowniczych bieszczadzkiej kolejki, który osiadł w tych stronach na stałe. Rodzina Meinardich mieszka w Cisnej do dziś. Obiektem, który w Cisnej najbardziej przyciąga uwagę jest pomnik żołnierzy i milicjantów poległych w walkach z UPA, wznoszący się na wzgórzu Betlejemka ( zwanym też Kamionką ), tuż przy centralnym skrzyżowaniu. Wokół pomnika zrekonstruowano drewniano – ziemne umocnienia, w których polska załoga Cisnej odpierała ataki Ukraińców.
My zrobiliśmy popas w słynnej za sprawą M Hłaski karczmie „Siekierezada” pełnej przepieknie rzeźbionych postaci bieszczadzkich diabłów. Mimo diabelskiego sąsiedztwa jedzenie było smaczne, co poprawiło nam humory.
Następny postój w Czarnej. To miejscowość wczasowo-uzdrowiskowa położona nad potokiem Czarnym u zbiegu małej i dużej obwodnicy bieszczadzkiej w malowniczej dolinie u podnóża Pasma Ostrego (803 – 846 m). My zwiedziliśmy byłą unicką trójdzielną cerkiew par. p.w. św. Dymitra Męczennika z 1834 drewnianą z fragmentem ikonostasu cofniętym na ścianę i zabytkowym wyposażeniem z XIX w (obecnie kościół rz. kat par. p.w. Podwyższenia Krzyża Świętego.)
Wolno przejeżdżamy przez Wołkowyję. Nie ma już czasu na zwiedzanie. Poza tym nadal leje. Jest to miejscowości ok. 414 m n.p.m.) jest dużą wsią rolniczo-letniskową położoną w malowniczej dolinie u podnóża widokowego szczytu Plisz (583 m) przy ujściu potoku Wołkowyjka do Solinki (obecnie do Jeziora Solińskiego).
Lokacja wsi nastąpiła przed 1463 r. na prawie wołoskim w dobrach Balów z Hoczwi, a pierwszym osadnikiem był kniaź Petrus. Ok. 1728 r. Justyna ze Żmigrodu Stadnicka (wdowa po Stefanie Balu), żona Hieronima Orzechowskiego ufundowała we wsi pierwszy kościół rzymsko-katolicki jako kaplicę filialną dla parafii w Hoczwi. Uposażenie kościoła powiększyli w 1772 r. bracia Antoni, Piotr i Ignacy Krasiccy z Leska i dzięki ich staraniom erygowano tutaj parafię. W roku 1842 wzniesiono nowy kościół, a w 1880 r. do parafii rzymskokatolickiej należało 28 wsi. Świątynia ta przetrwała do 1967 r. tj. do chwili rozebrania przed spiętrzeniem wód zalewu solińskiego. Rozebrano wówczas także grecko-katolicką cerkiew parafialną z 1833 r. ufundowaną przez władykę przemyskiego Grzegorza Jachimowicza, chociaż zalew do niej nie sięgał. Niespokojne lata po pierwszej i drugiej wojnie światowej zmuszały Polaków do organizowania sił samoobrony. W 1919 r. powstał tutaj polski oddział samoobrony pod dowództwem Karola Czternastka, w 1943 r. oddział samoobrony pod dowództwem por. Józefa Pawłusiewicza (wszedł on jako 4 kompania w skład oddziału partyzanckiego kpt. „Muchy”-Kunickiego rozformowanego po wyzwoleniu. Od maja 1946 r. stacjonował we wsi 200-osobowy oddział Wojsk Ochrony Pogranicza i osłaniał ludność okolicznych wsi przed atakami sotni UPA. Po spiętrzeniu wód Jeziora Solińskiego w 1968 r. wieś zmieniła częściowe swe położenie. Dziś jej zabudowa rozciąga się głównie w dolinie potoku Wołkowyjka wzdłuż bocznej drogi do Górzanki.
Legenda o Wołkowyji.
Nazwę swą miejscowość wzięła od pewnego zdarzenia. Leśnik tu osiadły został pilnie wezwany do Leska, gdzie udał się piechotą. Pozostawił ciężarną żonę pod opieką ich małego synka. Nagle pogoda zmieniła się i rozszalała się zamieć. Biedne dziecko pozostawione z rodzącą matką w leku o życie ojca, któremu zagrażały stada głodnych wilków zaczęło się modlić do Matki Boskiej o ochronę zarówno chaty pozostawionej bez opiek a także ojca walczącego z zamiecią na leśnych duktach. Wokół słychać było żałosne wycie głodnych zwierząt. Modlitwa została wysłuchana, bowiem wilki nie uczyniły krzywdy ani leśnikowi ani jego rodzinie. Bohaterowie historii dawno odeszli, lecz nazwa pozostała.
Smętny rzut oka na zalaną deszczem Połoninę Waryńska, na której „niedźwiedzie warzą piwo” Tak się z niej dymi. Obok Połoniny Wetlińskiej z pewnością zasługującą na uwagę, nieco wyższa Połonina Caryńska, której grzbiet rozciąga się na długości przeszło czterech kilometrów i składa z czterech wierzchołków. Połonina Caryńska wzięła swą nazwę najprawdopodobniej od słowa “tara”, co oznacza z rumuńskiego pole, ziemię – bądź z rumuńskiego “car”, co można tłumaczyć jako miejsce leżące powyżej uprawianej ziemi (roli). Choć zielona jak klejnot, możemy jedynie pomarzyć o wejściu na nią. W nostalgicznym nastroju kończymy objazd pętli.
Dzień trzeci – środa 05 09
Jedziemy do Sanoka. Miasto powiatowe nad Sanem, główny ośrodek przemysłowy, handlowy i komunikacyjny regionu (ok. 40000 mieszk.). Największe zakłady przemysłowe Sanoka to Sanocka Fabryka Autobusów “Autosan” i Zakłady Przemysłu Gumowego “Stomil”. W mieście działa kilkanaście szkół średnich i zawodowych oraz liczne placówki kulturalne.
Historia Sanoka jest bardzo długa i burzliwa. Już we wczesnym średniowieczu stanowił ważny ośrodek osadniczy. Najpóźniej od IX w. istniał tu wczesnośredniowieczny gród, zlokalizowany w miejscu, gdzie później stanął sanocki zamek. Od czasu ukształtowania się ponadplemiennych organizmów państwowych aż do połowy XIV w. tereny obecnej Sanocczyzny należały do Rusi. Najstarsza znana wzmianka o Sanoku pochodzi z 1150 r. Pod tą datą Latopis Hipacki podaje informację, że król węgierski Gejza II, wyprawiwszy się przeciw księciu ruskiemu Włodzimierzowi, zajął Sanok i wziął do niewoli rządzącego w nim posadnika Jasza. 20 stycznia 1339 r. z łaski księcia halickiego Jerzego II Trojdenowicza Sanok otrzymał jako pierwsza osada w tej części Rusi prawa miejskie.
Osadżcą i wójtem zarazem był Bartko z Sandomierza. Uprawnienia sądowe wójta, określające, że ma on sądzić każdego człowieka, Niemca, Polaka, Węgra czy Rusina, wskazują na wielonarodową ludność miasta. W 1366 r. Kazimierz Wielki potwierdził prawa miejskie przyłączonego już do Polski Sanoka. Za jego panowania miasto rozwijało się szybko, dzięki dogodnemu położeniu na skrzyżowaniu traktów prowadzących na Ruś, Węgry i śląsk. Kolejne przywileje królewskie pozwalały odbywać coroczny tygodniowy jarmark, a na przejezdnych kupców nakładały obowiązek wystawiania w Sanoku towarów na sprzedaż. Wokół miasta wzniesiono mury obronne. Po śmierci Kazimierza Wielkiego Ruś Halicka, a z nią i Sanok, dostały się na kilkanaście lat pod panowanie węgierskie. Od 1372 r. władzę sprawował jako namiestnik książę Władysław Opolczyk, który sprowadził do Sanoka franciszkanów ze Lwowa. Wybudowali oni kościół i klasztor w południowo-wschodnim narożniku rynku.
W Sanoku istniała już wówczas szkoła parafialna, jedyna w Polsce poza Krakowem. Uczyli się w niej synowie mieszczan; wielu z nich kontynuowało naukę w Akademii Krakowskiej. W XV i XVI w. studiowało w Krakowie trzydziestu pięciu sanoczan, wśród nich słynny Grzegorz z Sanoka (ok. 1406-1477), pierwszy przedstawiciel renesansowej myśli filozoficznej w Polsce, oraz Jan Grodek, profesor na wydziale prawa i dziesięciokrotny rektor uczelni w latach 1540-52. W 1417 r. w sanockim kościele parafialnym odbył się ślub króla Władysława Jagiełły z Elżbietą Granowską z Pilczy. Małżeństwo to było źle widziane na dworze, to też przygotowano je w wielkiej tajemnicy i stąd zapewne wybór Sanoka na miejsce ceremonii. Panna młoda nie pierwszej młodości miała kilka małżeństw za sobą. Poza tym miała wielkie ambicje rządzenia i to nie mogło podobać się królewskim doradcom.
Na przełomie XIV i XV w. Sanok stał się stolicą jednej z pięciu ziem województwa ruskiego. Był również, aż do rozbiorów, siedzibą starostwa grodowego – ośrodka administracyjnego wszystkich wsi królewskich ziemi sanockiej. Tu sprawowano sądy grodzkie i ziemskie i przechowywano związane z nimi akta. W połowie XV w. starostwo sanockie otrzymała jako oprawę czwarta żona Jagiełły, królowa Zofia Holszańska, popularnie zwana Sonką. Mieszkała ona na zamku sanockim w latach 1435-61 po śmierci małżonka. Później starostami sanockimi bywali ludzie znaczący w dziejach Polski, między innymi Piotr Kmita (koniec XIV w.), Mikołaj Pieniążek (poł. XV w.), Mikołaj Wolski, marszałek wielki koronny (poł. XVI w.), Sebastian Lubomirski, twórca potęgi rodu Lubomirskich (II poło XVI w.).
W końcu XVI w. starostą został Jerzy Mniszech, ojciec słynnej Maryny-carycy. Jego przemyślność sprawiła, że do końca istnienia I Rzeczypospolitej starostami sanockimi bywali wyłącznie Mniszchowie (ośmiu kolejnych przedstawicieli rodu), wbrew zasadzie zabraniającej dziedziczenia królewszczyzn.
W 1470 r. król Kazimierz Jagiellończyk zarządził, że kupcy jadący z towarem z Węgier na Ruś i odwrotnie mają jechać przez Sanok i opłacać tam myto. Później miasto uzyskało dalsze przywileje, przyczyniające się do jego rozwoju. O dużej zamożności mieszczan sanockich świadczy dokument Zygmunta Starego z 1510 r., zezwalający na założenie wodociągu i przeprowadzenie go przez łany królewskie. Na sanockie jarmarki przypędzano co roku dwa tysiące koni i wołów. W latach 1523-48 w miejscu drewnianego grodu z XIV-XV w. powstał staraniem starosty Mikołaja Wolskiego zamek murowany.
W 1566 r. wielki pożar zniszczył prawie cały Sanok. Z trudem odbudowane miasto strawił kolejny pożar w 1606 r., potem przyszedł najazd Tatarów w 1624 r., wreszcie inwazja wojsk Rakoczego w 1657 r. Uchwała sejmikowa z 1689 r. stwierdzała, że Sanok z powodu najazdów i pożarów popadł w całkowitą ruinę.
W XVIIIw. miasto miało zabudowę mieszkalną wyłącznie drewnianą. W 1772 r. Sanok trafił pod panowanie austriackie. Dawne wsie królewskie starostwa sanockiego wcielono do skarbu państwa pod nazwą “dóbr kameralnych”. Od 1786 r. Sanok był siedzibą władz nowej jednostki administracyjnej – cyrkułu, obejmującego w przybliżeniu obszar dawnej ziemi sanockiej.
Podczas wojny z Austrią w 1809 r. do Sanoka dotarł niewielki oddział wojsk Księstwa Warszawskiego, które pod dowództwem księcia Józefa Poniatowskiego wkroczyły do Galicji. Na miejscu oddział powiększył się o ochotników zbieranych przez Ksawerego Krasickiego i Tadeusza Preka. Polskie siły były zbyt szczupłe, by stawić czoła przybyłym z odsieczą wojskom austriackim. Doszło do dramatycznej obrony zamku. Całkowicie okrążeni Polacy brawurowo przebili się przez linie austriackie. Ich komendant, Ksawery Krasicki, samotnie osłaniając odwrót, zjechał konno po niezwykle stromej skarpie do Sanu i przepłynął rzekę na oczach pościgu.
W I poło XIX w. pojawiły się w Sanoku pierwsze zakłady przemysłowe, m.in. w 1832 r. powstał warsztat kotlarski Walentego Lipińskiego i Mateusza Beksińskiego, który w kilkadziesiąt lat później miał się przekształcić w dużą, szeroko znaną Sanocką Fabrykę Wagonów. W 1848 r. rozpoczęła działalność drukarnia Karola Pollaka, znana miłośnikom dawnej książki z głośnej serii “Biblioteki Polskiej” propagującej dzieła klasyków polskich, głównie z XVI i XVII w. W drugiej połowie stulecia Sanok stał się dużym jak na owe czasy ośrodkiem miejskim, zwłaszcza po 1884 r., kiedy ukończono linię kolejową ze Stróży do Zagórza. Dużą rolę odegrało rozwijające się w okolicach kopalnictwo naftowe. W tym okresie zbudowano lub przebudowano większość istniejących dziś zabytków miasta. Utworzono szpital obwodowy, gimnazjum, sąd okręgowy i dyrekcję skarbu. W przeddzień wybuchu I wojny światowej Sanok liczył już blisko 12000 mieszkańców. W mieście rozwijało się życie kulturalne i patriotyczne. Istniały: czytelnia miejska, szkoła muzyczna, klub inteligencji sanockiej. W 1889 r. powstało Towarzystwo Gimnastyczne “Sokół”, a w 1903 r. Towarzystwo Upiększania Miasta Sanoka, które istnieje do dziś i wydaje wartościowy periodyk Rocznik Sanocki.
Także okres międzywojenny był dla rozwoju gospodarczego miasta bardzo korzystny. Uruchomiono fabrykę gumy, fabrykę broni i obrabiarek oraz wytwórnię akumulatorów. Miasto otrzymało wodociągi, oświetlenie elektryczne i gaz. W czasie wielkiego kryzysu ekonomicznego w Sanoku dochodziło do demonstracji. W marcu 1930 r. dwutysięczna rzesza bezrobotnych wzięła udział w tzw. “marszu głodnych”, podczas którego doszło do starć z policją. W 1939 r. Sanok obejmował obszar 1592 ha i liczył prawie 18000 mieszkańców.
W 1930 r. powstało w Sanoku muzeum ukraińskie “Łemkiwszczyna”, prowadzone przez zespół ukraińskich działaczy społeczno-kulturalnych, m.in. Leona Getza i Irenę Dobrzańską. W cztery lata później zawiązało się Towarzystwo Przyjaciół Ziemi Sanockiej, które natychmiast powołało do życia Muzeum Ziemi Sanockiej z siedzibą w zamku. Jego pierwszym kustoszem został Aleksander Rybicki, którego prywatne zbiory dały początek kolekcji muzeum. Po dwóch latach działalności muzeum miało już ponad 3000 eksponatów i składało się z pięciu działów.
Od początku okupacji hitlerowskiej istniał w mieście i okolicy dość silny ruch oporu. Pierwsze działania organizacyjne podjął już w grudniu 1939 r. kpt. “Czarny”. W 1943 r. obwód AK w Sanoku, dowodzony przez mjr. Adama Winogrodzkiego (ps. “Ordon”, “Korwin”), składał się z dziesięciu placówek terenowych. Najsilniejsza była komórka w Sanockiej Fabryce Wagonów, licząca 250-300 członków. W 1942 r. Niemcy rozpoczęli masowe mordy ludności żydowskiej. Kilka tysięcy Żydów z całego powiatu umieszczono w obozie w Zasławiu, a później rozstrzelano. Kolejne kilka tysięcy zamordowano w Bełżcu. W czasie całej okupacji niemieckiej straciło życie 7458 obywateli Sanoka, w znakomitej większości Żydów. Sanok zajęły wojska sowieckie po kilkudniowych walkach w dniu 9 sierpnia 1944 r.
W 1958 r. największy zakład przemysłowy miasta, Sanocka Fabryka Wagonów, rozpoczął produkcję autobusów i zmienił nazwę na Sanocką Fabrykę Autobusów “Autosan”. Odbudowano i rozbudowano dawną fabrykę gumy, która dziś nosi nazwę “Stomil”. W połowie lat siedemdziesiątych powołano do życia Przedsiębiorstwo Górnictwa Nafty i Gazu obejmujące zasięgiem południowo-wschodnią Polskę. W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych wybudowano wiele nowych osiedli mieszkaniowych, głównie na rozległych błoniach nad Sanem, co niestety oszpeciło piękną sylwetkę starego miasta. Najnowszą inwestycją jest obwodnica umożliwiająca usunięcie ruchu tranzytowego z ulic śródmieścia.
W Sanoku zachował się średniowieczny układ urbanistyczny i znaczna część dawnej murowanej zabudowy przy rynku i sąsiednich uliczkach. W północno-wschodnim narożniku rynku znajduje się zespół kościoła i klasztoru 00. Franciszkanów. Zbudowano go w latach 1632-40 na miejscu drewnianych zabudowań, istniejących od końca XIV W., a gruntownie przebudowano po pożarze w 1872 r. Z okresu tej przebudowy pochodzi wyposażenie wnętrza kościoła. Ostro zakończona wieża kościoła Franciszkanów stanowi charakterystyczny element panoramy miasta oglądanej od południa.
Kościół parafialny p.w. Przemienienia Pańskiego przy ul. Grzegorza z Sanoka, z fasadą ozdobioną dwoma wysokimi wieżami, powstał w latach 1874-87 z fundacji proboszcza sanockiego ks. Franciszka Czaszyńskiego. Stoi na miejscu kilku kolejnych świątyń parafialnych; najstarsza istniała już w 1384 r. Najciekawszym obiektem we wnętrzu jest płyta nagrobna starosty sanockiego Sebastiana Lubomirskiego (zm. 1558) zachowana z wcześniejszego kościoła.
Zamek, położony na terenie dawnego grodu, na stromej skarpie, bardzo malowniczo prezentuje się z nadsańskich błoni. Z dawnego założenia obronnego pozostał tylko kamienny, piętrowy budynek główny na planie prostokąta, wzniesiony w latach 1523-48 przez starostę sanockiego Mikołaja Wolskiego. Gmach zdobią renesansowe obramienia okien. Wewnątrz założone w 1934 r. Muzeum Ziemi Sanockiej. Szczególnie godna uwagi jest kolekcja ikon, jedna z najbogatszych w Polsce, oraz obrazy Zdzisława Beksińskiego, światowej sławy współczesnego malarza, pochodzącego z sanockiej rodziny dawnych właścicieli fabryki wagonów.
W sąsiedztwie zamku murowana cerkiew p.w. Trójcy św. W tym miejscu stały także dwie poprzednie cerkwie sanockie. Obecna świątynia powstała jako greckokatolicka w 1784 r. Dziś pełni funkcję prawosławnej cerkwi katedralnej dla diecezji przemysko-nowosądeckiej. We wnętrzu ikonostas z II pot XIX w. i polichromia figuralno-ornamentalna z 1907 r.
We wschodniej pierzei rynku znajduje się ratusz z końca XVIIIw. W II poło XIX W. włączono w jego obręb dwie sąsiednie kamienice, a całość ozdobiono eklektyczną fasadą. Poprzednie dwa ratusze były drewniane. Rynek otaczają kamieniczki pochodzące przeważnie z końca XVIII w., przebudowane na przełomie XIX i XX W. Do największych atrakcji Sanoka należy Muzeum Budownictwa Ludowego, które znajduje się w Białej Górze, na drugim brzegu Sanu. Zostało utworzone w 1958 r. z inicjatywy Aleksandra Rybickiego, a otwarte dla zwiedzających w 1966 r. Jest to obecnie największy skansen w Polsce; zajmuje powierzchnię 38 ha i prezentuje wiejskie budownictwo Bieszczadów, Beskidu Niskiego oraz przyległych do nich pogórzy, łącznie kilkadziesiąt obiektów, w tym dwie cerkwie i kościół. Podzielone jest na pięć sektorów odpowiadających dawnym grupom etnograficznym: Bojkom, Łemkom, Dolinianom, Pogórzanom Wschodnim i Pogórzanom Zachodnim. W trakcie organizacji sektor szósty – małomiasteczkowy. W 1994 r. w pożarze spłonęła część obiektów sanockiego skansenu.
Sanok oglądamy z okien autokaru. Zatrzymujemy się w skansenie i jest, na co patrzeć. Oprócz zachowanego budownictwa ciekawym obiektem jest dawna szkoła i zgromadzone eksponaty: książki, pomoce naukowe, dzienniki, dokumenty, uczniowskie zeszyty, czasopisma, pisma dla nauczycieli. Jak bardzo nasza oświata różni się od tej elementarnej w austrowęgierskiej prowincji.
Następny etap Komańcza. Jest to duża wieś letniskowa w dolinie Osławicy (blisko 900 mieszk.), na pograniczu Bieszczadów i Beskidu Niskiego. Siedziba gminy. Parafie: rzymskokatolicka, grekokatolicka i prawosławna.
Komańcze założono na prawie wołoskim w 1512 r., na podstawie przywileju wydanego Iwankowi, krajnikowi ze Szczawnego, przez starostę sanockiego Mikołaja Kamienieckiego. Według tego dokumentu wieś miała się nazywać Krzemienna, lecz z czasem przyjęła się nazwa pochodząca od potoku Komańcza (obecnie Barbarka). Lustracja królewszczyzn z 1565 r. stwierdza w Komańczy 21 rodzin obrabiających dwa łany. W 1686 r. na wieś napada banda węgierskich tołhajów; szkody przez nią wyrządzone oszacowano na 10 000 zł.
Potomkowie kniazia Komańczy otrzymali, zapewne za zasługi wojenne, tytuł szlachecki z herbem Leliwa i przyjęli od miejscowości nazwisko Kumanieccy. W XVIII w. wznieśli oni drewniany dwór z wysokim, czterospadowym dachem gontowym, który uległ zniszczeniu po 1945 r. Na gospodarcze ożywienie Komańczy wpłynęła ukończona w 1872 r. linia kolejowa łącząca Przemyśl z Budapesztem przez Przełęcz Łupkowską.
Pierwsze dni listopada 1918 r. przyniosły utworzenie tzw. republiki komańczańskiej, ruchu na rzecz połączenia z niepodległą Ukrainą, który objął ok.. 30 okolicznych wsi, lecz został szybko zlikwidowany przez oddziały polskie. W 1921 r. Komańcza liczyła 143 domy i 892 mieszkańców (728 grek., 90 rzym., 74 mojż.) Osobną uliczkę zamieszkiwali Cyganie, trudniący się kowalstwem i muzykowaniem. W 1947 r. uniknęły wysiedlenia z Komańczy łemkowskie rodziny kolejarzy i leśników, którzy buli niezbędni jako fachowcy. Po 1956 r. część wysiedlonych mieszkańców powróciła. Dzięki temu wieś jest dziś znacznym skupiskiem ludności ukraińskiej.
Ozdobą Komańczy jest dawna grekokatolicka cerkiew parafialna p.w. Opieki Matki Bożej (obecnie prawosławna), zbudowana w 1802 r. Jest to jedyna z trzech zachowanych cerkwi typu wschodnio – łemkowskiego. Ulokowaną na obronnym pagórku świątynię otacza kamienny murek, w który wkomponowana jest dzwonnica pełniąca jednocześnie funkcję bramy. We wnętrzu ikonostas z 1832 r., pochodzący z wsi Wołosianka na południowych, zakarpackich stokach Bieszczadów. W ołtarzu głównym znajdowała się ikona Matki Boskiej z Dzieciątkiem (skradziona w 1991 r.) – kopia cudownej ikony z Łopienki. Przy cerkwi interesujący cmentarz parafialny z kilkudziesięcioma starymi nagrobkami. Na południe od cerkwi wznosi się wzgórze o nazwie Mohyła (Mogiła), owiane licznymi legendami.
Mimo iż w Komańczy przeważa wyznanie grekokatolickie, stara cerkiew została w 1963 r. odebrana wiernym i przekazana przez władze nielicznym wyznawcom prawosławia. Przed ponad dwadzieścia lat nabożeństwa grekokatolickie odprawiano gościnnie w kościele rzymskokatolickim. W 1985 r. parafianie rozpoczęli własnymi siłami budowę nowej cerkwi grekokatolickiej. Władze nie zgodziły się na całkiem nowy budynek, przeniesiono więc do Komańczy bardzo już zniszczoną drewnianą cerkiew ze wsi Dudyńce pod Sanokiem, opuszczoną i nie remontowaną od czterdziestu lat. Obchodząc administracyjne zakazy, ustawiono ją jako zwieńczenie na właściwym, murowanym budynku cerkwi, który określano jako “fundament”. Budowę ukończono w 1988 r. Od 1990 r. przy cerkwi istnieje małe muzeum życia codziennego Łemków, eksponujące sprzęty gospodarskie, stroje itp.
W okresie międzywojennym Komańcza zaczęła rozwijać się jako miejscowość letniskowa. W bocznej dolince powstało Letnisko Komańcza; zbudowano tu kilka piętrowych, drewnianych pensjonatów. Do dziś dotrwały tylko dwa z nich. W jednym mieści się obecnie schronisko PTTK, w drugim klasztor sióstr nazaretanek (założony 1928). Przy nim małe muzeum kardynała Stefana Wyszyńskiego i pomnik dłuta A. Kosa.
Kardynał Wyszyński przebywał w klasztorze od 29 września 1955 do 26 września 1956 r., internowany przez władze za przeciwstawianie się antykościelnym działaniom komunistycznego państwa. W Komańczy powstał tekst jego słynnych później ślubów Jasnogórskich. Było to czwarte i ostatnie miejsce uwięzienia Kardynała, a pierwsze, w którym uzyskał względną swobodę ruchu. Aby utrudnić ludziom z zewnątrz kontaktowanie się z więźniem, Komańczę objęto wtedy sztucznie poszerzoną strefą przygraniczną, w której obowiązywały specjalne przepustki. W starej części wsi (nad Barbarką) zachowało się jeszcze kilkanaście tradycyjnych drewnianych chałup łemkowskich z przełomu XIX i XX w. ściany ich są malowane brunatną farbą, z białymi pasami między belkami. Niektóre mają słomiane poszycie dachów.
W Komańczy występują wody mineralne (siarczkowe), co wraz z korzystnym mikroklimatem stwarza warunki dla lecznictwa uzdrowiskowego. Od 1974 r. miejscowość ma formalny status uzdrowiska.
My jesteśmy gośćmi sióstr Nazaretanek i zwiedzamy teren klasztoru, jak i muzeum poświęcone Prymasowi. Skromniutkie to muzeum, podobnie jak i otoczenie kard. Wyszyńskiego. Zielono tu i spokojnie. Można zadumać się nad tym, co nieprzemijalne.
Dzień czwarty – czwartek 06 09
Jest to nasza druga wyprawa do Lwowa, bowiem byliśmy tam w 2004r, przy okazji pobytu na Roztoczu. Relacje z tej eskapady, jak i opisy historii i zabytków tego interesującego miasta zostały opisane w diariuszu z tegoż roku. Gwoli porządku dodam, iż pogodę mięliśmy także deszczową i zwiedzanie Cmentarzy na Łyczakowie i Cmentarza Orląt odbyło się w asyście płaczącego nieba. Tradycyjny pobyt w Operze, polska i ormiańska katedra, Czarna Kamienica, posiłek, drobne zakupy i odjazd. Lwów widziany z okien autokaru nie pozostawił jakichś znaczących wspomnień.
Dzień piaty – piątek 07 09
Wyprawa do Leska. Miasto powiatowe nad Sanem (ok. 6000 mieszk.), siedziba władz gminy. Duży węzeł komunikacji autobusowej, połączenia do większości bieszczadzkich miejscowości, zwłaszcza w centralnej części regionu. Dla nas Lesko było bazą wypadową do pozostałych zwiedzanych miejscowości regionu. Działają tu 4 szkoły średnie i 2 podstawowe, 3 banki, drobny przemysł, m.in. fabryka mebli i przedsiębiorstwo budownictwa rolnego, spółdzielnia gminna. Przy Bieszczadzkim Domu Kultury (ul. Piłsudskiego 1) istnieje Bieszczadzka Grupa Twórców, zrzeszająca ok. 20 artystów plastyków z terenu Bieszczadów. Latem wystawiają oni swe prace w leskiej synagodze. W pierwszym tygodniu lipca odbywa się w Lesku trzydniowa impreza “Country w Bieszczadach”, na którą ściągają z całej Polski zespoły grające muzykę country.
Ciekawostką jest, że od początku zaborów aż do lat dwudziestych XX w. urzędowa nazwa miasta brzmiała Lisko i w takiej postaci występuje w wielu starszych opracowaniach. Pierwotne brzmienie Lesko przywrócono z inicjatywy ostatniego właściciela zamku, Augusta Krasickiego.
Lesko leży w rejonie intensywnie zasiedlonym już we wczesnym średniowieczu. Wykopaliska potwierdzają istnienie niemal ciągłego osadnictwa od ostatnich wieków przed Chrystusem aż do naszych czasów: znaleziono tu groty żelazne z czasów kultury lateńskiej (400 r. p.n.e. do pocz. n.e.), pozostałości otwartej osady z okresu wpływów rzymskich (1-400 r. n.e.) i ceramikę wczesnośredniowieczną (600-1300 r.). Na wzgórzu Baszta już powierzchniowe oględziny przyniosły znaleziska ceramiki z XI-XII w.
Najwcześniejsza zachowana wzmianka o wsi Lesko pochodzi z 1436 r., ale można przypuszczać, że istniała ona już w poprzednim wieku. Na początku XV w. wraz z rozległymi dobrami w dolinie Sanu została nadana Kmitom z Wiśnicza. Pomiędzy 1456 a 1472 r. doszło do lokacji miasta. Pierwszym wójtem i osadźcą był Filip – mieszczanin sanocki, który w 1473 r. zrzekł się wójtostwa na rzecz właściciela, Jana Kmity. Przywilej wydany przez Kmitów 14 IX 1477 r. potwierdzał nadanie Lesku prawa magdeburskiego oraz określał prawa i obowiązki mieszczan, którzy otrzymali ratusz, postrzygalnię, teren na założenie folwarków, las Kostrzyń do wykarczowania oraz wolność użytkowania lasów i wód wokół miasta. Pierwotna wieś Lesko przyjęła nazwę Posady leskiej (obecnie północne przemieście).
Nowe miasto ulokowało się na północno-zachodnim cyplu wyniosłego wzgórza stanowiącego część terasy nadsańskiej. W środku wytyczono prostokątny rynek z drewnianym, piętrowym ratuszem, w którym mieściła się na górze sala zebrań rady miejskiej, a na dole m.in. więzienie i wyszynk trunków. Miasto miało wodociąg doprowadzający wodę ze stoku wzgórza Baszta do specjalnego koryta na rynku. W latach siedemdziesiątych XV w. Kmitowie postawili na miejscu późniejszego zamku drewniany dwór, który służył im tylko w czasie okresowych odwiedzin, bowiem główną siedzibą rodu wciąż był Wiśnicz. Po 1538 r. Piotr Kmita, wojewoda krakowski, późniejszy marszałek wielki koronny, wzniósł murowaną, piętrową wieżę mieszkalną. Zamek leski przejął w tym czasie od zamku Sobień funkcję ośrodka administracyjnego dóbr Kmitów. Około 1530 r. z inicjatywy Piotra Kmity wymurowano istniejący do dziś kościół parafialny, który zastąpił stary, drewniany kościół św. Ducha. Wojewoda ufundował także nową cerkiew parafialną.
W niespokojnym, przygranicznym rejonie istnienie miasta zależało od możliwości obrony. Lesko było otoczone ziemnymi wałami zaopatrzonymi w zrębowe parkany i wzmocnionymi basztami. Ruch odbywał się dwoma bramami wyposażonymi w zwodzone mosty: dolną, zwaną Węgierską, i górną, zwaną lwowską. Zarządzenie Stanisława Stadnickiego, właściciela miasta w 1602 r., mówiło: “Każdy mieszczanin, Polak, Rusin, Żyd powinien mieć parę rusznic, kopę kul i dwa funty prochu pod winą 2 złotych, do tego parę oręża, a okazja [przegląd gotowości bojowej] ma być 2 razy do roku na święto św. Stanisława.
W połowie XVI w., w rezultacie dużego napływu ludności, zaszła konieczność powiększenia obszaru miasta. Od strony południowo-wschodniej wytyczono nowy rynek i wybudowano na nim ratusz. Po bezpotomnej śmierci Piotra Kmity w 1553 r. i prawie trzydziestoletnim zarządzaniu dobrami przez wdowę Barbarę, Lesko przeszło w 1580 r. drogą spadku w ręce Stanisława Stadnickiego, gorącego zwolennika reformacji. Z jego inicjatywy powstał w Lesku zbór kalwiński, być może urządzony w kościele, zgodnie z częstą ówczesną praktyką. W rękach Stadnickich Lesko i należące do niego dobra pozostały aż do 1731 r. Po 1656 r. Stadniccy zbudowali okazały zamek z czterema basztami, w który włączono starą murowaną wieżę mieszkalną.
W połowie XVII w. Lesko przeżywało okres rozkwitu i liczyło ponad 1500 mieszkańców. Miejscowi kupcy, handlujący głównie winem, utrzymywali kontakty z licznymi miastami Polski, Rusi, Śląska i Mołdawii. Jedenaście cechów skupiało przedstawicieli czterdziestu rzemiosł. Większość domów przy rynku i sąsiednich ulicach była murowana, co świadczyło wówczas o dużej zamożności mieszczan. Nieszczęścia zaczęły się podczas tzw. wojny północnej. W listopadzie 1702 r. na Lesko napadł dwustuosobowy oddział szwedzki z korpusu gen. Stenbocka, zwalczającego w południowej Polsce stronników Augusta Mocnego. Szwedzi aresztowali wówczas Jana Franciszka Stadnickiego, który odzyskał wolność po kilku miesiącach kosztem 5000 talarów okupu. Znacznie gorsze były skutki drugiego pobytu najeźdźców w Lesku: “Szwedzi do Liska przyjechali ani strzylając i szabel nie dobywając do zamku wjechali roku 1704 miesiąca augusta dnia 17, a byli w zamku do dnia 23 miesiąca tegoż a 23 wyjechali i zapalili wszystko miasto, ani jednego domu nie zostało, cerkiew jedna w mieście a druga za miastem zostały a na kościele farnym wszystek wierzch zgorzał”. W rok później nawiedziła miasto epidemia, w czasie, której zmarło kilkuset mieszkańców.
W I poł. XVIII w. panią na leskich włościach była Teresa Stadnicka, wnuczka Jana Franciszka. W 1731 r. wydała się ona za Józefa Ossolińskiego, starostę sandomierskiego, późniejszego wojewodę wołyńskiego. Małżonek wykazał dużo inicjatywy w sprawie uporządkowania miasta i dóbr, sprowadzał i utrzymywał specjalistów, m.in. ogrodnika i piwowara z Warszawy, a także śląskiego architekta Gottfryda Hoffmana, który m.in. przebudował leską farę i postawił kościół w Uhercach.
Na prośbę pana wojewody król August III nadał Lesku w 1752 r. przywilej na dodatkowy jarmark, a w 1759 r. prawo magdeburskie na wzór Sanoka. Ossoliński cieszył się wielkim mirem wśród szlachty sanockiej. Życie na zamku leskim stało się tematem barwnych opowieści, które sto lat później opracował literacko Zygmunt Kaczkowski.
Drogą koneksji rodzinnych Lesko trafiło w 1799 r. w ręce Ksawerego Krasickiego. Zamek był w stanie ruiny po pożarze z 1783 r., pan Ksawery zamieszkał więc w dworze w Posadzie leskiej. Na remont brakowało środków, gdyż Krasicki, czynny działacz niepodległościowy, przeznaczał spore sumy na finansowanie akcji patriotycznych. Dopiero w latach 1836-43 przeprowadzono odbudowę według projektu i pod kierownictwem Wincentego Pola. Krasiccy byli właścicielami zamku i dóbr leskich do II wojny światowej.
Po zajęciu Galicji w 1772 r. Austriacy dokonali nowego podziału administracyjnego, tworząc cyrkuły. Lesko na krótko stało się siedzibą władz jednego z nich, jednak już w 1786 r. funkcję tę przejął Sanok. Od 1855 aż do 1975 r. Lesko było natomiast nieprzerwanie siedzibą władz powiatu. W II pol. XIX w. zamek leski był ośrodkiem towarzysko – intelektualnym regionu. Przed każdymi wyborami sejmowymi zjeżdżała tu szlachta sanocka. Krasiccy utrzymywali żywe kontakty z wieloma działaczami patriotycznymi i twórcami kultury. W 1872 r. Edmund Krasicki nie zgodził się na przeprowadzenie torów kolejowych przez park zamkowy nad Sanem, na skutek, czego kolej ominęła Lesko o kilka kilometrów. Lesko straciło gospodarczo, zachowało za to dawny urok małego miasteczka.
W 1878 r. zorganizowano w mieście straż ogniową. Nie zapobiegło to jednak wielkiemu pożarowi, który wybuchł osiem lat później i w jedną noc strawił trzysta budynków. Po pożarze powstało wiele nowych murowanych domów, a dawne, głównie przy starym rynku, otrzymały eklektyczne fasady. Na początku XX w. w Lesku powstały pierwsze, drobne zakłady przemysłowe, w tym rafineria ropy, fabryki konserw i smarów, cegielnia, betoniarnia, wytwórnia dachówek. W 1914 r. August Krasicki, ostatni właściciel zamku i dóbr leskich, zaciągnął się do Legionów Polskich i odbył w ich szeregach kampanię 1914-16, którą opisał w wydanych drukiem pamiętnikach. Rosyjskie wojska okupacyjne, opuszczając zamek w maju 1915 r., wywołały jego pożar, który strawił większą część pomieszczeń. Na szczęście ocalały ruchomości, wywiezione zawczasu przez właścicieli. Przy okazji powojennego remontu w zewnętrzną ścianę skrzydła wschodniego wmurowano renesansowy portal pochodzący ze zrujnowanego zamku Mniszchów w Laszkach Murowanych. August Krasicki, z zamiłowania i wykształcenia botanik i dendrolog, wiele zabiegów i wysiłku włożył w utrzymanie wspaniałego parku zamkowego, pochodzącego z czasów Kmitów, i starał się, by otrzymał on status ścisłego rezerwatu.
Przeprowadzony w 1921 r. spis ludności wykazał w Lesku 455 domów zamieszkałych przez 3870 osób (2338 mojż., 1080 rzym., 451 grek., 1 prawosł.). W 1939 r., gdy na Sanie ustanowiono granicę niemiecko-sowiecką, Lesko znalazło się na terenie Ukraińskiej SRS. W zamku ulokował się garnizon sowiecki; cała biblioteka, zbiory historyczne oraz ruchomości uległy zniszczeniu. Widziano bezcenne pamiątki narodowe walające się na zamkowym śmietniku. Sowieccy okupanci wybudowali wzdłuż Sanu sieć betonowych schronów bojowych. Dziś jeszcze można u podnóża zamku oglądać pozostałości dwóch z nich, wysadzonych w powietrze.
W 1947 r., gdy zabrakło wśród miejscowej społeczności Żydów, których wymordowali hitlerowcy, i Ukraińców, wysiedlonych przez władze polskie, ludność miasta liczyła ok. 1500 osób. W 1969 r. przyłączono do miasta Posadę Leską, lokując na jej terenie duży zespół magazynów i zakładów przemysłowych.
Śródmieście Leska zachował wiele z dawnego klimatu Środek rynku to skwer porośnięty drzewami, z obeliskiem Tadeusza Kościuszki wzniesionym w 1901 r., pomnikiem żołnierzy sowieckich i figurą sakralną. Wokół stare kamieniczki z XVIII i XIX w.
Kościół parafialny p.w. Nawiedzenia NMP znajduje się w rogu rynku. Powstał ok. 1530 r. z fundacji Piotra Kmity. Zbudowali go prawdopodobnie majstrowie sprowadzeni ze Śląska. Gotycki w kształtach, ma barokowe wnętrze pochodzące z czasów przebudowy dokonanej w połowie XVIII w. przez Gottfryda Hoffmana. Na uwagę zasługuje okazały ołtarz z 1770 r. i epitafia inskrypcyjne z czarnego marmuru: Teresy ze Stadniekich Ossolińskiej (zm. 1776 r.), Józefa Ossolińskiego (zm. 1780 r.), Franciszka Pułaskiego, jednego z przywódców konfederacji barskiej, zmarłego w 1769 r. z ran odniesionych w potyczce pod Rabem koło Ustrzyk Dolnych, Edmunda Krasickiego (zm. 1894 r.), Marii z Brzostowskich Krasickiej (zm. 1908 r.). Obok barokowa dzwonnica, której budowę rozpoczęto w 1725 r., a zakończono dopiero po czterdziestu latach.
Zamek leski, murowany, na planie nieregularnym, wzniesiono na stromym brzegu Sanu w latach 1538-80, a rozbudowano ok. 1656 r. Był trzykrotnie odbudowywany po pożarach w 1704, 1783 i 1915 r., a w latach 1836-43 poddany przebudowie według projektu W. Pola. Część najstarszą stanowi budynek główny, który powstawał w dwóch etapach. Najpierw staraniem Piotra Kmity wzniesiono dwupiętrową wieżę mieszkalną na planie kwadratu (obecnie północno-zachodnia część budynku), zaś przed 1580 r. dobudowano do niej od południowego wschodu dodatkowy korpus. Ukształtował się w ten sposób piętrowy dwór obronny, który zwieńczono attyką i wieżyczkami w narożach. W dawnej wieży znajduje się dziś kwadratowa sala zwana rycerską, ze sklepieniem wspartym na centralnym filarze. Z czworobocznego zamku Stadnickich wzniesionego po 1656 r. zachowała się tylko jedna z czterech baszt. Pozostałe istniejące dziś budynki – skrzydło północno-zachodnie (łączące budynek główny z basztą) i skrzydło wschodnie – wzniesiono w latach 1836-38 wzdłuż linii dawnego muru obronnego. Po dewastacji w czasie ostatniej wojny wnętrza są całkowicie pozbawione starego wyposażenia. Na ścianie tablica pamięci poety Seweryna Goszczyńskiego (1801-1876), a na murku przy bramie tablica poświęcona Wincentemu Polowi. Z dawnego wspaniałego parku zamkowego przetrwała tylko część.
Na nowym rynku zwraca uwagę ratusz z 1896 r. Obok pomnik milicjantów poległych w walkach z UPA.
Murowaną synagogę zbudowano zapewne na przełomie XVI i XVII w., a przebudowano w połowie XVIII w. Pierwotnie wchodziła w obręb fortyfikacji miejskich. Dziś służy jako sala wystawowa. W fasadzie płaskorzeźba Tablic Mojżeszowych i napis po hebrajsku: “O, jakimże lękiem napawa to miejsce! Nic tu innego, tylko Dom Boży”. W Lesku, zamieszkałym do II wojny w znacznej części przez Żydów, istniało dawniej kilka innych domów modlitwy, związanych z różnymi prądami w ruchu chasydzkim.
Kirkut (cmentarz żydowski) leży na wzniesieniu porośniętym starymi dębami.. Znajduje się tu ok. 2000 nagrobków, często pięknie zdobionych, z których najstarsze (w części północnej) są datowane na połowę XVI w. Tak stare macewy odnaleziono w Polsce jeszcze tylko w Krakowie, Lublinie i Szczebrzeszynie. Te ostatnie mieliśmy okazję widzieć.
Historia społeczności żydowskiej Leska jest prawie tak długa jak historia miasta. Według niepotwierdzonej ustnej tradycji w Lesku osiedlili się Żydzi wygnani pod koniec XV w. z Hiszpanii. Po raz pierwszy mieszkaniec leska narodowości żydowskiej jest wymieniony w spisie mieszczan z 1542 r. Dokument z 1580 r. mówi o duchownym Rabin Żydzie oraz szkole żydowskiej. W tym samym czasie odnotowano 23 Żydów, którzy przyjęli prawo miejskie. Podobnie jak Polacy i Rusini, mieli oni swój “szpital”, czyli w ówczesnej terminologii dom ubogich.. W okresie międzywojennym istniał tu niewielki zakład leczniczy, odwiedzany głównie przez Żydów.
Zwiedziliśmy turystyczne atrakcje Leska z dużym zainteresowaniem, i choc prace miejscowych artystów przypadły nam do gustu to ich ceny mniej. Szkoda, że współczesna część miasta jest taka szpetna pudełkowo-beetonowa.
Dzień szósty – sobota 08 09
Pogoda się odmieniła. Mokro, wietrzno i mglisto. Z Leska wypad na połoniny, ale cóż, szlaki źle oznakowane. Mapa sobie a bezdroża sobie. Kręcimy się w kółko i brniemy na przełaj przez trawiaste zbocza. Jakaś opuszczona łemkowska zagroda, tajemniczy krzyż, jakieś rozlane strumienie. Gdzie jesteśmy? Postanawiamy zejść na tzw „nosa”. Po drodze mała przygada. Karol idący z Elą źle określił przejście a raczej przeskok przez strumyk. Ela w eleganckich mokasynach wylądowała po kolana w wodzie. Wprawdzie mokasyny to nie górskie traperki i do dokonywania szlaków się nie nadają, ale Ela robi dobrą minę do mokrej przygody. Docieramy do szosy, tyle, że nie wiemy, w którą stronę do Leska. „Napadamy” na sympatycznego fiacika i dopiero pani za kierownicą wspomaga zbłąkanych. Szczęśliwy powrót do Polańczyka.
Wieczorem tzw: bratni grill z pozostałymi kuracjuszami. Na próżno Lidka stara się rozruszać i rozśpiewać zebranych. Śpiewa tylko grupa Łazików. Atmosfera bardziej niż drętwa. Zjadamy, przeto grzecznie po kaszance i bardzo karnie odmaszerowujemy w zwartym ordynku do pokoi.
Dzień siódmy – niedziela 09 09
Nadal pogoda nieprzyjazna. Część grupy tupta do kościoła, część oddaje się słodkiemu lenistwu. Także popołudniowy rejs statkiem po Solinie odwołany. Zbyt duża fala.
Dzień ósmy – 10 09 – poniedziałek
I znowu autokar i Bieszczady z okien, ale nie tylko. Mamy w planie pogórze przemyskie, zamek w Krasiczynie i zabytki Przemyśla, a także przejechanie [niestety!] pasma Gór Słonnych
Położony na trakcie Przemyśl – Sanok, w pobliżu przeprawy przez San, Zamek w Krasiczynie należy do najpiękniejszych pomników polskiego renesansu. Jego budowę rozpoczął w 1580 roku Stanisław Krasicki, potomek przybyłej tu pod koniec XV w. mazowieckiej szlachty zagrodowej herbu Rogala, a ukończył jego młodszy syn Marcin w 1631 roku. Marcin Krasicki, uznawany za jednego z najwybitniejszych wówczas mecenasów sztuki w Polsce, przekształcił surowy zamek obronny, wzniesiony przez ojca, we wspaniałą, wielkopańską rezydencję. Od swego nazwiska Stanisław Krasicki nazwał zamek Krasiczynem. Tę nazwę przyjęło także, powstające obok Zamku miasteczko.
Zamek, pomimo licznych pożarów i wojen, zachował prawie niezmienioną sylwetkę, jaką nadano mu na początku XVII w. Wybudowany w formie czworoboku zorientowany został ścianami według stron świata. W narożach stoją cztery cylindryczne baszty: Boska, Papieska, Królewska i Szlachecka. Prostokątny, rozległy dziedziniec otaczają od północy i wschodu skrzydła mieszkalne, a od południa i zachodu mury kurtynowe zakończone piękną, ażurową attyką. Pośrodku skrzydła zachodniego, znajduje się przedbramie z bramą i kwadratową wieżą Zegarową. Tędy, przez zwodzony, a później kamienny most prowadziła droga z istniejącego niegdyś miasta do Zamku.
Jednym z najcenniejszych elementów architektonicznych Zamku jest mieszcząca się w baszcie Boskiej kaplica, przyrównywana do kaplicy Zygmuntowskiej na Wawelu. Na uwagę zasługują również bogato rzeźbione portale, loggie, arkady i unikalne dekoracje ścienne, tzw. sgraffita (ich całkowitą powierzchnię oblicza się na około 7000 m2).
Prace budowlane prowadzone były pod kierunkiem architektów włoskich a prace zdobnicze i dekoracyjne wykonali artyści przemyscy. O znaczeniu świetności Zamku w przeszłości świadczy fakt, że gościli w nim królowie polscy: Zygmunt III Waza, Władysław IV, Jan Kazimierz i August II.
Po bezpotomnej śmierci Krasickich Zamek i dobra krasiczyńskie dziedziczyli kolejno: Modrzewscy, Wojakowscy, Tarłowie, Potoccy, Pinińscy. Od tych ostatnich w 1835 roku odkupił je książę Leon Sapieha. Sapiehowie, którzy byli w posiadaniu Krasiczyna do 1944 roku przyczynili się znacznie do jego rozwoju. Przeprowadzili renowację Zamku, założyli tartak, browar, fabrykę maszyn rolniczych. Aktywnie działali na polu rozwoju życia, gospodarczego i społecznego regionu. W Zamku gościł wielu Wybitnych Polaków.
W drugiej połowie sierpnia 1876 roku J. Matejko spędza prawie tydzień w Krasiczynie u ks. Sapiehy. O planowanej wyprawie do zamku artysta wspomina w liście do żony Teodory, napisanym końcem czerwca tegoż roku „…w drugiej połowie sierpnia wyjechać muszę do Krasiczyna – tak jak ułożone z Sapiehą…” W Krasiczynie wykonał on szkice rysunkowe i studia olejne koni. Potwierdzeniem tego jest również wzmianka w liście do małżonki: „….Koni przywiozłem stamtąd trzy z sobą, ma się rozumieć nieżywych lecz namalowanych, które powoli ukażą się na obrazie …”
Podczas pobytu u Sapiehy w Krasiczynie artysta uczestniczył w spotkaniach towarzyskich organizowanych przez księcia. Brała w nich udział arystokracja, szlachta i ważne osobistości, ówczesnego życia politycznego i kulturalnego ziemi przemyskiej. Sam malarz w dość zabawny sposób przekazał relację z takich spotkań w liście do żony: „….a na razie niewiele sam miałem w torbie wracając z wyprawy, gdziem się wybawił i omal nie wytańczył doskonale – zasiadałem przy jednym stole z księżniczkami krwi królewskiej. Jej wysokością Xsiężną Małgorzatą z Orleanu Czartoryską i jej wys. Księżniczką Bianką. Oboje Księśtwo Marszałkostwo. Książę Adam z synami Pawłem i Iwonem / książątkami. Książę Władysław Czartoryski, Hrabina Działyńska, Hrabina Krasicka etc.etc. różnych jeszcze imion własnych co niemiara …”
W roku 1875 malarz przystępuje do pracy nad jednym ze swoich największych dzieł, obrazem, BITWA POD GRUNWALDEM. Do postaci Witolda pozował ks. Adam Sapieha zwany „czerwonym księciem”. Gorzkowski w dzienniku wspomina, iż w roku 1876 Matejko namalował jeszcze głowę księcia Adama Sapiehy, którą podczas pobytu w Krasiczynie artysta zrobił i temuż księciu podarował.
Do czasów obecnych zachował się list córki księcia Marii Sapieżanki, w którym składa ona podziękowania malarzowi za portret ojca „…. Szanowny Panie. Nie potrafię wyrazić Panu radości, jaką mi sprawiła dziś odebrana wiadomość, że Pan sprawił portret mojego ojca w Krasiczynie.”
Adam Stefan Sapieha – książę niezłomny. Adam Sapieha przyszedł na świat 14 maja 1867 r. w posiadłościach rodowych w Krasiczynie i tam spędził pierwsze lata swojego życia .Aby uczcić to wzniosłe wydarzenie rodzice, zgodnie z tradycją starolitewską, posadzili w parku krasiczyńskim kolejne drzewo-dąb, jako symbol nowego życia. Wspominając o tym pamiętnym drzewie napisał w okolicznościowym artykule opublikowanym z okazji 100 lecia narodzin kardynała A.Sapiehy ówczesny arcybiskup Karol Wojtyła “… Był on mężem jak drzewo zasadzone nad strumieniem wód , drzewo owocodajne i niezachwiane którego widok nie tylko dla Polaków ale dla całego chrześcijaństwa było podstawą nadziei i radości….”
Staranne wykształcenie otrzymane przez rodziców, kultywowanie tradycji rodzinnych, a także wychowywanie w duchu patriotycznym i przestrzeganie zasad etyki moralnej, to wszystko miało ogromny wpływ na dalsze życie Adama Stefana Sapiehy i po latach przyniosło oczekiwane efekty. W latach 1939 – 1945 wspierał duchowo i materialnie naród polski, organizacje, a także kościół. Stosował bierny opór przeciwko okupantowi. W czasie wojny nie dał się wciągnąć we współprace z okupantem a pomimo okupacji pozostał w kraju. On to odważył się przyjąć gubernatora Hansa Franka w pałacu biskupim stęchłym chlebem i marmoladą oraz odmówił udziału w uroczystości urodzin Hitlera.
W czasie okupacji hitlerowcy zakazali kształcenia seminarzystów. Arcybiskup Sapieha, metropolita krakowski, założył, więc tajne seminarium, aby zapewnić Kościołowi napływ kandydatów do stanu kapłańskiego. Karol Wojtyła wstąpił do tego seminarium w październiku 1942 roku. 1 listopada 1946 Karol Wojtyła otrzymał święcenia kapłańskie z rąk arcybiskupa Adama Sapiehy. Nazajutrz w krypcie św. Leonarda na Wawelu odprawił swoją pierwszą mszę świętą. 23 lutego 1946 roku – otrzymał od papieża Piusa XII kapelusz kardynalski. 23 lipca 1951 umiera. Pochowano go w krypcie wawelskiej. Jego pogrzeb przerodził się w wielka manifestację religijną i narodową.
Pozostawił wdzięczna pamięć rodaków.
“Pozostanie wśród nas duchem swych czynów, bo te czyny żyją i wywołują go przed oblicze stęsknionego narodu, który łaknie wspaniałych wzorów życia, który w każdym wieku musi mieć swych wielkich mężów, obrazy godnego życia…” Stefan kard. Wyszyński, 1951
“… Przecież był wielkim synem swojej ojczyzny ; stanowczym w trudnych momentach, odważnym ponad miarę jakiejkolwiek przeciętności, niezwykłym synem swojej ojczyzny , niezwykłym mężem dziejów i Polski…” Tekst przemówienia wygłoszonego w 1976 r. w Krakowie przez arcybiskupa krakowskiego Karola Wojtyłę / późn. papieża Jana Pawła II/ Po odsłonięciu pomnika Sapiehy.
Niewiele pamiątek pozostało po świetnej przeszłości Zamku, które teraz przechodzi gruntowna renowację. Zwiedzamy salę poświęconą kar. Sapiesze, oraz podziemia z kryptą grobową dawnych właścicieli. Ale też musieli to być srodzy włodarze, o czym świadczy izba tortur z wymyślnymi narzędziami kar cielesnych. A wszystko to w głębokich podziemiach i za grubymi murami.
Dalsza trasa prowadzi do Przemyśla. Jest to powiat grodzki, największe miasto i stolica powiatu ziemskiego, jest jednym z najatrakcyjniejszych turystycznie i gospodarczo ośrodków w południowo – wschodniej Polsce.
Przemyśl należy do miast, które swoje dzieje i rozwój zawdzięczają położeniu geograficznemu. Do powstania grodu, a później znaczącego ośrodka miejskiego przyczyniło się usytuowanie Przemyśla na pograniczu trzech krain: Niziny Sandomierskiej, Pogórza Karpackiego i Przedgórza Karpat Wschodnich. Nie bez znaczenia była też różnorodność gleby w najbliższej okolicy, bliskość zasobów solnych czy wreszcie położenie nad dużą spławną rzeką San. Naturalne przejście między Karpatami a częścią Niziny Sandomierskiej pozwoliło wytyczyć przechodzący przez tzw. Bramę Przemyską i uczęszczany od stuleci szlak handlowy, który łączył miasta wschodniej i zachodniej Europy. O jego znaczeniu świadczy choćby informacja o istnieniu w Przemyślu w I połowie XI wieku faktorii kupców żydowskich, będąca jednocześnie najstarszą wiadomością o osadnictwie żydowskim na ziemiach polskich. Dla sprawowania kontroli nad tym szlakiem handlowym, na terenie Przemyśla zaczęły funkcjonować warownie obronne.
Położenie Przemyśla na pograniczu trzech państw powodowało, że co najmniej od X wieku starali się o włączenie go do swej strefy wpływów władcy Polski, Rusi i Węgier. Z rywalizacją tą wiąże się najstarsza wzmianka źródłowa o Przemyślu z 981 r. Na przełomie XI i XII wieku był on stolicą jednego z księstw ruskich, zaś od połowy XIV stulecia wchodził w skład państwa polskiego – zresztą w tym właśnie okresie uzyskał prawa miejskie (magdeburskie) potwierdzone w 1389 r. przywilejem króla Władysława Jagiełły.
W dobie średniowiecza był Przemyśl stolicą Ziemi – jednostki administracji państwowej obejmującej obszar ponad 12 tys. km2. Tutaj mieli też swe siedziby władcy prawosławni oraz biskupi katoliccy, jako że miasto zamieszkiwała ludność wielu narodowości, wyznań i kultur. W XV w., obok najliczniej reprezentowanych Polaków, Rusinów i Niemców, mieszkali tu również Czesi, Ormianie i Żydzi. Stopniowo jednak mniejszości asymilowały się i w XVII – XVIII w. W Przemyślu i na przedmieściach dominowali liczebnie Polacy, Rusini i Żydzi. Na wyraziste różnice religijne nałożyły swą korektę postanowienia unii brzeskiej; w XVII w. Prawosławni Rusini różnili się od Polaków obrządkiem tego samego wyznania katolickiego. Początkowo nazywano ich unitami, zaś pod koniec XVIII w. przyjęło się i ustaliło dlań określenie grekokatolicy.
Z uwagi na krzyżowanie tu szlaków handlowych łączących linię wschód – zachód (Lwów – Kraków) oraz północ – południe (wybrzeże bałtyckie – Węgry) Przemyśl był ważnym ośrodkiem targowym. Oprócz towarów sprowadzanych przez kupców z innych miast i rejonów, na lokalnym rynku znajdowały się wytwory tutejszych rzemieślników, którzy na przełomie XVII i XVIII wieku reprezentowali ponad 60 specjalizacji. O ówczesnej świetności zamieszkałego przez ponad 6 tys. ludzi miasta świadczyły wodociągi, brukowane ulice, renesansowy ratusz, liczne obiekty sakralne oraz okalające Przemyśl mury obronne (ich relikty zachowały się od południowo – wschodnie strony starówki) z trzema bramami i dziewięcioma basztami. Znajdowało się tu około 350 domów i kamienic wokół rynku i na 17 ulicach. Złoty okres dziejów Przemyśla zakończył się wraz z nastaniem w połowie XVII stulecia długotrwałych wyniszczających wojen, klęsk żywiołowych i ogólnego kryzysu państwa. Sytuacja taka utrzymywała się z górą sto lat i dopiero u schyłku XVIII wieku miasto osiągnęło stan zaludnienia porównywalny ze stanem z początku XVII wieku.
W 1772 r. w wyniku I rozbioru Polski, Przemyśl wraz z terenami późniejszej Galicji przeszedł pod panowanie austriackie. Dopiero po 1880 r., w dobie tzw. Autonomii Galicji stał się możliwy jego rozwój, który w niejako naturalny sposób wiązał się ze strategicznym położeniem – przy granicy z cesarstwem rosyjskim. Rozbudowano sieć umocnień obronnych: utworzyły one system fortów twierdzy Przemyśl, uznanej za jedną z największych w ówczesnej Europie. Ożywieniu gospodarczemu sprzyjała przebiegająca przez miast linia kolejowa łącząca Kraków ze Lwowem oraz jej odnoga wiodąca na Węgry. Miasto poszerzyło także swoje terytorium i rozbudowywało się poza linią murów miejskich, zburzonych zresztą u schyłku XVIII wieku. Rozkwitało życie kulturalne i rozwijał się ruch patriotyczny: pod koniec ubiegłego stulecia powstało Towarzystwo Dramatyczne “Fredreum”, wzniesiono pomniki Adama Mickiewicza i Jana III Sobieskiego, w 1909 r. rozpoczęło działalność Towarzystwo Przyjaciół Nauk. Podczas I wojny światowej miasto – twierdza przeżyło dwukrotne oblężenie wojsk rosyjskich.
W listopadzie 1918 r., w wyniku odzyskania niepodległości, znalazło się w granicach odrodzonego państwa polskiego, choć w tym czasie jego mieszkańcy musieli potwierdzać swe dążenia podczas toczących się walk polsko-ukraińskich. W latach 1918-1939 Przemyśl był nadal siedzibą powiatu, tutaj rezydowali przemyscy biskupi rzymsko- i grekokatoliccy, a 50-tysięczną społeczność współtworzyli Polacy, Ukraińcy i Żydzi.
Widownią kolejnych zmagań zbrojnych stał się Przemyśl podczas II wojny światowej. Od września 1939 r. do czerwca 1941 r. wzdłuż miejskiego odcinka Sanu wiodła niemiecko-sowiecka granica państwowa, wytyczona na mocy paktu Ribbentrop-Mołotow. Po ustaleniach zawartych w Teheranie i Jałcie narzucono Polsce granicę państwową wzdłuż tzw. linii Curzona, w rezultacie czego Przemyśl znalazł się w pasie przygranicznym, a granica państwowa oddzielała od niego tereny, które od wieków stanowiły naturalne zaplecze ekonomiczne. Był to istotny powód trudności rozwojowych miasta w latach następnych, pogłębionych zaistniałymi podczas II wojny światowej i tuż po jej zakończeniu zmianami demograficznymi. Po wymordowaniu ludności żydowskiej przez hitlerowców, a także po wysiedleniu ludności ukraińskiej, w ciągu kilku lat Przemyśl stał się niemal jednonarodowy i monokulturowy.
Zmiana statusu miasta nastąpiła w 1975 r. w związku z nowym podziałem administracyjnym kraju i utworzeniem województwa przemyskiego. Równocześnie z postępującą demokratyzacją życia zaznaczył się wzrost znaczenia Przemyśla jako ośrodka administracji kościelnej. W roku następnym Jan Paweł II dokonał reformy organizacji terytorialnej kościoła rzymskokatolickiego w Polsce, w wyniku, czego powstała archidiecezja przemyska.
Nie sposób pominąć licznie zgromadzonych na przemyskiej starówce zabytków: Zamku Kazimierzowskiego (z reliktami palatium oraz rotundą z początku tysiąclecia), widocznego na dominującym nad miastem wzgórzu. Czasy świetności Przemyśla pamiętają zabytkowe kamieniczki w rynku, bazylika archikatedralna, kościoły oo. Franciszkanów, Reformatów, Karmelitów czy kościół pojezuicki, w którym obecnie mieści się katedra katolicka obrządku wschodniego. Przeszłość miasta i regionu dokumentują zbiory Muzeum Narodowego Ziemi Przemyskiej i Muzeum Archidiecezjalnego.
Muzeum Archidiecezjalne w Przemyślu zostało założone w 1902 roku uchwałą Synodu Diecezjalnego z inicjatywy ówczesnego biskupa przemyskiego Józefa Sebastiana Pelczara (1900-1924). Nakreślono wówczas zasadnicze zadania instytucji, która miała na celu otoczenie opieką zabytków dawnej sztuki kościelnej z terenu diecezji. W ciągu kolejnych lat gromadzono zbiory muzealne i przygotowywano ekspozycję. Zlokalizowana została ona w pojezuickim oratorium nad południową nawą kościoła pod wezwaniem Najświętszego Serca Pana Jezusa, wzniesionego na początku XVII wieku. Nowe muzeum uroczyście otwarto i poświęcono w sierpniu 1908 roku. W Statutach Synodu Diecezji Przemyskiej (20 września 1908 r.) zaznaczono, że w muzeum powinny być umieszczone wszystkie cenne zabytki, np. : stare pergaminy, ołtarze, posągi, obrazy, naczynie święte, przybory kościelne i zabytki jakiejkolwiek sztuki, aby nie niszczały. Muzeum w czasie II wojny światowej zasadniczo nie doznało uszczerbku. Problemy materialne odbiły się niekorzystnie na możliwościach eksponowania zgromadzonych zabytków. W 1991 roku muzeum otrzymało imię swojego założyciela Bł. Józefa Sebastiana Pelczara Biskupa, a od 1993 roku nosi nazwę: Muzeum Archidiecezjalne im. Bł. Józefa Sebastiana Pelczara Biskupa w Przemyślu. Zasoby muzealne zgromadzone w Muzeum stanowią doskonały dokument historyczny, jak kształtowała się sztuka sakralna na terenie diecezji przemyskiej na przestrzeni wieków: od XV-wiecznych aż po współczesność.
Malarstwo. Obejmuje cenne przykłady polskiej sztuki cechowej, zazwyczaj fragmenty pozostałe z XV-wiecznych tryptyków i malarstwa z początku XVI wieku. Scena Zwiastowania na bocznych skrzydłach tryptyku z Żurowej (ok. 1440), tryptyk z Osieka (1527). Z I połowy XVI wieku pochodzą obrazy tablicowe: Opłakiwanie Chrystusa z Klimkówki, Czudca oraz predella ołtarza ze Świętą Rodziną z Jaćmierza.
Malarstwo portretowe w zbiorach muzeum obejmuje okres schyłku renesansu i rozwój baroku. Do ciekawszych przykładów tej grupy należy portret biskupa przemyskiego Pawła Piaseckiego (1644-1649). autora Kroniki Polskiej oraz duży portret biskupa przemyskiego Aleksandra Antoniego Fredry (1724-1734), na którego tle malarz umieścił sylwetki trzech kościołów: w Jarosławiu, Starej Wsi oraz przebudowanej katedry w Przemyślu. W grupie tej w muzeum przemyskim znajdują się sarmackie portrety trumienne (np. Epitafium Teofili Krakowskiej, 1659). Najokazalszym zabytkiem polskiego portretu zbiorowego z XVIII wieku jest pochodzący z kościoła w Dubiecku obraz namalowany przez Mikołaja Teresińskiego około 1753 r., przedstawiający rodzinę Krasickich. Różne obrazy o treści religijnej, pochodzą przede wszystkim z fundacji kolatorów kościołów, a na szczególną uwagę zasługuje obraz przypisywany autorstwu Murilla, przedstawiający młodzieńczego św. Jana Chrzciciela, a zakupiony we Włoszech przez Uniatyckiego, szambelana króla Stanisława Augusta.
Rzeźba. Głównie rzeźbę sakralną reprezentują przedstawienia Matki Bożej z Dzieciątkiem: z Bączala Dolnego (koniec XVI w.), z grupy Świętej Anny Samotrzeć. Z 1520 roku pochodzi uszkodzona rzeźba świętej Marii Magdaleny, która wchodziła w skład kompozycji tęczowej w drewnianym kościele w Święcanach. Do rzeźb ludowych należy posąg drewniany św. Floriana (XVII w.), czy rzadkie przedstawienie Adama dźwigającego ciało Abla czy Ewa opłakująca syna (XIX w.). Duża kolekcja krucyfiksów w omawianym muzeum stanowi bardzo dobry materiał do studium ikonograficznego z zakresu kształtowania się przedstawień tego typu, np. krucyfiks z Nowego Miasta o monumentalnych rozmiarach.
Rzemiosło artystyczne. W ramach złotnictwa kościelnego eksponowane są nieliczne przykłady kielichów: srebrny z rytą dekoracja na stopie (XV w.), srebrne kielichy barokowe (XVII w.), a wśród nich wyróżniający się kompozycją kielich z augsburskiej warsztatu mistrza Jana Jakuba Krehna, z motywem liści suchego akantu (1700). Monstrancja z miedzi ze śladami złocenia, z czworoboczną ażurową puszką na hostię i z kolistym otworem, pochodząca ze Skalnika (XV w.). Rzadkie są przykłady gotyckich kadzielnic z brązu. W muzeum przemyskim są dwie: ze Skalnika i z Reczpola (XV w.). Zupełną rzadkością jest kolekcja naczyń liturgicznych i monstrancji z okresu “józefinizmu”. W muzeum zgromadzono przykłady tabernakulum: późnogotyckie wykonane z drzewa o formie architektonicznej, z zachowaną współczesną polichromią (ze Skalnika) oraz późnorenesansowe z Woli Rafałowskiej, zbudowane na rzucie trapezu. Kolekcja relikwiarzy o różnych wymiarach i kształtach, stanowi cenny materiał ekspozycyjny w muzeum.
Tkaniny. Najbardziej liczny dział, obejmujący szaty liturgiczne i tapiserie (gobeliny). Najdawniejsze przykłady pochodzą z 2 połowy XIV wieku, dwa fragmenty preteksty ornatów. Późniejsze hafty należą do 2 połowy XV wieku: preteksta krzyżowa ze sceną Zaśnięcia Matki Boskiej w otoczeniu apostołów (analogie z haftami wykonywanymi w ośrodku krakowskim). Na uwagę zasługuje ornat i kapa z fundacji Jerzego Sebastiana Lubomirskiego, hetmana polnego koronnego (zm. 1667) dla kościoła parafialnego w Łańcucie. Odsiecz Wiedeńska została upamiętniona przez materiał chiński zdobyty w roku 1683 w pamiętnej bitwie przez E. Drohojowskiego, z której wykonano kapę. Tapiserie reprezentowane są przede wszystkim przez sprowadzone z manufaktury papieskiej San Michele przez biskupa Aleksandra A. Fredrę (1724-1734). Zostały one wykonane według projektów Guido Reni (1575-1642) i przedstawiają postacie czterech Ewangelistów (były one poszukiwane w czasie okupacji przez Niemców). Do tapiserii należą dwa ornaty z Bieździatki (XVIII), gdzie była czynna niewielka manufaktura Romerów założona około 1760 roku.
Aż się w głowie kręci od natłoku wrażeń: kształtów, barw i patyny czasu. Jak dobrze, że są jeszcze takie miejsca.
Następny etap Kościół Franciszkanów. Jak się przypuszcza pierwsi franciszkanie mieli przybyć do Przemyśla w 1235 roku, a byli nimi wysłani przez papieża Grzegorza IX na Ruś misjonarze Jakub Lackara i Maciej Ros. Wkrótce po tym zakupili od mieszczanina Andrzeja Serena kawałek gruntu z myślą o budowie własnej świątyni. Przemyski biskup Eryk Winsen, sam zakonnik franciszkańskiej reguły, poświęcił dla miejscowego konwentu w 1378 roku mały drewniany kościół nadając mu istniejące po dzień dzisiejszy wezwanie św. Marii Magdaleny. Obiekt ten jednakże spłonął przypuszczalnie w 1410 roku, o nowym zaś jest wzmianka w aktach konwentu przemyskiego dopiero pod datą 15 lipca 1474 roku. Z XVI wieku pochodzi następny archiwalny ślad zmian w kościele św. Marii Magdaleny. Datowana na 1524 rok wzmianka mówi o tym, że murator przemyski Jan, obiecał wznieść przy kościele murowaną zakrystię. Był to obiekt mały, pokryty dachówką, posiadający wewnątrz barwne malowidła ścienne. Obok świątyni znajdowały się kaplica św. Anny gromadząca członków tego bractwa, nieco dalej stała drewniana dzwonnica. Przez cały wiek XVII trwała rozbudowa kościoła franciszkańskiego. Sam zakon w 1626 roku przeszedł znaczną zmianę organizacyjną polegającą na utworzeniu prowincji ruskiej z czterema kustodiami. Główne domy zakonne znalazły się we Lwowie, Wilnie, Kownie i Przemyślu. W 1612 roku wojewoda bełzski i starosta przemyski Adam Stadnicki uczynił fundację na rzecz istniejącej przy kościele kaplicy św. Anny przeznaczając ją na miejsce spoczynku dla siebie i swojej rodziny. Z jego też inicjatywy postępowała rozbudowa świątyni. W 1630 roku przybyła jej kolejna kaplica Bractwa Męki Pańskiej, całość prac ukończono po 7 latach. 13 kwietnia 1637 roku biskup Jan Chrzciciel Zamoyski /od 1649 r. biskup przemyski/ konsekrował ołtarz św. Anny w kaplicy jej imieniem, w kilka dni później wielki ołtarz św. Magdaleny oraz boczne ołtarze Męki Pańskiej i Niepokalanego Poczęcia.
Wielki pożar miasta w 1638 roku zniszczył wiele z tego, co Franciszkanie zrobili. Jednak wkrótce zapadła decyzja o odbudowie po pożarze tak, że około roku 1658 prace zostały zakończone. Zrekonstruowano ołtarz wielki umieszczając w nim obrazy św. Marii Magdaleny i Najświętszej Maryi Panny Niepokalanego Poczęcia. Figurę Maryi przyozdobiono sukienką srebrną dodając w jej otoczeniu trzy rzeźbione anioły. Sprawiono ponadto ołtarze św. Franciszka i Barbary. 21 września 1638 roku,, sufragan łucki Mikołaj Krasicki dokonał ich poświęcenia. Nieco później otrzymał kościół nową barokową fasadę. Pod koniec wieku XVII, przybył nowy ołtarz św. Antoniego i dwa duże obrazy olejne pędzla malarza Aleksandra – Sąd Boży /1677r./ i Męka Pańska /l 681 r./ Wobec rosnących potrzeb duszpasterskich, zrodziła się myśl budowy na jego miejscu zupełnie nowej obszernej świątyni. 19 lipca 1778 roku biskup Józef Tadeusz Kierski oficjalnie poświęcił nowa świątynię. Powstała okazała, trójnawowa bazylika, z wyraźna przewagą elementów barokowych.
O ile zewnętrznego wyglądu franciszkańskiej świątyni nie można uznać za dzieło wybitne, to wnętrze kościoła zaskakuje różnorodnością i dobrym smakiem, stawiając ten obiekt w rzędzie ciekawszych powstałych w Polsce w II połowie XVIII wieku. Figury dla kościoła wykonywano zarówno na miejsce w Przemyślu, jak i we Lwowie, skąd je sprowadzano i montowano. Trzy doskonałe rokokowe rzeźby ustawione na balustradzie przy wejściu głównym, dłuta Fabiana Fesingera, a przedstawiające Najświętszą Maryję Pannę Niepokalanego Poczęcia, Jana Dunsa Szkota i św. Idziego sprowadzone zostały z lwowskiej pracowni artysty w latach 50-tych XVIII wieku, Wspomniane rzeźby wykazują dużo podobieństw do wykonanych wcześniej figur z lwowskiego kościoła dominikanów, których twórcą był inny czołowy przedstawiciel lwowskiej szkoły rzeźby Antoni Osiński. Fabian Fesinger i jego brat Sebastian byli twórcami wielu obiektów dla kościoła franciszkańskiego, między innymi kamiennej figury św. Antoniego, figury Najświętszej Maryi Panny, licznych lichtarzy, krucyfiksu i kamiennego popiersia na relikwie św. Kajetana i Walentego. Od 1760 roku datuje się owocna współpraca Franciszkanów z twórcą architektonicznej koncepcji ołtarza wielkiego, architektem lwowskim Piotrem Polejowskim, któremu pomagał brat Jan.
Dominującym elementem ołtarza wielkiego, będącego twórczym przetworzeniem tematycznym i formalnym lwowskiego ołtarza z kościoła św. Marcina i rzeźb wykonanych przez Antoniego Osińskiego, są wielkie figury św. Piotra, św. Pawła, św. Franciszka, św. Antoniego oraz równej im wielkości kobiece postacie alegorie Wiary i Nadziei. Na ołtarzu umieszczono stary, z przełomu XVI i XVII wieku , cudowny obraz Najświętszej Maryi Panny Niepokalanego Poczęcia . Wizerunek przedstawia ukoronowaną Maryję trzymającą Dzieciątko na ręce. Obraz, o wymiarach 158×86 cm, przesłania zasłona z XVII wiecznym wizerunkiem Matki Boskiej Anielskiej /na dole/ i patronką przemyskiej świątyni Marią Magdaleną /na górze/. W 1778 Piotr Polejowski ukończył interesującą ambonę z figurą stojącego na globusie św. Franciszka wygłaszającego kazanie do ptaków i płasko rzeźbioną sceną kazania św. Franciszka do ryb.
Osobne miejsce zajmuje polichromia w kościele Franciszkanów. Na sklepieniu prezbiterium znajdują się obrazy przedstawiające Zwiastowanie, Boga Ojca i Chóry Aniołów. Na sklepieniu nawy głównej widnieje scena Adoracji Świętych i scena pośrednictwa łask od Boga do ludzi poprzez Matkę Boską. Na ścianach nawy znalazły się prace o tematyce maryjnej oraz sceny z życia zakonu franciszkańskiego. W lewej bocznej nawie, na tylnej jej ścianie, upamiętniono historyczną scenę ucieczki z Przemyśla wojsk Rakoczego “porażonych” widokiem relikwii św. Wincentego w roku 1657. Prawa nawa mieści w tylnej swej ścianie scenę męczeństwa franciszkańskich zakonników zamordowanych przez Wołochów na przemyskim rynku w 1498 roku. Wtedy to na skutek zdrady lennika Polski wojewody wołoskiego Stefana doszło do oblężenia Przemyśla przez jego wojska. Parę dni załoga broniła się skutecznie, co rozwścieczyło wojewodę Stefana, który w przypadku zdobycia miasta obiecał oddać je na łup swym wojownikom. W końcu napastnik wdarł się do miasta i rozpoczęła się rzeź ludności. Po złupieniu miasta podpalono je tak, że większa część zabudowań spłonęła. Nie oszczędzono wtedy nawet świątyń. Zakonnicy franciszkańscy zostali wywleczeni na rynek i tam zamęczeni.
Polichromie w przemyskim kościele Franciszkanów, poza ich artystycznym i religijnym wymiarem posiadają dużą wartość poznawczą i stanowią cenny przekaz ikonograficzny. Pozwalają one odtworzyć nie tylko fakty z życia konwentu na tle dziejów miasta, ale zrekonstruować fragmenty zabudowy dawnego Przemyśla.
Osobny rozdział w historii wyposażenia kościoła i klasztoru zajmują olejne obrazy będące najczęściej darami od dobrodziejów świątyni. Z lat budowy pochodzą rokokowe organy z herbem Sieniawa i figurkami muzykującymi ustawionymi na parapecie chóru.
W latach 1789 -1791 zaborca austriacki przeznaczył świątynię na magazyn wojskowy, co pociągnęło za sobą pewne zniszczenia i ogólne zaniedbanie. Nieco później, na początku XIX wieku, rozebrano sygnaturkę. Pewne zmiany na korzyść rozpoczęły się z chwilą uzyskania autonomii przez Galicję, a więc w II połowie XIX wieku. Spore zniszczenia spowodował także pożar w 1864 roku W okresie międzywojennym XX wieku ponownie restaurowano ołtarze i polichromie, a w miejsce usuniętych rzeźb z fasady kościoła znany przemyski malarz Marian Stroński namalował ich kopie. W 1975 miały miejsce kolejne prace remontowo-konserwatorskie z zewnątrz i wewnątrz świątyni. Wykonano nowe tynki zewnętrzne, odrestaurowano bardziej zniszczone pola polichromii wewnętrznej, uporządkowano ciekawe podziemia kościoła oraz przeprowadzono pełną konserwację cudownego obrazu Matki Boskiej z ołtarza wielkiego.
Kościół Jezuitów.
O sprowadzeniu Jezuitów do Przemyśla myślał delegat Polski na Sobór do Trydentu biskup przemyski Walenty Herburt (1560-1572), dopiero jednak w 1610 roku biskup Stanisław Sieciński zaprosił do grodu nad Sanem dwóch przedstawicieli Zgromadzenia Serca Jezusowego, ojców: Bartłomieja Wargockiego i Jędrzeja Łowickiego. Przybyli Jezuici myśleć zaczęli o powołaniu własnego kolegium i o budowie własnej świątyni. Ten nowy obiekt, wobec szybkiego zwiększania się ilości zakonników w mieście, stawał się coraz bardziej potrzebny. Nowa, barokowa w kształcie świątynia powstała dzięki funduszom Anny z Tyrawskich Ulińskiej córki fundatora przemyskiego kościoła OO. Reformatów, Hermolausa Tyrawskiego. Pani ta, wychowanka księżnej Anny Ostrogskiej przeznaczyła na budowę klasztoru (kolegium) jezuickiego kwotę 90 000 zł. oraz 12 000 zł. na kościół, ponadto zapisem testamentowym przeznaczyła na te cele cały swój pozostawiany po śmierci majątek. Po uzyskaniu w dniu 15 kwietnia 1626 roku od Zygmunta III Wazy specjalnego królewskiego przywileju budowlanego, z mocy, którego wybito w murach miejskich bramę na plac budowy, rektor Jezuitów o. Samuel Krasnowski przystąpił do wznoszenia świątyni. Wspomagali również budowę kościoła Jakub Maksymilian Fredro i marszałek wielki koronny Michał Wolski, uzupełniając podstawowy wkład Anny Tyrawskiej. Dzięki ich hojności nowa świątynia, około roku 1631 była już na ukończeniu.
W 1641 roku rektor Jan Kadłubowski witał króla Władysława IV na stopniach gotowej już świątyni. Na początku wieku XVIII wniesiono wiele zmian w wyglądzie świątyni. XVIII wieczne prace ukształtowały ostatecznie wygląd świątyni jezuickiej pod wezwaniem św. Ignacego czyniąc z niej jeden z ładniejszych obiektów miasta. Kościół otrzymał charakter jasnej, harmonijnie rozczłonkowanej budowli barokowej, pięknie posadowionej na zamknięciu ulicy prowadzącej od Rynku. Świątynia posiada trzyprzęsłowe prezbiterium i czteroprzęsłowy trójnawowy bazylikowy korpus. Elewacja frontowa zwieńczona została wolutowym szczytem, w którym centralnie umieszczono duże okno, po jego bokach nisze z posągami. Na obu skrajach dwukondygnacyjnej fasady, której podziały poprowadzono pilastrami toskańskimi /dolna kondygnacja/ i zdwojonymi pilastrami korynckimi i jońskimi /górna kondygnacja/ umieszczono wieże przykryte hełmami z latarniami. Elewację wschodnią zaprojektował w 1760 roku architekt Zamoyskich Józef Degan. Na przedłużeniu naw bocznych umieszczono kaplice mniejsza z lewej strony i większa z prawej. Z tyłu przy wejściu głównym, na szerokiej arkadzie wznosił się chór muzyczny z organami. Równolegle z budową kościoła stawiano budynek kolegium. Początkowo był on budowany z drewna, a w połowie XVIII wieku postawiono gmach murowany. Druga połowa XVIII wieku, na która przypadło wyposażenie świątyni to złoty okres działalności przemyskich Jezuitów, którzy podobnie jak franciszkanie korzystali z wybitnych przedstawicieli lwowskiej szkoły rzeźby i innych twórców. Tworzyli dla kościoła, wykonując ołtarze i figury: Jędrzej Sidorski z Mościsk, autor ołtarza św. Józefa i św. Tadeusza oraz Jan Kruszynowski, wykonawca dwóch figur kamiennych przedstawiających jezuickich świętych wstawionych w nisze fasady. Ołtarz wielki uzupełniało 6 ołtarzy bocznych ustawionych przy filarach oraz dwa ołtarze umieszczone w kaplicy Pana Jezusa i kaplicy Najświętszej Maryi Panny. Na ścianach bocznych, we wnękach umieszczono obrazy 12 apostołów, a przy kaplicach płasko rzeźbione wizerunki św. Alojzego i św. Staniaława Kostki. Wyrazem uznania dla jezuickich zasług był dar od biskupa Sierakowskiego, na który złożyła się biblioteka licząca 3723 tomy oraz drukarnia. Tę ostatnią fundację zatwierdził papież Klemens XI w 1762 roku, biblioteka zaś, w myśl założeń ofiarodawcy, uzyskała status ogólnodostępnej placówki publicznej. 3 grudnia 1773 roku, w związku z kasatą Zgromadzenia Serca Jezusowego odczytano przemyskim Jezuitom bullę papieską znoszącą zakon i tutejszy konwent. Cenna biblioteka trafiła w swej masie podstawowej do Lwowa zasilając tamtejszą bibliotekę uniwersytecką, część woluminów przewieziono do Tarnowa. Wielki ołtarz sprzedano do Krakowca, boczne trafiły do podprzemyskich kościołów. Podobny los spotkał ambonę, organy i ławki, a nawet starą, sprowadzoną w 1697 roku marmurową posadzkę. Dzwony przekazano ruskiej katedrze. W 1820 roku kościół został zamknięty przez Austriaków i zamieniony na magazyn wojskowy. Znacznym uszkodzeniom uległy wschodnie empory, co było wynikiem nieudanej adaptacji pomieszczeń nad lewą nawą boczną na salki szkolne. O skali upadku świadczyć może fakt, że na miejsce ołtarza wielkiego wstawiono portret feldmarszałka Radeckiego na koniu. Sprofanowano wówczas także grobowce biskupów w podziemiach świątyni. Wobec zagrożenia dachu, już po rozebraniu sygnaturki w 1840 roku znaleziono nieco środków by prowizorycznie go naprawić dając pokrycie z gontu. Prace przy kościele rozpoczęto w 1903 roku powierzając je architektowi przemyskiemu Stanisławowi Hajerskiemu, zaś nadzór nad nimi ks. kanclerzowi Józefowi Wiejowskiemu. Na fasadzie wykuto pozłacany napis : “Gloria Socratissimo Cordi Jesu” (czyli ” Chwała Najświętszemu Sercu Jezusowemu “) , “Aed 1627″ i “Rest 1904“. a ponad nimi złoty napis “Jezus” . Sprawiono ołtarz wielki, zakupiony z funduszy biskupa Józefa Sebastiana Pelczara, a wykonany przez Ferdynanda Majerskiego. W ołtarzu zawieszono, malowany przez Tadeusza Popiela obraz Najświętszego Serca Pana Jezusa, powyżej którego w nadstawie umieszczono figurę siedzącej na tronie Madonny z Dzieckiem. Po bokach ustawiono sprowadzone z Tyrolu kamienne figury św. Ignacego, św. Stanisława Kostki, św. Piotra i św. Pawła. Uporządkowano dwie kaplice. Do kaplicy Matki Boskiej sufragan przemyski Karol Fischer zakupił w Częstochowie dokładną kopię cudownego wizerunku Pani Jasnogórskiej, kaplica św. Piotra po przeciwnej stronie prezbiterium wzbogaciła się o obraz św. Antoniego Zembaczyńskiego, stanowiący dar przemyskiego duchowieństwa. dr Feliks Drużbacki z Prałkowiec ufundował ambonę, ks. infułat Teofil Łękawski sprawił stacje Męki Pańskiej, ks. prałat Krementowski przekazał srebrna złoconą monstrancję, a srebrne kielichy przekazali ks. infułat Federkiewicz i Darowscy z Przemyśla. Profesorowie przemyskiego seminarium duchownego sprawili dzwon na wieżę, który odlano w fabryce Karola Schwabe w Białej, poświęcony później przez biskupa Fischera pod nazwą “Jan Kanty”. Ks. Stanisław Siedlecki przekazał kościołowi instrumenty liturgiczne. W wyposażeniu świątyni warto jeszcze zwrócić uwagę na przeniesiony ze Starej Soli koło Sambora XVII-wieczny późnorenesansowy trójkondygnacyjny ołtarz, zwany dzisiaj, od współczesnego obrazu w nim zamontowanego Ołtarzem Matki Boskiej Ostrobramskiej. Na jego predelli znajdują się obrazy na desce przedstawiające Chrystusa w Grobie i apostołów Piotra i Pawła, na kolumnach popiersia Chrystusa i Matki Boskiej w naddatkach górnej kondygnacji św. Sebastian i św. Ciekawy jest także kielich z 1708 roku pochodzący z fundacji Jana Kwasikiewicza z Kielc. 13 listopada 1904 roku ordynariusz przemyski Józef Sebastian Pelczar uroczyście poświęcił odbudowany kościół pod wezwaniem Najświętszego Serca Pana Jezusa, przeznaczając go jako filialny kościół katedry na potrzeby młodzieży i wojska. Zgodnie ze swoją ostatnią wolą w podziemiach tego kościoła spoczęli: biskup Józef Sebastian Pelczar (zm. 1924) i sufragan, biskup Karol Józef Fischer (zm. 1931). Pierwszy z nich miał w kaplicy przy prawej nawie pomnik, ponad wejściem do niej wisiał duży portret biskupa Pelczara, dzieło Mariana Strońskiego.
W okresie powojennym kościół Serce Jezusowego pełnił funkcję kościoła garnizonowego, a dodatkowo obsługiwał też wiernych obrządku greckokatolickiego podczas ich cotygodniowych nabożeństw. Na drugim piętrze budynku klasztornego mieściło się Muzeum Archidiecezjalne założone przez biskupa Sebastiana Pelczara. 2 czerwca 1991 roku podczas wizyty w Przemyślu papieża Jana Pawła II kościół Serca Jezusowego został jego decyzją przekazany w użytkowanie wiernym obrządku bizantyjsko-ukraińskiego (dawniej greckokatolickiego). Na kilka dni przed tym wydarzeniem doczesne szczątki biskupa Józefa Sebastiana Pelczara przeniesiono ukradkiem z kościoła Serca Jezusowego i pochowano w podziemiach przemyskiej archikatedry obrządku łacińskiego łamiąc w ten sposób ostatnią wolę zmarłego. Natomiast do dnia dzisiejszego w podziemiach kościoła pojezuickiego spoczywają doczesne szczątki biskupa-sufragana Karola Józefa Fischera.
Po przejęciu świątyni nowi właściciele dokonali w niej wielu zmian, a przy okazji także i celowych zniszczeń. Między innymi rozebrano ołtarz główny, usunięto stacje drogi krzyżowej i organy, skuto złocony napis łaciński znajdujący się pierwotnie na fasadzie świątyni, który świadczył o jej historii, oraz znajdujący się tam symbol zakonu Jezuitów. Niedawno także z boku nową dzwonnicę. Obecnie kościół Serca Jezusowego pełni funkcję archikatedry metropolii obrządku bizantyjsko-ukraińskiego.
Kościół Karmeltów
Do Przemyśla karmelici sprowadzeni zostali w 1620 r. z inicjatywy zakonnika Andrzeja Brzechwy i Marcina Krasickiego starosty przemyskiego, właściciela Krasiczyna. Ten ostatni powołał fundację w celu stworzenia podstaw materialnych funkcjonowania oraz budowy zespołu klasztornego. Fundację zasilili znacznymi sumami także inni przedstawiciele bogatszej szlachty zamieszkującej ziemię przemyską m.in. Antoni Korniakt, Stanisław Potocki i Walerian Walawski. Do pokaźnych kwot majątek klasztoru powiększały wsie Hubice i Przedzielnica, ofiarowane przez Grzegorza z Siecina Krasickiego.
Rozpoczęte w 1624 r. prace murarskie zakończono już w 1630 r. Nie jest znany twórca kształtu architektonicznego obu budowli. Wcześniej przypisywano go włoskiemu muratorowi Galeazzo Appianiemu związanemu z budową zespołu zamkowo-rezydencjonalnego w Krasiczynie. Aktualnie pogląd ten jest podważany głównie za sprawą braku podstaw źródłowych. Znane jest natomiast nazwisko budowniczego, którym był przemyski cechmistrz murarski Ligęski. W roku zakończenia budowy kościół konsekrowano pod wezwaniem św. Teresy.. Dzięki ofiarności głównie bogatej szlachty oraz mieszczan przemyskich wyposażano i ozdabiano wnętrze kościoła. W 1667 r. ukończono ołtarz główny z czarnego marmuru, gdzie znajdował się namalowany w 1670 roku w Rzymie obraz św. Teresy z Avila, a także wyłożono posadzkę marmurem z Dębnik. Prace nad wnętrzem świątyni przypadły na czasy dominacji w sztuce baroku i rokoka, stąd jej wystrój jest zdominowany elementami pozostającymi pod wpływem tych epok stylistycznych. W XVIII wieku dobudowano piętro i skrzydło wschodnie dochodzące do baszty krawieckiej. Podziemie kościoła stało się miejscem pochówku, najpierw na własne życzenie samego fundatora Marcina Krasickiego. Został on pochowany na własne życzenie w karmelitańskim habicie i złożony do zbiorowej mogiły mieszczącej ciała 80 ojców i braci zakonnych, znajdującej się w podziemiach. Pomyślny dla zgromadzenia okres przerwany został przez pierwszy rozbiór. Karmelitów wygnano w dniu 28 czerwca 1784 roku i przeniesiono do klasztoru w Zagórzu a kościół przekazano grekokatolikom. Kościołem św. Teresy dysponowali grekokatolicy do 1946 roku, tj. do momentu deportacji z Polski do Związku Radzieckiego biskupa Jozafata Kocyłowskiego wraz z częścią duchowieństwa. W tej sytuacji karmelici za pośrednictwem biskupa Franciszka Bardy podjęli starania w magistracie przemyskim o przywrócenie im dawnej własności. Pozornie zakończyły się one powodzeniem. Od 1 lipca 1946 zakonnicy znowu mogli użytkować obiekt. Niedługo jednak przyszło karmelitom urządzać się na nowo w trudnych warunkach powojennej rzeczywistości. Klasztor upaństwowiono decyzją administracyjną z 7 lipca 1952 r., a zakonników siłą w nocy wywieziono. Po październiku 1956 roku W 1958 roku ówczesny prowincjał nakazał ojcu Bogusławowi Woźnickiemu udać się do Przemyśla. Ojciec Bogusław (były więzień Oświęcimia i kolega obozowy J. Cyrankiewicza) zamieszkał początkowo w szafie w zakrystii kościoła (szafa ta jest do dzisiaj przechowywana jako pamiątka) i rozpoczął starania o przydział trzech pokoi. W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, podjęli intensywne prace remontowe przywracające dawny wygląd świątyni. Odsłonięta m.in. pokryte tynkiem freski, zlikwidowano ikonostas, skomponowano nowy ołtarz i przywrócono do dawnego wyglądu fasadę kościoła. W rezultacie ustawy z 1990 r. o zwrocie Kościołowi obiektów sakralnych, karmelitom oddano pozostałą część klasztoru. Kościół ten pełni także funkcję kościoła garnizonowego. Znalazło to swój wyraz w umieszczeniu w jego wnętrzu, na filarach nawy, godeł dawniej stacjonujących w Przemyślu i okolicy jednostek wojskowych – 5 Pułku Strzelców Podhalańskich, 38 Pułku Piechoty Strzelców Lwowskich,10 Pułku Artylerii Ciężkiej (10 PAC) z Pikulic . W prezbiterium umieszczono godła jednostek 14 Brygady Pancernej im. Hetmana Chodkiewicza, której pododdziały jeszcze do niedawna stacjonowały w Przemyślu. Wmurowano tam też liczne tablice pamiątkowe, z których największy rozgłos zyskała ta, poświęcona ofiarom OUN-UPA. W 1985 roku w czasie prac remontowych odkryto na fasadzie świątyni, na całej jej szerokości, inskrypcję fundacyjną w języku łacińskim, zatynkowaną w XIX wieku przez gekokatolików: ”Bogu Najlepszemu, Najwyższemu i Seraficznej Dziewicy, Świętej Teresie, Zakonu Karmelitów Bosych fundatorce. Marcin Krasicki, Świętego Cesarstwa Rzymskiego hrabia, wojewoda podolski, przemyski starosta etc. od fundamentów wzniósł 1631″. W roku 1992 karmelici podjęli starania o dokończenie rekonstrukcji pierwotnej formy architektonicznej, usuwając starą, grożącą zawaleniem drewnianą “kopułę”. Z dawnego wyposażenia skompletowanego dopiero tuż przed przejęciem świątyni przez grekokatolików, zachowały się do dziś boczne rokokowe ołtarze, ambona w kształcie łodzi , na której umiejscowieni zostali dwaj apostołowie Piotr i Paweł wydobywający z jeziora obciążoną rybami sieć. Przy dziobie zwisa kotwica, na rufie umieszczony jest ster a z wysokiego masztu zwieńczonego banderą z krzyżem spływa miotany wichurą żagiel.
Innym interesującym zabytkiem jest przechowywany w zakrystii oryginalny osiemnastowieczny konfesjonał. Nie zachował się do dnia dzisiejszego oryginalny ołtarz główny z czarnego marmuru, w którego miejscu wkomponowano obecnie nowy ołtarz łączący nowoczesną formę z oryginalnymi rokokowymi figurami z kręgu szkoły lwowskiej (św. Joachim, św. Elżbieta, św. Tomasz Apostoł). Udało się odrestaurować duże fragmenty barokowej polichromii w prezbiterium (sceny z życia św. Teresy z Avilla). Najcenniejsze malowidła znajdują się na sklepieniach i ścianach zakrystii. Są to odwołujące się do popularnych w kręgach karmelitańskich wątków teologii mistycznej, siedemnastowieczne freski – m.in. św. Eliasz na górze Karmel, wizerunki świętych: Teresy, Apolonii, Tekli.
Podziemia kościoła Ojców Karmelitów Bosych w Przemyślu stały się miejscem pochówku wielu wybitnych postaci , zasłużonych zarówno dla historii Polski jak i miasta Przemyśla i Przemyskiego Karmelu. Tę chlubną kartę otwiera fundator budowli, Marcin hrabia Krasicki herbu Rogala. Pierwszym zaś zakonnikiem pochowanym w podziemiach kościoła był Ojciec Makary od Najświętszego Sakramentu – Demeski. Zasłynął on jako wielki bohater, który udał się z poselstwem do Tatarów, z oblężonego przez nich Przemyśla, w celu pertraktacji i wniesienia okupu za pozostawienie miasta wolnym. Misję swoją spełnił gdyż znał język Tatarów; odmówiwszy jednak przejścia na islam, poniósł z ich rąk śmierć męczeńską 4 czerwca 1624 roku.
Bazylika Archikatedralna/pod wezwaniem N.M.P. i św. Jana Chrzciciela.
Pisząc o dziejach kościoła katedralnego w Przemyślu, warto krótko wspomnieć o początkach biskupstw na tym terenie. Podstawą do badań był znany fakt przeprowadzenia w IX wieku przez papieża Jana IX (898-900) akcji mającej na celu przywrócenie wyższej hierarchii kościelnej na terenie Moraw. Jej wynikiem była działalność legatów papieskich – arcybiskupa Jana oraz biskupów Daniela i Benedykta. Realizując polecenie papieża, wyświęcili oni arcybiskupa i trzech sufraganów. Odkryte na Wzgórzu Zamkowym w Przemyślu relikty architektury wskazują na znajdujące się tutaj niegdyś obiekty sakralne – preromańską rotundę i monasteriumpreromańską rotundę i monasterium oraz romańską bazylikę trzynawowąromańską bazylikę trzynawową . Badania archeologiczne wykazały też istnienie innego obiektu sakralnego. Pod gotyckim prezbiterium dzisiejszej przemyskiej katedry odkryto ślady budowli w kształcie romańskiej rotundyromańskiej rotundy z jedną absydą. Istnieje przypuszczenie, że w X wieku Mieszko I mógł utworzyć biskupstwo w Przemyślu budując równocześnie, zgodnie z ówczesnym zwyczajem katedrę w formie bazyliki na Wzgórzu Zamkowym. Zdobycie miasta przez Włodzimierza Wielkiego spowodowało przeniesienie biskupstwa do Włodzimierza, a stamtąd do Lubusza. Na możliwość istnienia na tym terenie organizacji kościelnej obrządku łacińskiego w tym okresie czasu wskazuje też bulla “Debitum pastoralis officii” papieża Grzegorza XI z 13 lutego 1375 roku: “na mocy Władzy Apostolskiej oświadczamy : Kościoły w Haliczu, Przemyślu, Włodzimierzu i Chełmie były i są katedralnymi (…) Nadto podnosimy kościół halicki do godności arcybiskupiego, czyli metropolitalnego i poddajemy takowemu na zawsze jako sufraganie kościół przemyski, włodzimierski i chełmski“. Spośród wymienionych wyżej miejscowości najstarszą pod względem administracyjno-militarnym i religijnym był Przemyśl. Tutaj, mógł prowadzić swoją działalność misyjną arcybiskup Bruno z KwerfurtuBruno z Kwerfurtu . Po jego śmierci działalność tą kontynuowali kolejni arcybiskupi misyjni obrządku łacińskiego: Ingelbert i Grzegorz, arcybiskup Stefan (zm. w 1028 r.), Aron (który konsekrował w 1050 r. biskupa Szwecji Osmunda), Ostatnim znanym arcybiskupem łacińskim był Bogumił zmarły w 1092 r.
W 1143 r. przemyski wojewoda Piotr Włast i biskup krakowski Mateusz, w liście do św. Bernarda podają zmianę na tym terenie obrządku z łacińskiego na wschodni. Pierwszym znanym z imienia arcybiskupem obrządku wschodniego jest Antoni przybyły w 1218 roku do Przemyśla z Nowogrodu Wielkiego, a ostatnim Piotr (1245 r). Powrót grodu w 1344 r. do Polski powoduje powołanie biskupów przemyskich obrządku łacińskiego od 1352 r. podległych bezpośrednio Stolicy Apostolskiej, którzy noszą nazwę biskupów Rusi. Pierwszy z nich to Iwan, który zmarł w 1352 r. Po jego zgonie Stolica Apostolska przeznaczyła na biskupa przemyskiego przeora kościoła dominikańskiego w Sandomierzu, Mikołaja. W roku 1377 biskupem przemyskim zostaje Eryk Winsen. Władysław Jagiełło w 1412r., przekazał wyznawcom obrządku łacińskiego świątynię znajdującą się na Wzgórzu Zamkowym. Tam też biskup Maciej, następca Eryka, przeniósł katedrę. Jak podaje Jan Długosz jeszcze w 1412 roku sprawowano w nim obrządek wschodni i wtedy to “król Władysław (…) w obecności biskupów kościół katedralny na Zamku Przemyskim wspaniale z kamienia ciosowego zbudowany, w którym sprawowano dotychczas obrządek grecki pod zarządem biskupa ruskiego, kazał poświęcić na katolicki i na łaciński obrządek przemienić, usunąwszy najpierw z grobów kości i prochy Rusinów. Kapłani ruscy i lud uważając to wydarzenie za szczególną hańbę i zniewagę dla swego obrządku, opłakiwali je wśród gorzkich westchnień i głośnych narzekań.” Jako przyczynę takiego właśnie postępowania króla, Długosz podaje chęć oczyszczenia się z niesłusznego zarzutu wysuwanego przeciw Jegielle przez Niemców jakoby ten “sprzyjał odszczepieńcom”. Jeśli chodzi o dalsze losy tej świątyni, to około roku 1470 postanowiono ją rozebrać a uzyskany materiał w postaci ciosów kamiennych przeznaczyć na budowę nowej katedry obrządku łacińskiego. Z omawianą rozbiórką wiąże się pewne stare ruskie podanie mówiące o tym, że jakoby katolicy przenosząc ciosy starej zamkowej katedry na nowe wyznaczone budową miejsce rzekomo “umyli pierwej każdy jej kamień w Sanie, chcąc tym sposobem przyszłą katedrę z dawnej schizmy zupełnie oczyścić”. To “umywanie kamieni” w Sanie miało dostarczać dowodów na pogardę obrządku wschodniego ze strony łacinników.
Rozpoczęcie budowy nowej katedry przypadło na lata zarządu diecezją przemyską przez biskupa Mikołaja Błażejowskiego (1452-1474). Nowy obiekt zlokalizowano w miejscu gdzie znajdowała się romańska rotunda. Relikty tej budowli znajdują się obecnie pod prezbiterium dzisiejszej bazyliki archikatedralnej. Dalsze prace zostały wznowione pod koniec XV wieku tak, że w ich wyniku ukończono nawę główną , a całość budowli pokryto drewnianym dachem. Jednak w czasie jednego z licznych w owym czasie napadów Tatarów na miasto w 1495 roku wybuchł wielki pożar, który zniszczył dopiero, co wymurowaną nawę główną wraz z dachem. Większe prace remontowe rozpoczęto za biskupa Macieja z Drzewicy Drzewickiego (1505-1513), kiedy to naprawiono filary i sprawiono nowy dach pokryty wypalaną glinianą dachówką. Ponieważ miasto było narażone na początku XVI wieku na częste zbrojne napady, postanowiono nadać katedrze obronny charakter. Zbudowano strażnicę, ustawiono przed każdym wejściem obronne przedmurza, zakupiono na potrzeby parafii katedralnej proch i armaty oraz ciężkie kute drzwi. Zadbano też o wyposażenie wnętrza kościoła: założono witraże, położono kamienną posadzkę, sprawiono sygnaturkę na dachu. Ostatecznie wykończono kościół w roku 1549 za rządów biskupa Jana Dziaduskiego (1545-1559).
W okresie późniejszym przemyski ordynariusz Aleksander Antoni Fredro (1724-1734) rozpoczął wielki remont świątyni katedralnej, który nadał mu nowy barokowy charakter, wybudowano kaplicę grobową Fredrów przylegającą do południowej ściany świątyni, zmieniono także jej fasadę gdzie wymurowano barokowy portyk, poniżej którego umieszczono herb biskupa Fredry (Bończa) oraz łaciński napis odnoszący się do przebudowy. Niestety po zakończeniu tych prac zdarzyła się tragedia – przed pierwszą niedzielą Wielkiego Postu 1732 roku w nocy runęło ciężkie nowe sklepienie katedry niszcząc również nowe filary oraz znajdujące się wewnątrz 62 pomniki. Mimo tego zdecydowano o potrzebie odbudowy świątyni. Do roku 1743 odtworzono stan sprzed katastrofy, a 3 maja 1744 biskup Hieronim Sierakowski (1743-1760) poświęcił ponownie odbudowaną świątynię. Ważnym przedsięwzięciem budowlanym była budowa wieży katedralnej, którą wówczas ukończono tylko do pierwszej kondygnacji (29 m).
W wyniku I rozbioru Polski w 1772 roku nastąpiły ciężkie czasy dla Kościoła w Przemyślu. Przejęto wówczas wiele kosztowności na zasilenie skarbu państwowego. Kolejna poważna przebudowa świątyni miała miejsce za biskupa Łukasza Soleckiego (1882-1900). Głównym jej architektem mianowano T. Prylińskiego z Krakowa, a za prace rzeźbiarskie odpowiedzialnym był F. Majerski z Przemyśla. Odsłonięto wewnątrz prezbiterium, odtworzono zamurowane okna nadając im gotycką dekorację. F. Majerski wykonał według projektu T. Prylińskiego neogotycki ołtarz wielki, a także sprawiono nowe ołtarze boczne i ławki. Zakupiono zaprojektowane przez J. Matejkę i T. Prylińskiego a wykonane przez Lisiewicza i Unieżyckiego nowe witraże. Po śmierci biskupa Soleckiego w 1900 roku jego dzieło kontynuował biskup Sebastian Pelczar (1900-1924). W 1901 roku rozpoczął pierwsze prace w katedrze artysta malarz z Krakowa T. Popiel. Powrócono także do kontynuacji budowy wieży katedralnej, dodając drugą kondygnację, umieszczając na jej narożach czterometrowej wysokości figury oraz cztery podświetlane tarcze zegarowe o średnicy 2.5 m . Całość 71 metrowej wieży zwieńczono hełmem zwieńczonym 4.5 metrowym krzyżem. 30 października 1910 roku w 500 rocznicę bitwy pod Grunwaldem w południową zewnętrzną ścianę prezbiterium wmontowano “płytę grunwaldzką”. Płaskorzeźba przedstawia moment wjazdu do Przemyśla króla Władysława Jagiełły i królowej Jadwigi i powitanie ich przez biskupa Eryka Winsena. Wśród mieszczan tworzących tło powitania można rozpoznać współczesne osobistości przemyskie: biskupa Pelczara, burmistrza Dolińskiego, posła do Sejmu doktora Tarnowskiego i innych.
Rekwizycja dokonana przez zaborcę na cele wojenne w 1915 roku pozbawiła kościół trzech z czterech dzwonów oraz znaczne ilości piszczałek organowych. Straty te uzupełniono dopiero w 1928 roku zakupując w Poznaniu nowe organy firmy braci Biernackich. Dalsze losy katedry związane były z wydarzeniami wojennymi. 25 czerwca 1941 roku podczas walk niemiecko – radzieckich bomba uszkodziła sygnaturkę na dachu katedralnym , w której na nieszczęście na czas wojny schowano część skarbów katedralnych oraz inwentarz jej wyposażenia. Podobnie jak witraże J. Matejki w popękanym od wybuchu prezbiterium, skarby i inwentarz uległy zniszczeniu. Mimo okupacji biskup Franciszek Barda (1933-1966) natychmiast po zniszczeniu podjął prace przy naprawie dachu. Nie wykonano wtedy sygnaturki, którą odbudowano dopiero w 1985 roku.
W 1960 roku dekretem Stolicy Apostolskiej kościół podniesiono do rangi bazyliki mniejszej, zaś w 1992 roku po utworzeniu Przemyskiej Prowincji Kościelnej obiekt stał się świątynią archikatedralną. Ostatnią generalną restaurację przeprowadzono w latach 1995-1999. Jej zakres obejmował między innymi malowidła naw, kaplice boczne, ołtarze, konfesjonały i ławki. Ułożono nową posadzkę i wprowadzono jeden z najnowszych systemów grzewczych – ogrzewanie posadzkowe.
Obok Katedry znajduje się zabytkowy pałac biskupi wybudowany w 1754 roku, który znajduje się za północną ścianą świątyni. Z katedrą związane było istnienie ważnej placówki wychowawczej Przemyśla mianowicie szkoły katedralnej. Powstała ona na początku XV wieku, a od XVIII wieku została przeniesiona do budynku misjonarzy znajdującego się obecnie naprzeciw barokowej fasady świątyni. Przy ulicy Zamkowej znajduje się budynek Seminarium Duchownego obrządku łacińskiego, w którego kaplicy mieszczą się freski słynnego malarza kościelnego z okresu międzywojennego Rosena, a nadto pomniki przeniesione tu w XIX wieku z dawnej katedry. Obecnie w katedrze znajduje się 20 pomników pośmiertnych, głównie biskupów przemyskich. Szereg cennych pamiątek mieści się dzisiaj w 13 ołtarzach, jakie znajdują się w świątyni. Najpiękniejszą wydaje się być alabastrowa figurka Matki Boskiej Jackowej znajdująca się w ołtarzu Najświętszej Maryi Panny. Według legendy przebywający w pierwszej połowie XIII wieku w Kijowie dominikański misjonarz Jacek Odrowąż uciekając z tego miasta uniósł figurkę ze sobą i w drodze do Krakowa miał pozostawić ją w Przemyślu. Innym cennym zabytkiem jest najstarszy katedralny ołtarz św. Stanisława, wykonany z czarnego marmuru w 1610 roku oraz piękna barokowa chrzcielnica zakupiona przez kapitułę katedralną w 1692 roku. Wiele cennych zabytków znajduje się także w skarbcu świątyni, do których zaliczyć można: barokowy złoty kielich z XVII wieku, relikwiarze monstrancyjne, osiemnastowieczne ornaty, korony Matki Boskiej Jackowej, złota monstrancja z 1765 roku, liczne kielichy i puszki na komunikanty.
Uff, potężna dawka historii, choć nie wszystkie miejsca godne zobaczenia udało się nam zwiedzić. Ach ten czas, a raczej jego brak. Przemyśl wart jest co najmniej tygodniowego pobytu.
Wracamy pasmem malowniczych Gór Słonnych – to niewielkie pasmo o długości około 20 km, należy do Gór Sanocko-TurczańskichGór Sanocko-Turczańskich , w Karpatach WschodnichKarpatach Wschodnich . Przebiega z północnego-zachodu na południowy-wschód. Nazwa gór pochodzi od słonych źródeł, które występują na tym terenie, i z których od średniowiecza pozyskiwano sólsól metodą warzenia. Ostatnie słone regularne żupy solne zostały prawdopodobnie zlikwidowane przez Austriaków po pierwszym zaborze w ochronie własnego monopolu solnego, choć istnieją relacje o uzyskiwaniu soli w celach zarobkowych przez miejscowych chłopów jeszcze w latach II Wojny Światowej. Współczesne analizy wody pochodzącej z jednej ze starych kopanek w okolicach TyrawyTyrawy nomen omen SolnejSolnej wskazuja na zawartość soli do 11%.
Góry od południa ograniczone Kotliną SanockąKotliną Sanocką i ZagórskąZagórską , od zachodu przełomowym odcinkiem SanuSanu pomiędzy TrepcząTrepczą a MrzygłodemMrzygłodem ; od północy wyraźnym obniżeniem doliny Tyrawskiego Potoku i Borsukowca oddziela się od Pogórza PrzemyskiegoPogórza Przemyskiego , wreszcie od wschodu przełomowym odcinkiem Olszanickiego Potoku oddziela się od “Czarnego Działu”.
Góry gęsto porośnięte są buczyną karpackąbuczyną karpacką z domieszką jodły czy grabu, niewielkie tylko obszary zajmują lasy modrzewiowe, sosnowe lub świerkowe. Na obszarze Gór Słonnych ustanowiono Park Krajobrazowy Gór SłonnychPark Krajobrazowy Gór Słonnych , znajduje się tu kilka rezerwatów “Polanki”, “Dyrbek”, “Olszynka w Wańkowej”, “Góra Sobień”
Północna, część gór – wyższa (“grzbiet główny”), ciągnąca się długim prostym, nieprzerwanym, praktycznie płaskim wałem od doliny Sanu w okolicach Dębnej po przełomowy odcinek Olszanki między Wańkową a Olszanicą, w tej części znajdują się najwyższe, słabo wyodrębnione kulminacje kolejno od zachodu: Moczarki (572 m n.p.m.n.p.m. ), Słonny (668 m n.p.m.), Słonna (639 m n.p.m.), Przysłup (658 m n.p.m.) , Kamionka (631 m n.p.m.). Południowa cześć, składa się z kilku wyraźnie oddzielonych masywów, silnie rozczłonkowanych, plątaniny pasm bocznych i dolinek: od zachodu “Orli Kamień” 518 m npm, Granicka 575 m npm, Paproć 503 m npm. Poszczególne grupy oddzielone od siebie dolinami potoków Liszniańskiego, Olchowieckiego i Wujskiego. W szczytowych partiach Grupy Orlego Kamienia i Granickiej piaskowcowe skałki ostańcoweostańcowe .
Główne miejscowości: SanokSanok (a właściwie jego przedmieścia), ZałużZałuż , MonasterzecMonasterzec , BezmiechowaBezmiechowa na południowych stokach, LisznaLiszna , WujskieWujskie w centrum, Tyrawa SolnaTyrawa Solna , SiemuszowaSiemuszowa , HołuczkówHołuczków , Tyrawa WołoskaTyrawa Wołoska , PaszowaPaszowa na stokach północnych.
Zabytki przez nas nie zwiedzone: Zamek “SobieńSobień ” pomiędzy Monastercem a Załużem. Cerkwie drewniane w HołuczkowieHołuczkowie i Tyrawie SolnejTyrawie Solnej . Wczesnośredniowieczne (do ok. XIIw.) grodzisko na “Białej Górze” w Grupie Orlego Kamienia, małe, ale w bardzo niedostępnym miejscu i zwracające uwagę silnymi fortyfikacjami ziemnymi.
Na południowych stokach, przy samym dnie doliny Sanu liczne bunkry “Linii Mołotowa”“Linii Mołotowa” , zbudowane w latach 1939-41 przez Związek Radziecki, większość obiektów została zniszczona w walce lub wysadzona przez Niemców.
Na południowych stokach grupy Orlego Kamienia zlokalizowane jest Muzeum Budownictwa Ludowego w SanokuMuzeum Budownictwa Ludowego w Sanoku , wykorzystujące ukształtowanie terenu do odtworzenia wyglądu naturalnego otoczenia budownictwa ŁemkówŁemków i BojkówBojków , o którym piszę wcześniej.
Jeszcze ciekawe zdarzenie opisane przez A. Fredrę w Pamiętnikach. Trzy po trzy”
W XVI w. żył niespokojny szlachcic, zawadiaka, zmyślacz i gaduła imć Kitajgrodzki. Narażał się swym sąsiadom, bo do wypitki i bitki był bardzo skory. Napadał także na kupców wędrujących od strony Węgier. Aliści znalazł godnego przeciwnika w osobie okrutnego zbója Wolfa. Tego już szlachcicowi było za wiele. Postanowił zbuja wytropić i pojmać zyskując chwałę wśród kompanów. Już go prawie miał, ale łupieżca wymkną się pułapce. I kiedy Kitajgrodzki zasadził się na tabor kupców, aby „pobrać myto” zauważył wśród hajduków onego. Herszt zmiarkowawszy, co się świeci zdołał umknąć.
Kilkakrotnie zasadzał się zawzięty szlachcic na przeciwnika i wreszcie urządziwszy ogromną obławę złapał go i w dybach powiózłszy oddał katu pod topór przechodząc do legendy jako dobroczyńca tych stron.
Dzień dziewiąty – wtorek 11 09
I znowu „nici” z wędrówki. Leeeje na potęgę. Zajmujemy się wszystkim i niczym. Wieczorem zaklinanie pogody turystyczną piosenką. A jest co zaklinać. Mamy w planie rejs po Solinie.
Dzień dziesiąty – środa 12 09
Słabe to były zaklinania. Nadal leje. Ale nic to jedziemy w kierunku zapory. W Myczkowcach.1961-68 zbudowano zaporę i elektrownie w Solinie. Długości – 664 m., wys. – 82 m., spiętrzenie wody do 60 m. Pojemność jeziora – 474 mln m sześ., pow. ok. 2100 ha (21 km kw.). Zalew objął San na długości prawie 27 km i Solinkę na dług. przeszło 14 km. Jezioro ma więc dwie główne odnogi, a całkowita długość linii brzegowej przekracza 150 km. elektrownia ma moc 140 MW. Z czterech turbozespołów dwa o łącznej mocy 96 MW produkują energię, dwa dalsze (40 MW) w dzień wytwarzają energię, a w nocy pompują wodę z Jeziora Myczkowieckiego do Solińskiego.
Stworzenie tak olbrzymiego Jeziora jak Solińskie wymagało zalania terenów kilku wsi. Pod wodą znalazły się: Solina, Teleśnica Sanna, Horodek, Sokole, Chrewt i duża część Wołkowyji. W latach 1961 – 1968 zrealizowana została kolejna, z planu perspektywicznego, budowa Elektrowni i Zapory Wodnej Solina.
Stopień ten przewidziany był jako największy i najwyższy w planowanej kaskadzie 16 elektrowni. Do podstawowych efektów, które były brane pod uwagę przy podejmowaniu decyzji o realizacji Soliny należały: względy energetyczne, ochrona przed powodzią oraz podwyższanie przepływów minimalnych, powstanie bazy dla hodowli ryb, pobór wód dla celów komunalnych, powstanie warunków dla organizowania wypoczynku, sportów wodnych, rozwoju turystyki.
W wyniku 7 lat budowy Elektrowni Wodnej Solina przegrodzono rzekę San zaporą betonową typu ciężkiego o wysokości 82 m, długości 664m i kubaturze 760.000 m3, przez co powstał zbiornik wodny, największy spośród ponad pięćdziesięciu sztucznych zbiorników w naszym kraju o pojemności 497 mlnm3 przy powierzchni zalewu 2200 ha, przy czym długość zalewu wzdłuż Sanu – 26,25 km, a wzdłuż Solinki (drugiej odnogi zalewu) – 14 km.
Maksymalna głębokość zbiornika (przy zaporze) – 60 m. Wewnątrz zapory na 4 poziomach biegną galerie komunikacyjno-kontrolne o łącznej długości 2073 m. Zapora posiada 3 sekcje przelewowe z przelewami służącymi do zrzutu wody jałowo. W sekcjach przelewowych znajdują się również dwa upusty denne.
W sekcjach zapory przylegających do elektrowni wodnej zabetonowane są rurociągi stalowe doprowadzające wodę do turbin elektrowni; średnica rurociągów – 2 nitki po 6 m, 2 nitki po 4 m.
Imponujące to dane techniczne. W podziemiach elektrowni zabezpieczanie, olbrzymie rury, czujniki, manometry. Przewodnik cierpliwie objaśnia tajniki pracy zespołów. Jesteśmy pod wrażeniem, choć skuleni z zimna i wilgoci. Czekając na powrotny autobus rozgrzewamy się herbatką w traktierni.
Dzień jedenasty – czwartek 13 09
Mglisto, wilgotno i siąpi. Jedziemy autokarem zamiast szlakiem. Pierwszy etap Iwonicz Zdrój jest starym, pięknym uzdrowiskiem w południowo – wschodniej Polsce, położonym 18 km od Krosna, usytuowanym wśród niewysokich gór, osłoniętym lasem. Jest największym uzdrowiskiem Podkarpacia, jednym z najstarszych w kraju. Słynie dzięki wodom mineralnym, które wspomagają leczenie chorób narządów ruchu, reumatycznych, układu trawienia i oddechowego.
Iwonicz Zdrój jest jednym z najstarszych uzdrowisk – umowna data początków leczenia to rok 1578 kiedy lekarz nadworny Stefana Batorego – Wojciech Oczko opisał walory lecznicze iwonickich wód mineralnych w swoim dziele lekarskim pod tytułem “Cieplice”. Odkrycie źródeł leczniczych stało się znacznie wcześniej jednak nie możliwe jest ustalenie tego terminu. Osadnictwo człowieka na terenach dzisiejszego Iwonicza sięga czasów neolitu tj. 4000 – 2000 lat p.n.e. Najstarsza wzmianka pisana pochodzi z 1413 roku , a od 1427 – w źródłach pisanych są już częste informacje o Iwoniczu. W 1464 bp. przemyski Mikołaj Błażejowski konsekrował nowo wybudowany kościół (istniejący do dziś) i nadał Iwoniczowi rangę parafii. W czasach tych miejscowość była własnością Iwanickich, ale w wyniku podziałów spadkowych w częściach stawała się własnością innych rodów szlacheckich, a w w drugiej połowie XVI wieku przeszła na własność rodziny Sienieńskich. Sienieńscy przejęci ideami reformacji wspierali kalwinizm a później arianizm. Na polecenie Zbigniewa Sienieńskiego w 1599 roku został zbudowany zbór ariański. W wieku renesansu rozwijały się nauki przyrodnicze i wzrosło zainteresowanie leczniczymi właściwościami wód mineralnych.
W wieku XVII uzdrowisko cieszyło się już dużą popularnością. Lekarz z Przemyśla Jan Sechkini w 1630 roku opisał walory wód iwonickich wraz z podaniem wskazań lekarskich. Niestety w latach najazdów i wojen uzdrowisko zamierało. A najazdów tych Iwonicz przeżył wiele od węgierskiego (1474), przez tatarski (1624), szwedzki (1655-56), siedmiogrodzki (1657) aż do rozbiorów polski (1769-72) kiedy to na tych terenach toczyły się krwawe walki między Konfederatami Barskimi, a wojskami carowej Katarzyny. Po rozbiorze Polski władze Austriackie nie darzyły zainteresowaniem przywłaszczonych ziem. Restauracja uzdrowiska rozpoczęła się po upadku powstania listopadowego w 1831 roku. Wówczas to w Iwoniczu osiadł ostatni naczelnik powstania na Żmudzi – Karol Załuski. On to podjął dzieło odbudowy zagubionego wśród lasów uzdrowiska. W 1837 roku uruchomiono nowy zakład kąpielowy wokół którego powstawały pierwsze pensjonaty. Zasługi w popularyzowaniu uzdrowiska w tamtych czasach należy przypisać Wincentemu i Józefowi Polom, dr Teodorowi Torosiewiczowi, Adamowi Barachowi i innym.
W drugiej połowie XIX wieku nastąpiła dalsza rozbudowa zakładu Zdrojowego. Wzniesiono wiele nowych willi i pensjonatów, rozbudowano zakłady przyrodolecznicze. Dalszy rozwój uzdrowiska to głównie zasługa prof. dr Józefa Dietla. Na jego wniosek przeprowadzono rekonstrukcję źródeł uzyskując znaczny wzrost ich wydajności. Znanym od wieków źródłom nadano wtedy imiona: Karola, Józefa i Amelii. Na drugą połowę XIX wieku przypada okres prosperity uzdrowiska. Oprócz masowo przyjeżdżających Polaków z Galicji leczyli się tu chorzy z całej Europy oraz Turcji, Iranu, Palestyny i Egiptu. Był miejscem spotkań elity kulturalnej, znanych poetów, pisarzy i artystów. Produkty zdrojowe: sól jodowo-bromowa, borowina i wody mineralne znajdowały odbiorców w kraju i za granicą. Od 1867 Galicja uzyskała autonomię i Iwonicz stał się aktywnym ośrodkiem działalności patriotycznej.
W pierwszych latach XX wieku wybudowano kilkanaście kolejnych pensjonatów. Wzniesiono nową szkołę, dom ludowy, kółko rolnicze, utworzono straż ogniową, orkiestrę dętą i zespół teatralny. Tuż przed I wojną światową Iwonicz odwiedzało w sezonie około 9000 osób. W czerwcu 1914 roku z okazji ćwiczeń wojskowych pod Krosnem uzdrowisko Iwonicz odwiedził Józef Piłsudski. W czasie I wojny, a głównie w latach 1914-15 uzdrowisko zostało poważnie zdewastowane. W ostatnich latach wojny działała tu placówka Polskiej Organizacji Wojskowej pod dowództwem por. Ludwika Buczka, Iwoniczanina, późniejszego pułkownika W.P. W okresie międzywojennym początkowo nastąpiła szybka odbudowa i dalsza rozbudowa uzdrowiska, którą wstrzymał gospodarczy kryzys światowy. Kryzys ten szczególnie dotknął rodzinę Załuskich, właścicieli zakładu zdrojowego. W 1929 roku zakład zdrojowy znalazł się pod przymusowym zarządem państwowym Skarbu Państwa. Lata trzydzieste to kolejny rozkwit Iwonicza Zdroju – budowa nowych willi i pensjonatów. Powstały pierwsze nowoczesne zakłady lecznicze, jak lecznica ortopedyczna “Sanato” (1928) czy sanatorium “Excelsior” Związku Kas Chorych (1931).
W sezonach letnich uzdrowisko było znów ulubionym miejscem wypoczynku znanych osobistości świata artystycznego. Między innymi bywali tu Adam Didur, Jan i Władysław Kiepurowie. Przed wybuchem II wojny w uzdrowisku leczyło się i wypoczywało ponad 19.000 osób rocznie. Okres wojny to trwałe zniszczenia uzdrowiska i części wsi Iwonicz. Dewastację dokończyły stacjonujące w latach 1944-45 oddziały Armii Czerwonej. Wiele osób zamieszkałych w Iwoniczu została w tym czasie aresztowana przez NKWD i wywieziona na Syberię za udział w oddziałach AK.
Po 1945 roku Zakład Uzdrowiskowy został znacjonalizowany i przejęty przez Ministra Zdrowia i Opieki Społecznej. Obiekt nie nadawał się do użytku, wymagał kapitalnego remontu i pełnego wyposażenia. W sierpniu 1945 roku obiekt został ponownie otwarty po wyremontowaniu przez bezinteresowną byłą załogę pod kierownictwem dr Józefa Aleksiewicza. W kolejnych latach adaptowano sezonowe pensjonaty na sanatoria, zmodernizowano istniejące zakłady przyrodolecznicze, wyposażając je w sprzęt medyczny. Z roku na rok ilość pensjonariuszy zdecydowanie wzrastała. W 1953 roku Zakład Zdrojowo-Kąpielowy przekształcony został w Przedsiębiorstwo Uzdrowiskowe. Trzy lata później nastąpił podział Iwonicza na osiedle Iwonicz Zdrój i wieś Iwonicz. Na dalszy rozwój uzdrowiska zdecydowany wpływ miało utworzenie w “Excelsiorze” pierwszych Ośrodków Naukowo-Badawczych Akademii Medycznej z Lublina. Odkryto też bogate złoża borowinowe w pobliskich Targowiskach.
W roku 1973 Iwonicz Zdrój otrzymał prawa miejskie i równocześnie reaktywowano gminę Iwonicz Zdrój. Stało się to impulsem do rozbudowy bazy sanatoryjnej. powstawały branżowe zakłady lecznicze i sanatoryjne węzły zabiegowe. W wyniku wierceń i rekonstrukcji odwiertów ponaftowych, uzyskano nowe wody mineralne: “Lubiatówka 15″, “Klimkówka 25″, “Klimkówka 27″ i “Zofia 3″. Obecnie w uzdrowisku działają ośrodki naukowo-badawcze: ortopedii, neurologii, reumatologii, gastrologii, laryngologii, kardiologii i ginekologii Akademii Medycznej w Lubinie. Leczy się i wypoczywa około 30.000 ludzi rocznie. Degustujemy l4ecznicze wody w Pawilonie Nad Źródłami – usytuowanym przy placu Karola i Józefa Załuskich, wzniesionym w 1837 roku, w kształcie gloriety z ustawionymi na kamiennych postumentach ośmioma kolumnami, dźwigającymi doryckie belkowanie i kopulasty dach. Obok pijalni przepiękna Statua Matki Boskiej Przedziwnej – z 1891 roku, piękna rzeźba Antoniego Stechlika, ustawiona na tle stromego stoku podnóża Góry Przedziwnej (Mons Admirabilis). Śnieżnobiała statua wyraźnie rysuje się na zielonym tle wzgórza i od ponad wieku jest już miejscem wielkiego kultu i czci kuracjuszy i mieszkańców dla iwonickiej Matki Bożej Przedziwnej.
Koniecznie spacer do Bełkotki wsławione w „Pieśni o ziemi naszej” W. Pola – pomnik przyrody i historii uzdrowiska, źródło znajdujące się w czworobocznym ocembrowaniu, z którego ulatnia się gaz ziemny, wywołując bełkot wody. Uważana była w minionych wiekach za najcenniejsze źródło lecznicze. Opisywana jako curiosum przez lekarzy krajowych i zagranicznych, sławiona przez poetów. Obok źródła płaskorzeźba głowy Wincentego Pola, dłuta Władysława Kandefera. Do źródła prowadzi malownicza Aleja Wincentego Pola, stanowiąca ścieżkę dydaktyczną, przyrodniczo – historyczną. Pełno na niej tablic i oznakowanych informacjami drzew.
Teraz trochę rozrywki i treningu dla spragnionych nóg, bowiem w zasięgu mamy Rezerwat skalny Prządki. Utworzony w lutym 1957 roku dla “zachowania ze względów naukowych i krajobrazowych grupy skał piaskowcowych wyróżniających się charakterystycznymi formami, wytworzonymi wskutek erozji eolicznej” Teren rezerwatu w całości leży, tuż przy drodze Krosno-Rzeszów. Zajmuje on wschodnią część grzbietu będącego działem wodnym dla potoku Marcinek i Czarnego Potoku. Najwyżej położony punkt rezerwatu znajduje się na wysokości 520 m.npm. Rezerwat jest położony w obrębie Czarnorzecko-Strzyżowskiego Parku Krajobrazowego i stanowi jedną z największych jego atrakcji.
Rezerwat obejmuje grupę ostańców skalnych, o wysokości do ponad 20 m, zbudowanych z gruboziarnistego piaskowca ciężkowickiego, którego wiek geologiczny określany jest jako dolny eocen (55-35 mln. lat temu). powstałych w wyniku różnej odporności na wietrzenie chemiczne i mechaniczne. Prządki reprezentują jedną z form wietrzenia określaną jako tzw. grzyby skalne. Poszczególne skały posiadają własne nazwy, m.in.: Prządka-Matka, Prządka-Baba, Herszt. Nazwa rezerwatu pochodzi od legendy głoszącej, że skały są dziewczętami zamienionymi w kamień, ukaranymi za przędzenie lnu w święto.
Wypogadza się na, tyle, że można podziwiać zadziwiające kształty i formy skalne a i strome podejście staje się miej niebezpieczne.
I znowu w drogę do Odrzykonia. Bardzo efektowne ruiny zamku w Odrzykoniu leżą na skalistym wzgórzu nieopodal Krosna na wysokości 452 m. Dookoła rozciąga się malowniczy pagórkowaty krajobraz Pogórza Dynowskiego. Kilka skałek jakby przeniesionych z rezerwatu “Prządki” można zobaczyć przy samym zamku. Jedna z nich (przy wejściu) nazwana została “Strażnicą”.
Mimo że na przestrzeni dziejów zamek ulegał wielu przebudowom i rozbudowom to jednak zachował do dzisiaj kilka pierwotnych, gotyckich elementów. Przez długi okres czasu podzielony był na dwie części będące w posiadaniu różnych właścicieli. Jedną stanowił zamek górny z przedzamczem zachodnim, drugą zamek średni z przedzamczem wschodnim. Okres świetności Kamieńca przypada na wiek XVI i XVII kiedy to przebywali tu m.in. król węgierski Jan Zapoyla i przywódca ideowy arian Faust Socyn.
Obecnie wejście znajduje się od strony wschodniej, ponieważ jest ona lepiej zachowana. Widać pozostałości zamkowych budynków, w tym kaplicy.
Msze na zamku. Dzięki staraniom obecnych właścicieli zamku uzyskano zgodę arcybiskupa Józefa Michalika na stałe Msze Święte w ruinach zamkowych. Znajduje się tu też niewielkie muzeum z militariami i eksponatami związanymi z historią warowni. Druga połowa zamku z najwyższymi murami, z powodu osunięcia się kamieni i trwających już kilka lat prac konserwatorskich jest zamknięta dla zwiedzających, Z wału zamkowego widać potężną skałę, na której usadowiono mury zamku górnego z charakterystycznymi “kolcami”. Na zamku górnym znajduje się też pomnik Tadeusza Kościuszki z XIX wieku postawiony w setną rocznicę insurekcji.
Pierwsze informacje o murowanym zamku w Odrzykoniu pochodzą z okresu panowania Kazimierza Wielkiego, konkretnie z roku 1348. Był on wtedy własnością królewską. Przypuszcza się, że wcześniej (IX w.) istniało tu miejsce kultu pogańskiego, następnie gród a jeszcze później zamek drewniany zniszczony przez Tatarów w XIII w. Początkowo zamek murowany nie miał wieży, a kamienny portal wejściowy znajdował się od strony północno-wschodniej. Zachodnią część zajmowały pomieszczenia mieszkalne, natomiast wschodnia od przedzamcza przeistoczyła się z czasem w zamek średni. Zamek górny miał, bowiem dość małą powierzchnię, więc nowe budynki stawiano właśnie na wschodnim przedzamczu.
Mikołaj Kamieniecki piastował najważniejsze stanowiska w kraju i należał do najbardziej poważanych i zaufanych ludzi króla Zygmunta Starego. Od 1496 roku był kasztelanem krakowskim i sandomierskim, od 1503 r. hetmanem wielkim koronnym, później jeszcze starostą sanockim, wojewodą sandomierskim i krakowskim. Uważano go za człowieka bardzo uprzejmego, dowcipnego, ale zarazem poważnego i surowego w sprawach wojskowych. W 1506 r. wkroczył do Mołdawii i pod Czerniowcami rozbił tamtejsze wojska. Gdy kilka lat później hospodar mołdawski Bogdan napadł na Ruś i Podole, wyruszył przeciw niemu hetman Kamieniecki. Jednak Hospodar na samą wieść o nadciągających Polakach wycofał się. Hetman ponownie wyruszył, więc na wyprawę odwetową na Mołdawię i tam zadał Wołochom znaczne straty, zabierając bogate łupy. Wracając do kraju został zaatakowany na przeprawie przez Dniestr, ale po kilku dniach ciężkich walk odniósł sławne zwycięstwo, osobistym staraniem biorąc do niewoli znaczących dostojników mołdawskich. W 1512 roku pod Łopusznem mając do dyspozycji 5000 kawalerii wyciął w pień 24 tysiące Tatarów odbijając przy tym kilkunastotysięczny jasyr. Zmarł od szerzącej się zarazy w 1515 roku.
W 1396 r. – za zasługi w obronie Wilna zamek otrzymał rycerz Klemens z Moskorzewa herbu Pilawa. Zbudował on wtedy zamek górny i przedzamcze wschodnie zamienione później na zamek średni W 1407 r. – rodzina Moskorzewskich zaczęła używać nazwiska Kamienieccy dla podkreślenia iż zamek jest gniazdem rodowym (obiekt stał na górze Kamieniec) I połowa XV w. – dobudowano przedzamcze zachodnie z czworoboczną basztą Koniec XV w. – właścicielem zamku Kamienieckich został Mikołaj Kamieniecki, którego jako pierwszego mianowano na stanowisko hetmana wielkiego koronnego. Po jego śmierci doszło do pierwszego podziału zamku pomiędzy dwóch braci Kamienieckiego – Marcina i Klemensa. W 1512 r. – zamek rozbudowano o kolejną czwartą już część – przedzamcze wschodnie. W tej postaci przetrwał do dziś
W 1528 r. – po niepowodzeniach w wojnie domowej na Węgrzech na zamku schronił się król Jan Zapolya. Słał stąd listy zapraszające polskich panów na zebranie do Tarnowa, na którym liczył otrzymać poparcie w walce ze stronnikami Habsburgów W 1530 r. – Jan Kamieniecki, syn Marcina sprzedał swoją, czyli wschodnią część zamku Sewerynowi Bonerowi – bankierowi królowej Bony. Boner uczynił z zamku renesansową rezydencję, pozostawiając jednak gotyckie detale W poł. XVI w. – córkę Bonera – Zofię, poślubił syn wojewody lubelskiego – Jan Firlej herbu Lewart. Jako posag otrzymał tę właśnie część zamku. W tym okresie w drugiej połowie zamku Kamienieccy, którzy przeszli na socynianizm (odłam reformacji) zbezcześcili własną kaplicę
W1609 r. – część z zamkiem górnym od Kamienieckich odkupiła rodzina Skotnickich. Postawili oni nowy budynek mieszkalny na fundamentach starego, poszerzyli bramę wjazdową. Przy okazji przebudowali dach w ten sposób, że odprowadzali Firlejom na ich dziedziniec wody deszczowe. Stało się to przyczyną długiego konfliktu W 1621 r. – Jan Skotnicki odbudował kaplicę zamkową zburzoną przez innowierców W 1630 r. – konflikt dwóch rodów został zażegnany małżeństwem przedstawicieli obu rodzin. Firlejowie przejęli w ten sposób drugą połowę zamku. Przeprowadzili jego przebudowę i modernizację.
16.03.1657 r. – wojska sprzymierzonego ze Szwedami księcia Siedmiogrodu – Jerzego Rakoczego podeszły pod zamek. Załoga zamku dzielnie broniła się i podczas nocnych wypraw z zamku poczyniała najeźdźcom duże szkody. Podtrzymała w ten sposób na duchu broniące się przed wojskami szwedzkimi Krosno. Jednak w końcu musiała ulec i została na rozkaz Rakoczego wycięta w pień. Sam zamek poważnie uszkodzono. Po “potopie” zamek częściowo odbudowano, ale głównie tylko wnętrza. W 1702 r. – kolejny najazd Szwedów zniszczył zamek całkowicie. Po 1730 r. – zamek odziedziczyła rodzina Scipio del Campo. Następnymi właścicielami zostali Braniccy herbu Gryf, m.in. hetman wielki Jan Klemns Branicki. Potem przeszedł w ręce Jabłonowskich
W 1796 r. – wielka wichura zerwała dach z zamku górnego. Ówczesny właściciel Kamieńca – hr. Józef Jabłonowski wyprowadził się do dworku w Krościenku Wyżnem W 1801 r. – zamek przeszedł w ręce Potockich W * 1831 r. – w ruinach zamku zamieszkał obłąkany Jan Machnicki Jan Machnicki, naprawdę nazywał się Jan Machnik. Oczywiście zmienił nazwisko, aby brzmiało bardziej szlachecko. Był urzędnikiem w niedalekiej Dukli. Podobno tam właśnie popadł w lekki obłęd i został zwolniony z pracy. Następnie jego choroba umysłowa pogłębiała się, szczególnie po powstaniu listopadowym, z którym wiązał duże nadzieje. Przygnębiony jego upadkiem zamieszkał w ruinach zamkowych i traktował je jako swoje małe państewko. Tytułował się królem, wydawał rozporządzenia, gromadził wyimaginowane wojsko. Mimo że wyśmiewany, był lubiany przez ludność okolicznych wsi, z którą często obcował. W lecie widywano go zwykle z wieńcem dzikich róż na głowie lub bukietem polnych maków krążącego po ruinach. W zamku zgromadził duży zbiór pamiątek przeszłości, w tym monety, pisma, fragmenty sprzętów. Zmarł w Krośnie w 1842 r. Stał się pierwowzorem głównego bohatera książki Seweryna Goszczyńskiego “Król zamczyska”. 1894 r. – w setną rocznicę Insurekcji Kościuszkowskiej okoliczna ludność ufundowała pomnik Tadeusza Kościuszki postawiony na zamku górnym. W 1904 r. – podjęto pierwsze próby zabezpieczenia ruin
Połowa XIX w. – zrujnowany zamek ponownie został podzielony. Tym razem między rodzinę Biberstein-Starowiejscy (część zachodnia z zamkiem górnym) a rodem Szeptyckich (cześć wschodnia z zamkiem średnim). Byli oni jego właścicielami do roku 1945. Później zamek popadał powoli w ruinę za sprawą okolicznych mieszkańców, którzy przez 100 lat traktowali go jak kamieniołom oraz niekorzystnych warunków atmosferycznych na tym terenie. W 1974 r. – mimo podjętych prac konserwatorskich zawaliła się baszta od wschodniej strony zamku. W 1995 r. – w dwóch wyremontowanych pomieszczeniach dawnej wartowni zamku średniego powstało muzeum. W 1998 r. – ruiny przeszły na 20 lat na własność rodziny Koderów. W 2000 r. – zawalił się ostatni pozostały jeszcze fragment baszty z herbem Pilawa. Zamek do dzisiejszego dnia jest podzielony administracyjnie między dwóch właścicieli: jedna połowa należy do gminy Korczyna, druga do Wojaszówki
Tak burzliwa przeszłość zamku obrosła także w legendy.
Nazwa Odrzykoń tłumaczona jest przez następującą opowieść. Otóż pierwszą drewnianą warownię wzniósł tu okrutny rycerz parający się rozbójnictwem. Miał on bardzo dzikiego konia, który dodatkowo wyuczony przez swego pana rzucał się na ludzi, tratował ich i kaleczył. Po pewnym czasie ludzie mieszkający w okolicy mieli już dość nieustannego nękania i terroru, postanowili, więc zebrać się i spalić zbójeckie gniazdo. Tak też się stało, rozbójnicy zostali bez litości wybici, a konia, który tylu ludziom zadał ból obdarto żywcem ze skóry.
Istnieje legenda, iż gdy zamek został zdobyty przez Rakoczego, obrońcy nie zostali wybici lecz udało im się uciec tajnym lochem, który wiódł aż do samego Krosna.
Inne podanie mówi o jeszcze dłuższym tunelu prowadzącym z zamku aż do góry Cergowa. Wyjście miało znajdować się w jednej z licznych na Cergowej jaskiń. Aby ją odróżnić od pozostałych wycięto na niej herb Pilawa. Niestety po osunięciu się skał znak ten zniknął i nikt dziś nie wie, o którą jaskinię chodzi.
Kolejna legenda związana jest z sąsiadującym z warownią rezerwatem Prządki. Władający zamkiem pan Odrzykoński posiadał trzy olśniewającej urody córki, zwane od przywiązania do kądzieli “Prządkami”. Pewnego razu do jego uszu dotarła wieść o sławnym rycerzu niezwykłego męstwa i urody mieszkającym za górami i lasami. Wysłał do niego zaproszenie na wspólne polowanie. Ten ucieszył się, bo również chciał poznać dwór Odrzykoński a szczególnie piękne Prządki. Wziął, więc ze sobą czarownika, którego posiadał na własnym dworze oraz poczet zbrojnych i wyruszył do Odrzykonia. Tam został powitany niczym król, a jedna z córek zrobiła na nim tak ogromne wrażenie, że trudno mu było uwierzyć, że jest to istota ziemska. Postanowił się jej oświadczyć, najpierw jednak po długim ucztowaniu wyruszył z gospodarzem na polowanie. W zamku pozostały tylko trzy córki i czarownik, którzy mieli wieczorem wyruszyć na powitanie wracających z łowów. Jednak wieczór mijał a rogów myśliwskich nie było słychać. Zaniepokojona czwórka wyruszyła, więc w las po śladach łowców. Nagle usłyszano tętent koni. Po chwili zza drzew wyłonili się jeźdźcy – niestety nie byli to łowcy, lecz rozbójnicy. Prządki rzuciły się do ucieczki jednak, gdy czarownik zorientował się, że nie ma szans na ucieczkę rzucił zaklęcie. Zarówno piękne Prządki jak i rozbójnicy zostali zamienieni w wielkie martwe głazy, które stoją do dzisiaj. Dlatego właśnie lud nazwał je Prządkami. Uczestnicy polowania nie powrócili już do zamku, ponieważ zostali wymordowani przez zbójów, którzy jechali złupić zamek…
Jest też inna wersja powstania skał. Kasztelan odrzykoński posiadał trzy córki. Piękne to były dziewczyny, lecz nie skore do pracy. Lubiły wyjeżdżać z ojcem na polowania, bawić się na ucztach, tańczyć, ale zadaną przez matkę pracę przy kądzieli pozostawiały nietkniętą, trawiąc czas na pogaduszkach i żartach. Wielu rycerzy odwiedzających zamek interesowało się pannami, ale te nie zwracały na nich uwagi. Kiedy jednak ojca odwiedzili trzej urodziwi bracia z możnego rodu, sławni z odwagi, siły i dobroci, dziewczyny wreszcie uległy. Szczęśliwy pan na Odrzykoniu wyprawił huczne zaręczyny. Nie były to jednak czasy pokoju, polskie rycerstwo wyruszało na wojnę z drapieżnym sąsiadem i narzeczeni musieli się rozstać. Bracia chcieli jednak mieć jakąś pamiątkę przypominającą im o czekających na nich kobietach. Zgodnie z panującym wtedy obyczajem, poprosili, więc o haftowane z lnu koszule. Mieli po nie przybyć w drodze do Krakowa za dwie niedziele. Panny gorliwie wzięły się do pracy, ale wnet powróciły stare nawyki. Zaczęły się rozmowy, żarty, przekomarzania, a krosno stało bezczynne. Napominała je matka, ale one zawsze powtarzały, że jeszcze jest czas i na pewno zdążą. Ani się nie spostrzegły, gdy nastała sobota ostatni dzień przed przyjazdem narzeczonych. Panny wzięły się do pracy, aż zastał je niedzielny świt. Gdy zobaczyła to matka, nakazała zaprzestać pracy i uszanować święty dzień. Córki nie dość, że jej nie posłuchały, to jeszcze wyszły na wzgórze przed zamkiem uważając, iż w blasku słońca przędza będzie się szybciej snuć. Pracowały, więc w pośpiechu lekkomyślne prządki, a ludzie z okolicy żegnali się z trwogą widząc takie łamanie przykazań Bożych. W końcu do zamku przybyli trzej bracia. Matka opowiedziała im wszystko i razem poszli na wzgórze. Ale tam zamiast panien zobaczyli trzy podobne skały pokryte rosą, niczym łzami grzeszniczek. To Pan Bóg zamienił je za karę w kamienie…
W Odrzykoniu mieszkała niegdyś karlica Kasia. Była wykształconą szlachcianką, została, więc przyjęta do dworu Kamienieckich i zamieszkała na zamku. Gdy do Odrzykonia zawitała z wizytą królowa Bona, zobaczyła Kasię i bardzo zapragnęła przyjąć ją do swego orszaku, bowiem na zachodzie mali ludzie świadczyli o dostojeństwie i splendorze dworu. Wojewoda Kamieniecki oczywiście spełnił prośbę królowej i odtąd Kasia zamieszkała na Wawelu, gdzie z woli Bony poślubiła karła Kornela. Po jakimś czasie królowa podarowała małą parę cesarzowi Karolowi V. Kasia znalazła się, więc aż w Hiszpanii i choć niczego je nie brakowało to nie była szczęśliwa. Bardzo tęskniła za rodakami i piękną okolicą Odrzykonia. Niestety zmarła na obczyźnie i mimo próśb, jej ciało nie zostało pochowane w Polsce.
Ponoć jednak jej postać była wielokrotnie widziana w ulubionym miejscu w zamku, czyli przed kominkiem. Pierwsza zobaczyła ją Barbara Kamieniecka, gdy jeszcze do Odrzykonia nie dotarły wieści o zgonie karlicy. Zdziwiona pomyślała, że Kasia wróciła jednak gdy podeszła bliżej postać zniknęła, domyślono się więc że był to duch karlicy. I faktycznie jakiś czas potem nadeszła informacja o śmierci Kasi…
Odrzykoński zamek był miejscem wydarzeń na kanwie, których powstała jedna z najlepszych polskich komedii – “Zemsta” Aleksandra Fredry. W 1828 r. poeta ożenił się z Zofią Skarbkową z Jabłonowskich, która w posagu wniosła połowę tego zamku. Przeglądając stare dokumenty znalazł on akta procesowe spierających się o mur graniczny szlachciców: Skotnickiego i Firleja. Na ich bazie powstała “Zemsta”. Obchodzimy zamek od strony stromego spadku wzgórza podziwiając ćwiczenia wspinaczkowe po gładkim murze dwóch alpinistów. Przejaśniło się można podziwiać panoramę gór.
Zatrzymujemy się na małe, co nieco i chyba za karę zmiana aury. Chmury i siąpi. Niestety nie zdążyliśmy do Muzeum w Żarnowcu. Żarnowiec jest miejscowością nad rzeką Jasiołką. Miejscowość znana jest z tego, iż mieszkała tu i tworzyła sławna pisarka Maria Konopnicka. Społeczeństwo ofiarowało jej dworek z XVIII w., położony w pięknym parku. Na Muzeum składa się zabytkowy Dworek z XVIII w., przebudowany z końcem XIX w. oraz zabytkowy park o powierzchni ponad 3 ha. Stanowią one dar narodowy, przekazany Marii Konopnickiej w 1903 r. z okazji jubileuszu 25-lecia pracy pisarskiej. W 1991 r. oddano do użytku budynek Lamusa (dawniej spichlerz), w którym mieści się część ekspozycji.
Zwiedzamy park i dworek od strony architektury. Szkoda, że nie można obejrzeć pamiątek tam zgromadzonych.
« powróttop« powróttop« powrót« powrót« powrót« powróttop« powrót« powrót« powrót« powrót« powrót« powrót« powrót« powrót« powrót« powrót
« powróttop« powróttop« powrót« powrót« powrót | « powrót | top« powrót | « powrót | « powrót | « powrót« powrót | « powrót | « powrót | « powrót« powrót | « powrót
Źródło:
Dzień dwunasty – piątek 14 09
Statkiem po Zalewie Solińskim. Tym razem pogoda nas wręcz rozpieszcza, słoneczko i leciutka bryza. Lądujemy na przystani, skąd mały stateczek zabiera nas w dwugodzinny rejs.
Opisując walory turystyczne Polańczyka nie sposób oczywiście pominąć Zalewu Solińskiego i Zapory Solińskiej. Zapora wodna w Solinie to największa tego rodzaju budowa w kraju, tworząca Zalew Soliński o powierzchni 21 km2. Wybudowana została w latach 1960-1968. Zbiornik zajmuje 11 miejsce na liście największych jezior w kraju, a jego brzegi położone 420m n.p.m. pełne są malowniczych, cichych, skrytych w lesie zatok i fiordów wciskających się w doliny potoków wpadających do jeziora. Nad zalewem znajduje się przystań, z której statki odpływają latem praktycznie, co 30 minut.
Widoki są przepiękne. Zielone połoniny i bajecznie kolorowe drzewa odbite w wodzie. Cudowny rejs.
Po południu niesyci wrażeń ochoczo wspinamy się na najwyżej położone nad Polańczykiem połoniny, aby podziwiać panoramę miejscowości i nacieszyć się barwami jesieni. Prowadzi nas Krasnal, to jest Karol w czerwonym uniformie ni to krasnalskim, ni to tyrolskim. Bardzo przejęty rolą nieco plącze szlak wiodąc nas na podmokłe lęgi. Karolek lubi wodne przygody. Na szczęście nie idzie z Elą.
Dzień trzynasty – sobota 15 09
Znowu leeeeje. A tu silna grupa pod wezwaniem skrzyknęła się na Tarnicę (1346 m n.p.m.n.p.m. ) – najwyższy szczyt polskich Bieszczadówpolskich Bieszczadów wznoszący się na krańcu pasma połoninpołonin , w grupie tzw. gniazda Tarnicy i HaliczaHalicza . Należy do Korony Gór PolskichKorony Gór Polskich .
Szczytdolinę WołosatkiSzczytdolinę WołosatkiSzczytSzczytSzczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad Szczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad dolinę WołosatkiSzczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad Szczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad Szczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad przełęczamiSzczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad Szczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad Szczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad dolinę WołosatkiSzczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad Szczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad Szczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad Szczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad . Od sąsiednich wierchów oddzielony jest głębokimi Szczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad Szczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad Szczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad dolinę WołosatkiSzczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad Szczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad Szczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad m n.p.m.Szczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad Szczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad Szczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad dolinę WołosatkiSzczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad Szczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad Szczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad Szczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad . Od sąsiednich wierchów oddzielony jest głębokimi , wyróżnia się osobliwą sylwetką. Wąski, ostry, nieco wydłużony grzbiet góry, z dwoma wyraźnymi wierzchołkami (1346 i 1339 Szczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad Szczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad Szczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad dolinę WołosatkiSzczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad Szczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad Szczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad rumoszuSzczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad Szczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad Szczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad dolinę WołosatkiSzczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad Szczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad Szczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad Szczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad . Od sąsiednich wierchów oddzielony jest głębokimi , wyróżnia się osobliwą sylwetką. Wąski, ostry, nieco wydłużony grzbiet góry, z dwoma wyraźnymi wierzchołkami (1346 i 1339 ), wyścielają złomiska skał i zdobią bruzdy naturalnych zagłębień, a także resztki wojennych okopów. Z południowej strony opada w dół wysoka skalna ściana, a niżej rozścielają się wielkie pola kamiennego Szczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad Szczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad Szczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad dolinę WołosatkiSzczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad Szczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad Szczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad punkt geodezyjnySzczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad Szczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad Szczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad dolinę WołosatkiSzczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad Szczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad Szczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad Szczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad . Od sąsiednich wierchów oddzielony jest głębokimi , wyróżnia się osobliwą sylwetką. Wąski, ostry, nieco wydłużony grzbiet góry, z dwoma wyraźnymi wierzchołkami (1346 i 1339 ), wyścielają złomiska skał i zdobią bruzdy naturalnych zagłębień, a także resztki wojennych okopów. Z południowej strony opada w dół wysoka skalna ściana, a niżej rozścielają się wielkie pola kamiennego . Na głównej kulminacji Szczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad Szczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad Szczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad dolinę WołosatkiSzczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad Szczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad Szczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad 1987Szczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad Szczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad Szczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad dolinę WołosatkiSzczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad Szczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad Szczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad Szczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad . Od sąsiednich wierchów oddzielony jest głębokimi , wyróżnia się osobliwą sylwetką. Wąski, ostry, nieco wydłużony grzbiet góry, z dwoma wyraźnymi wierzchołkami (1346 i 1339 ), wyścielają złomiska skał i zdobią bruzdy naturalnych zagłębień, a także resztki wojennych okopów. Z południowej strony opada w dół wysoka skalna ściana, a niżej rozścielają się wielkie pola kamiennego . Na głównej kulminacji i żelazny krzyż ustawiony w Szczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad Szczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad Szczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad dolinę WołosatkiSzczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad Szczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad Szczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad ks. Karola WojtyłySzczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad Szczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad Szczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad dolinę WołosatkiSzczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad Szczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad Szczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad Szczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad . Od sąsiednich wierchów oddzielony jest głębokimi , wyróżnia się osobliwą sylwetką. Wąski, ostry, nieco wydłużony grzbiet góry, z dwoma wyraźnymi wierzchołkami (1346 i 1339 ), wyścielają złomiska skał i zdobią bruzdy naturalnych zagłębień, a także resztki wojennych okopów. Z południowej strony opada w dół wysoka skalna ściana, a niżej rozścielają się wielkie pola kamiennego . Na głównej kulminacji i żelazny krzyż ustawiony w r., upamiętniający – wraz z wmurowaną tablicą – pobyt Szczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad Szczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad Szczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad dolinę WołosatkiSzczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad Szczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad Szczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad 5 lipcaSzczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad Szczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad Szczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad dolinę WołosatkiSzczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad Szczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad Szczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad Szczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad . Od sąsiednich wierchów oddzielony jest głębokimi , wyróżnia się osobliwą sylwetką. Wąski, ostry, nieco wydłużony grzbiet góry, z dwoma wyraźnymi wierzchołkami (1346 i 1339 ), wyścielają złomiska skał i zdobią bruzdy naturalnych zagłębień, a także resztki wojennych okopów. Z południowej strony opada w dół wysoka skalna ściana, a niżej rozścielają się wielkie pola kamiennego . Na głównej kulminacji i żelazny krzyż ustawiony w r., upamiętniający – wraz z wmurowaną tablicą – pobyt Szczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad Szczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad Szczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad dolinę WołosatkiSzczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad Szczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad Szczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad 1954Szczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad Szczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad Szczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad dolinę WołosatkiSzczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad Szczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad Szczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad Szczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad . Od sąsiednich wierchów oddzielony jest głębokimi , wyróżnia się osobliwą sylwetką. Wąski, ostry, nieco wydłużony grzbiet góry, z dwoma wyraźnymi wierzchołkami (1346 i 1339 ), wyścielają złomiska skał i zdobią bruzdy naturalnych zagłębień, a także resztki wojennych okopów. Z południowej strony opada w dół wysoka skalna ściana, a niżej rozścielają się wielkie pola kamiennego . Na głównej kulminacji i żelazny krzyż ustawiony w r., upamiętniający – wraz z wmurowaną tablicą – pobyt Szczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad Szczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad Szczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad dolinę WołosatkiSzczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad Szczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad Szczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad GorganówSzczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad Szczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad Szczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad dolinę WołosatkiSzczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad Szczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad Szczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad Szczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad . Od sąsiednich wierchów oddzielony jest głębokimi , wyróżnia się osobliwą sylwetką. Wąski, ostry, nieco wydłużony grzbiet góry, z dwoma wyraźnymi wierzchołkami (1346 i 1339 ), wyścielają złomiska skał i zdobią bruzdy naturalnych zagłębień, a także resztki wojennych okopów. Z południowej strony opada w dół wysoka skalna ściana, a niżej rozścielają się wielkie pola kamiennego . Na głównej kulminacji i żelazny krzyż ustawiony w r., upamiętniający – wraz z wmurowaną tablicą – pobyt . Tarnica stanowi najbardziej atrakcyjny punkt widokowy w polskich Bieszczadach. Oprócz wspaniałej panoramy najbliższych grzbietów polskiej części Bieszczadów, w pogodne dni można dostrzec wierchy ich wschodniej partii i dalekie szczyty Szczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad Szczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad Szczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad dolinę WołosatkiSzczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad Szczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad Szczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad SzczytSzczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad Szczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad Szczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad SzczytSzczyt Tarnicy wznosi się ponad 500 m nad Szczyt
W rejon tych gór prowadzą zaledwie dwa piesze szlaki turystycznepiesze szlaki turystyczne . Pierwszy to końcowy odcinek Głównego Szlaku BeskidzkiegoGłównego Szlaku Beskidzkiego (UstrońUstroń – WołosateWołosate ), wiodący od schroniska w Ustrzykach GórnychUstrzykach Górnych . Odcinek ten w swojej końcowej partii jest bardzo atrakcyjny widokowo, prowadząc do przełęczy pod szczytem Tarnicy połoninamipołoninami Szerokiego Wierchu. Drugim jest bardziej stromy szlak, który prowadzi z Wołosatego na przełęcz pod szczytem Tarnicy.
Wszystko było zapięte, obgadane. A tu taka niesprawiedliwość pogody. Ogólny lament i zajęcia własne.
Dzień czternasty – niedziela 16 09
Czas powrotu. Autokar do Przemyśla, kuszetki, pogwarki i ostatnie wrażenia. W Poznaniu jesteśmy rano.
W sumie pobyt udany. A pogoda? No, cóż, prawdziwy łazik jest przygotowany na jej kaprysy i liczy na następną przygodę.
Kilka ciekawostek bieszczadzkich.
Aleksander Fredro to jedno z najgłośniejszych nazwisk polskiej literatury. Pisarz często bywał w Bieszczadach i zawsze z ogromnym sentymentem tu powracał. Co ciągnęło tego wielkiego komediopisarza w te strony? Dlaczego Hoczew tak ciepło zapisała się w jego wspomnieniach?
Najwybitniejszy polski komediopisarz, autor “Zemsty” i “Ślubów panieńs-kich”, był twórcą bardzo ściśle związanym z Podkarpaciem, co znalazło wyraz także w jego twórczości.
Po 1400 r. ówcześni właściciele Hoczwi – Balowie – wybudowali nad rzeką Hoczewką dwór z małym prostokątnym dziedzińcem. W tym dworze wiele lat później w 1770 r. przyszedł na świat Jacek Fredro – ojciec Aleksandra. Fredrowie przez następne lata byli właścicielami Hoczwi. W pobliżu starego, częściowo zburzonego dworu, ojciec pisarza wybudował (drugi – klasycystyczny dwór, w którym zamieszkali Fredrowie. Był to staropolski dworek parterowy z czterema kolumnami w ganku. Dworek ten często gościł także Aleksandra Fredrę, czego ślad odnajdujemy w jego pamiętniku “Trzy po trzy”. Sam komediopisarz urodził się w 1793 r. w Surochowie pod Przemyślem. Wykształcenie zdobył głównie w domu, uzupełniając jepóźniej różnymi lekturami.
Gdy w 1809 r. do Galicji wkroczyły oddziały księcia Józefa Poniatowskie-go, 16-letni wówczas Aleksander zaciągnął się do wojska polskiego. W 1812 r. wziął udział w wyprawie Napoleona Bonaparte na Moskwę, zaś w kolejnych latach 1813-14 walczył m.in. w bitwach pod Dreznem, Lipskiem, Hanau. Za wojenne zasługi w tych latach otrzymał złoty krzyż Virtuti Militari (1812 r.) i Legię Honorową (1814 r.). Po powrocie do Galicji gospodarował majątkiem Jatwięgi, a później w Beńkowej Wiszni pod Lwowem.
W 1819 r. Fredro poznał hrabinę Zofię z Jabłonowskich Skarbkową, która była wówczas w separacji z mężem hrabią Stanisławem Skarbkiem. Ożenił się z nią w 1828 r. Wcześniej, od 1822 r., sam zaczął używać tytułu hrabiego. Z tego związku przyszło na świat dwoje dzieci: Jan Aleksander i Zofia. Zofia Skarbkowa w posagu wniosła m.in. majątek w Odrzykoniu pod Krosnem wraz z zamkiem “Kamieniec”. Przeglądając stare akta, natrafił Fredro na dokumenty mówiące o tym, że w pierwszej połowie XVII wieku toczył się spór między właścicielami dwóch części zamku – wojewodą Piotrem Firlejem i kasztelanem Janem Skotnickim. Po wielu latach procesów spór ten zakończył się małżeństwem Piotra Firleja z kasztelanką Zofią Skotnicką. Właśnie stąd Fredro zaczerpnął pomysł do napisania najbardziej znanej swojej komedii – “Zemsty”, w której w świetny sposób sportretował różnych przedstawicieli odchodzącego w przeszłość “świata szlacheckiego” oraz ukazał kulturę i obyczaje polskiej szlachty. Podobnie uczynił Adam Mickiewicz w “Panu Tadeuszu” i co ciekawe, oba utwory powstały w tym samym czasie (“Pan Tadeusz” powstał w latach 1832-34; “Zemstę” pierwszy raz wystawiono na scenie we Lwowie w 1834 r.).
O tym, że w “Zemście” autor ukazał okres przejściowy, świadczy przynależność bohaterów do trzech różnych epok: Cześnik i Rejent to typowi przedstawiciele Sarmatów z okresu baroku, Podstolina i Papkin to postacie hołdujące popularnej w okresie oświecenia modzie francuskiej (skrytykowanej także przez Ignacego Krasickiego w “Żonie modnej”; Fredrowska Podstolina bardzo przypomina panią Filis z satyry Krasickiego), natomiast Klara i Wacław to młodzi romantycy.
Aleksander Fredro znany jest nie tylko jako autor doskonałych komedii: “Pan Jowialski”, “Śluby panieńskie”, “Zemsta”, “Dożywocie” i pamiętnika “Trzy po trzy”, bowiem pisał także wiersze patriotyczne, ballady (np. romantyczny “Kamień nad Liskiem”), poematy i bajki (“Paweł i Gaweł”, “Małpa w kąpieli”)…
Fredro zmarł w 1876 r. we Lwowie w wieku 83 lat.
Grzegorz z Sanoka (ok. 1407-1477) filozof, poeta, muzyk, absolwent i wykładowca poezji klasycznej na Akademii Krakowskiej, kopista w kancelarii Papieża Eugeniusza IV. Kapelan Władysława III Warneńczyka, uczestnik wyprawy węgierskiej (1440) i warneńskiej (1444), później jako arcybiskup lwowski mecenas sztuki i nauki. Jak napisał w jego żywocie Kallimach, Grzegorz wyrażał przekonanie, że prawa państwowe nie są ani naturalne, ani wieczne, lecz pochodzą z ustanowienia ludzkiego i mają służyć interesom państwa oraz mieszkańców. Uznawał w związku z tym prawo obywateli do sprzeciwu wobec złych ustaw, niesprawiedliwej władzy (por. też J.I. Kraszewski, Strzemieńczyk).
Jan Grodek (koniec XV w. – 1559) sanoczanin, profesor prawa na Akademii Krakowskiej, jej dziewięciokrotny rektor w latach 1540-1552.
Henrietta Ewa Kuczkowska z d. Ankwicz – wielka niespełniona miłość Adama Mickiewicza, w latach 60. i 70. XIX w. mieszkała w dworze w Średniej Wsi.
Wincenty Pol (1807-1872) – poeta, myśliciel, publicysta, badacz geografii ziem polskich, wybitny badacz Karpat, dzierżawił wieś Kalnicę, pracował nad poprawą bytu chłopów i podniesieniem oświaty. “O ranku siadałem na koń – przy świecach siadałem zaledwie do stołu. Stawiałem chaty, robiłem drogi, budowałem mosty i tartaki, sądziłem po całych dniach sprawy, niosłem lekarstwa chorym, pomoc ubogim lub skrzywdzonym”. Poemat “Mohort, czyli wieczory kalnickie” powstał pod wpływem gawęd hrabiego Wincentego Krasickiego, częstego gościa w Kalnicy. Od 1839 r. zamieszkał w Lesku. Projektodawca i organizator odbudowy zamku w Lesku w latach 1836-1843.
Celina Dominikowska z d. Treter, zwana Celiną z Orelca – malarka, rzeźbiarka, pisarka, działaczka patriotyczna i zbieraczka pamiątek narodowych (por. J.I. Kraszewski, Rachunki za 1867 rok), mieszkała w dworze w Orelcu w 1860 roku.
Jan Kanty Podolecki (1800-1855) – poeta (ps. Jaśko z Beskidu) i publicysta, badacz kultury ludowej ziem górskich (wędrował po Bieszczadach z W. Polem i K.J. Turowskim), działacz niepodległościowy. Urodził się w Lesku, tu spędził dzieciństwo i młodość, potem zarządzał majątkiem Rzepedź. Dwór tamtejszy stał się miejscem ożywionego życia towarzyskiego i schronienia dla powstańców, emisariuszy.
Kazimierz Józef Turowski (1813-1874)
poeta, publicysta, działacz patriotyczny, wydawca “Biblioteki Polskiej”, która upowszechniała dawną literaturę polską, podtrzymywała język, tradycję i odrębność kulturową. Nauczyciel prywatny w Sanoku, potem właściciel wsi Żubracze, autor artykułów i rozpraw z rolnictwa i leśnictwa. Towarzysz wędrówek górskich W. Pola, etnograf (“Zbiór pieśni ludu polskiego i ruskiego”). Po pożarze dworu osiadł w Sanoku, gdzie wydał 104 tomy “Biblioteki Polskiej”. Pochowany w Bereźnicy.
Zygmunt Kaczkowski (1825-1896) – powieściopisarz zwany bardem ziemi sanockiej, autor cyklu powieści o ziemi sanockiej i życiu tutejszej szlachty, publicysta, powstaniec 1846 roku. Dzieciństwo spędził w Cisnej, gdzie jego ojciec zarządzał majątkiem Fredrów, później gospodarzył w Bereźnicy Wyżnej. W 1848 r. organizator konnej gwardii narodowej na Sanocczyźnie. Prawdopodobnie był płatnym agentem tajnej policji austriackiej, rehabilitowany przez Rząd Narodowy Traugutta. W opowieści “Mąż szalony” opisał greckokatolicki odpust w Łopience. Tablica ku jego pamięci najduje się na ścianie szkoly w Myczkowie.
Józef Bliziński (1827-1893) – komediopisarz i dramaturg pozytywistyczny, w latach 1876-1887 gospodarzył w majątku w Bóbrce (dziś dwór zalany wodami Jeziora Myczkowieckiego), tu powstał m.in. “Pan Damazy”.
Rodzina Schrammów w latach 1900-1945 właściciele majątku w Olchowej: Julian (prof. UJ) i Wiktor (prof. Uniwersytetu Poznańskiego, wybitny specjalista z dziedziny rolnictwa) – zasłużeni badacze historii i przyrody regionu – “Lasy i zwierzęta gór sanockich”. Helena – malarka, jej obrazy w ocalonej kaplicy dworskiej w Olchowej.
Paweł Jasienica (1909-1970) – właśc. Leon Beynar, historyk, znaczną część cyklu poświęconego historii Polski napisał nad Soliną (jego córka pracowała tu jako inżynier budowy).
Zdzisław Beksiński (1929-2005) sanoczanin, artysta malarz.
Z pamiętnika A. Fredry: „Jechaliśmy pod górę wykutą w skale drogą. Na grzbiecie pagórka mój ojciec wstrzymał konia i zawołał rzewnym głosem, jak gdyby widział przyjaciela: “Hoczew!”. W dolinie nad brzegiem rzeki płynącej do Sanu ujrzeliśmy szczątki niewielkiego zamku. Obok biały dworek i gospodarskie, dość porządne zabudowania. Dalej kościółek, karczma i chaty wzdłuż łęgu rozsypane. To była Hoczew. “Tu, w tym zamku urodziłem się” – rzekł mój ojciec (…). Nareszcie zsiadł z konia i nam zsiąść rozkazał, bo w skale wykutą drogą, więcej do schodów niż do drogi podobną, trzeba było ponad potok spuszczać się w dolinę Hoczwi. Uszedłszy kawałek, prowadząc konia za sobą, wstrzymaliśmy się przy źródełku, co cienkim promieniem z prostopadłej wytryskało skały. “Nie ma – rzekł mój ojciec – w całej okolicy równie dobrej wody”. (…)
W Baligrodzie wypoczęliśmy koniom. Tam granica świata. Za Baligrodem wjeżdża się jak w czarne gardło. Droga i rzeka jest to jedno i toż samo, a od rzeki z jednej i z drugiej strony wznoszą się czarne ściany jodeł i smereków. Cisna leży w obszerniejszej nieco kotlinie. Folwark, cerkiew, karczma, dalej młynek i tartak ożywiają tę górską wioskę więcej niż wiele innych. Przyjazd nasz wszakże nie w dobrą chwilę miał miejsce. Zanosiło się na słotę. Z gór czarnych kurzyło się wkoło – na co tam zwykli mawiać, że niedźwiedzie piwo warzą. Szczyty gór były całkiem zakryte (…).
Zygmunt Kaczkowski, Wasi ojcowie
Według tradycji [dobra Wisłockich - red.] zostały jeszcze za panowania pierwszego Jagiełły nadane jednemu z przodków tej rodziny pod tym warunkiem, aby tamże zbudował zamek obronny i utrzymywał na nim załogę ku opędzaniu tych krajów od napadów węgierskich. Takich zamków większych i mniejszych ciągnął się wówczas nieprzerwany łańcuch wzdłuż Karpat – a ich właściciele nie tylko utrzymywali na nich załogi złożone z kilkunastu lub kilkudziesięciu żołnierzy, ale przysposabiali także lud wiejski do wojennego rzemiosła (…). Granice państwa wisłockiego dochodziły aż do szczytów Bieszczadu, na których tu i ówdzie, jak aksamitne kobierce, błyszczały w słońcu rozległe połoniny, letnią porą pyszne pastwiska dla sarn i jeleni; ale przestrzenie te były po największej części odwiecznym lasem nakryte, pełnym olbrzymich jodeł, jaworów i buków, pełnym nareszcie nieprzebytych parowów i zawalonych starymi pniami ostępów, służącym za siedzibę niedźwiedziom i dzikom; przebrać się przez nie potrafili tylko ludzie miejscowi, znający dokładnie wszystkie przesmyki i przejścia.
Wincenty Pol, Pamiętniki (Z wędrówek po ziemi naszej)
Cóż to za cudowny widok odsłania się oczom z tego skalistego cypliska! Na zachodzie widać było pasmo połonin sanockich i poznaliśmy pojedyncze skaliste czubałki; sanocką Rabkę, tarnowską połoninę i Hnatowe Berdo w oddaleniu, a bliżej połoniny leżące nad Uszokiem. Na północy widać było pasmo połonin stryjskich (…).
I wreszcie słynni zakapiorzy bieszczadzcy
Termin „Zakapior” znany jest chyba tylko w Bieszczadach. A jeśli nawet używa się go gdzie indziej, wymaga wyjaśnienia, kogo tutaj oznacza. Tym określeniem posługiwał się – mówiąc o swoich przyjaciołach – Jędrek Połonina-Wasielewski, nieżyjący już rzeźbiarz i malarz osiadły w Bieszczadach i tu tragicznie zmarły. Spopularyzował zaś to określenie redaktor rzeszowskich „Nowin” Kitek Gajewski.
„Zakapior” – to człowiek swobodny, rodzaj romantycznego zbójnika. Czasami, choć nie zawsze, wolny nawet od obowiązków domowych, rodzinnych czy zawodowych. Nie zajmuje się jednak zbójnictwem, a trudni tym, co jest jego pasją i to bardziej z potrzeby tworzenia niż zarobkowania. Owszem, sprzedaje owoce swojej pracy, ale tylko, dlatego, że czasami potrzebne są też pieniądze. Nie są one jednak nigdy celem. Niektórzy zasłużyli się pracą przez lata w różnych dziedzinach życia Bieszczadów.
„Zakapiory” żyją nadzwyczaj skromnie, w zgodzie z naturą i w przyjaźni z mieszkańcami karpackiej puszczy. Wyrażają sprzeciw wobec cynicznych polowań na bezbronne zwierzęta i barbarzyńskiego niszczenia bieszczadzkiej przyrody przez rajdy samochodów terenowych – organizowane ostatnio dla iluzorycznej chwili przyjemności nowobogackich. Są wielkimi miłośnikami koni, a niektórzy właścicielami stadnin.
W dużej mierze są to ludzie przybyli z różnych zakątków kraju, często z wielkich miast, które nie dawały im swobody. Bieszczadzka przyroda wyzwala w nich siły twórcze. Oddają się, więc turystyce, rzeźbie, malarstwu, poezji, literaturze, fotografii, muzyce i szeroko pojętej sztuce. Znają się wszyscy – choć nie zawsze po nazwisku – i tworzą jakiś nieformalny związek. Pamiętają zwłaszcza o odchodzących „na niebiańskie połoniny”.
Przy każdym spotkaniu wspominają tych, którzy opuścili ich grono na zawsze. Nikt nie wie jak jest ono liczne, nikt nie bilansuje ich twórczości. Prawdziwi bieszczadnicy to ludzie twardzi i samodzielni, przywykli do bytowania wśród lasów i na pustkowiach, w miejscach zwykle odludnych, zmagający się na co dzień z surowym klimatem i z zachłanną przyrodą górską. Mieszkają w dużej od siebie odległości, bo w całych Bieszczadach. Nie spotykają się często, a jednak wiedzą o sobie, pozdrawiają się, bywają na ogniskach, festynach, wernisażach, rajdach konnych czy wieczorach literackich. Czas liczy się dla nich inaczej. Żyją według zasady „szczęśliwi czasu i pieniędzy nie liczą”. Cechuje ich spokój, pogoda ducha, radość, beztroska. Śpiew i recytacje swojej lub obcej poezji są nieodłączną oprawą każdego ich spotkania. Mają w Bieszczadach wielu przyjaciół.
Właściciel statku Tramp, którym płynęliśmy po Jeziorze Solińskim – p. Tadeusz Gargul opowiedział mi, że w ubiegłym roku – 15 września on i Jan Zajda wraz z pustelnikiem Jano zaprosili Bieszczadników na rejs ich statkiem po Jeziorze Solińskim. Przybyli licznie z całych Bieszczadów: jedni z głębi Bieszczadzkiego Parku Narodowego, inni spod pasma granicznego, z malowniczego Pogórza Bieszczadów, a także mieszkający bezpośrednio nad Jeziorem Solińskim. Po rejsie wszystkich gościnnie przyjęli Maria i Zygmunt Załęscy w swojej uroczej tawernie „Pod żaglami” na cyplu w Polańczyku. W miesiąc później w kawiarni sanatorium „Plon” odbyła się wystawa fotografii z tego rejsu i wieczór wspomnień.
Na tegoroczne II spotkanie przybyli licznie „weterani”, którzy przyjechali w te strony przed wielu laty. Oni to stworzyli legendę Bieszczadów. Był, więc Henryk Victorini z Sokolego, którego imię nosi zatoka na Jeziorze Solińskim, Lutek Pińczuk, bohater Połoniny Wetlińskiej i gospodarz istniejącego tam od lat schroniska PTTK zwanego „Chatką Puchatka”, Wojomir Wojciechowski – Woj – emerytowany dyrektor Bieszczadzkiego Parku Narodowego, fotografik Jano – żyjący w pustelni nad Jeziorem Solińskim, Józef Polański – od wielu lat żyjący z koniem w lesie, Ryszard Krzeszewski „Prezes” z Chmiela – szef bieszczadzkiego Stowarzyszenia Turystyki Konnej, Krzysztof Szymala „Zbój” ze Strzebowisk z Marianem Łęgowskim –„Jurandem” i ze swoimi kowbojami organizującymi napady na bieszczadzką ciuchcię, Adam Długi z Wołosatego, przed laty silny drwal i wozak leśny z BPN, a z przewodników górskich Stowarzyszenie Przewodników Turystycznych „Karpaty”: Stanisław Orłowski z Orelca, Andrzej Gąsiorowski z Leska, Andrzej Niepołomski z Polańczyka i Jan Stelmach z Łukawicy. Przybył też z rodziną Krzysztof Bross mieszkający od lat w Teleśnicy Sannej nad Jeziorem Solińskim, a z Cisnej zaś dotarli: Ryszard Denisiuk, właściciel „Siekierezady”, poeta Ryszard Szociński i jego nieodłączny kompan Boguś Sikorka. Z Ustrzyk Górnych przybył Andrzej Lach, gitarzysta i śpiewak, właściciel baru i ostatnio restauracji w Solinie, a młodszą generację kowboi i hodowców koni reprezentowali m.in. Roman Tarczałowicz z Komańczy, Krzysztof Francuz – właściciel Oberży „Biesisko” w Przysłupiu i Adam Rymarowicz, rzeźbiarz i hodowca koni z Leska.
Z nad Jeziora Myczkowieckiego dotarli: Leon Chrapko z Bóbrki – rzeźbiarz, malarz i poeta oraz ks. Józef Nagórka (pallotyn), z Uherzec Mineralnych Zofia Zdanowicz – twórca pięknych gobelinów, a z Leska Henryk Kusal – lekarz weterynarii.
Kończąc opowieść o Bieszczadach, mam poczucie niespełnienia i niedosyt wiedzy o nich i ich piękna. Może tutaj wrócimy, a ja dokończę gawędę.
SU i kiełbaski – 13 października
Imć SU niebawem się przedstawi. Ale zanim do tego dojdzie, kilka słów wyjaśnienia. Pełni niedosytu z powodu zmiennej pogody i „niedochodzeni” czatowaliśmy na bezchmurny weekend. A tu jesiennie, wietrznie i przelotne opady. Także smętne prognozy szykowały się na sobotę. Aliści słoneczko ulitowało się nad łazikami i ruszyliśmy do Jankowic, gdzie w gospodarstwie agroturystycznym oczekiwał nas As Podniebnych Lotów i wypróbowany przyjaciel – Jurek Kazimierczak.
Jak na gościnnego gospodarza przystało – ucztę przygotował co się zowie. A oto menu:
- degustacja chrupiących, rumianych jabłuszek zerwanych przed momentem z drzewa,
- interesująca opowieść o samolocie bojowym SU, jego wyposażeniu i bojowej zdolności,
- dokładne obejrzenie tegoż samolotu wycofanego z eksploatacji i przewiezionego na teren gospodarstwa,
- udzielenie odpowiedzi na nawet najbardziej nieprawdopodobne pytania cywilbandy,
- ćwiczenia praktyczne, czyli jak trudno być pilotem,
- zasilenie wątłego ducha kiełbaskami, pieczonymi w ognisku, chlebusiem i domowym smalcem.
Rzecz jasna, iż takie menu spotkało się z nieopisanym entuzjazmem. Jabłuszka były smakowicie chrupane, wykład wysłuchany, wdzięczne SU obejrzane, obgłaskane i podziwiane. A chętnych, aby zasiąść za jego sterami było tak wielu, że „ogonek” ciekawskich był dłuższy od ogona samolotu. Oczywiście kiełbaski także nam przypadły do gustu, zrumienione w ogniskowym żarze. Odwdzięczyliśmy się Jurkowi najpiękniej, jak potrafiliśmy – turystyczną piosenką. A chórek był całkiem udany, 35 gardziołek, bo tylu łazików gościło w Jankowicach.
Rajd patriotyczny – 10 listopada
Każdego roku wyruszamy na taki tradycyjny rajd. Bo też to święto ważne – i powód do radości także podwójny – odzyskanie niepodległości i miłe każdemu mieszkańcowi Poznania szaleństwo świętomarcińskich rogali.
Ponieważ 11 listopada w tym roku przypada w niedzielę, przesunęliśmy spotkanie o dzień wczesniej.
Pogoda zapowiadała się typowo jesienna – wiatr, plucha i smutek. Ale dobry los miał w opiece dzielnych pyrlandczyków, ponieważ wiatr i owszem, ale słoneczko również się zameldowało. Pomaszerowaliśmy przeto stałą trasą: Rusałka, Park Sołacki, Cytadela, gdzie podumaliśmy przy grobach osób zasłużonych miastu. Szkoda, że cmentarz zaniedbany, podobnie jak miejsce spoczynku brytyjskich lotników. Karnie stawiliśmy się pod pomnikiem poświeconym Armii Poznań by zakończyć rajd u gościnnej Małgorzatki na herbatce, kawusi i pysznych rogalikach. Rogalikach?! Rogalach-olbrzymach z białym makiem.
Przy wtórze pawłowej gitary był czas na pieśni patriotyczne i nasze ulubione turystyczne. Było to przedostatnie spotkanie gromady. Klubowi członków przybywa a zaprzyjaźnionego lokum brakuje. Trzeba więc było zrezygnować z planowanego spotkania andrzejkowego. Jeszcze tylko wspólna wigilia i zakończymy kolejny rok.
Na tym Agrafek kończy zapiski uczynione ku pamięci braci klubowej, bowiem los tak zrządził, iż na Andrzejkach i Opłatku nie mógł własną osobą zaświadczyć ich nadzwyczajności. Aliści tusze, że i bez zapisu zachowały się w pamięci łazikowej braci.
2006
Don Carlos – konflikt władzy 18 stycznia 2006
Dyrekcja Teatru Wielkiego w Poznaniu zrobiła nam noworoczny prezent w postaci biletów na operę G Verdiego „Don Carlos” Wiadomość otrzymaliśmy o godz. 12 i biegusiem poczta nie tyle pantoflową, ile telefoniczną skrzyknęliśmy się w liczbie 25 osób na onym spektaklu.
A OBSADA była znakomita
FILIP – Władysław Podsiadły
ELŻBIETA – Magdalena Nowacka
DON CARLOS – Dymitr Fomenko,
EBOLI – Jolanta Podlewska,
POSA – Adam Szerszeń
WIELKI INKWIZYTOR – Andrzej Malinowski,
MNICH – Bartosz Urbanowicz
HRABIA LERMA – Bartłomiej Szczeszek
TEBALDO – Tomasz Wojtasiewicz
GŁOS Z NIEBA – Barbara Gutaj.
Reżyserował przedstawienie Gianfranco di Bosio, który na swym koncie posiada dokonania w La Scali i teatrze Felice. Mogliśmy zanurzyć się w klimat historycznej Hiszpanii podany z wyczuciem czasu i miejsca [bez nowoczesnych reżyserskich i scenograficznych udziwnień] Nic też dziwnego, że publiczność dała długi aplauz na stojąco. Niezapomniany spektakl.
Łaziki zamienione w delfiny.
A zamieniamy się we wszystko co pluska i pływa i to z nieokiełznaną radością. W każdy czwartek tygodnia spora grupka klubowiczów spotyka się w pływalni „Delfin” w Kozichgłowach by podtrzymywać kondycję, już to na basenie głębokim, już to na płytkim i podgrzewanym, gdzie można do woli podstawiać się pod różnego rodzaju bicze i armatki wodne, wpadać z impetem ze zjeżdżalni czyniąc nieopisany gejzer, równy tym islandzkim, by po tych wszystkich harcach pobulgotać sobie w kotle czarownicy, czyli jacuzzi. 45 minut mija w tempie zawrotnym, a świat widziany przez błękitne gogle, jest wprost czarowny.
I znowu Zarząd na baczność ! 24 stycznia 2006
Łaziki starym zwyczajem podsumowują prace Klubu i przy okazji wysłuchują z należytą uwagą, co Zarząd zrobił, a o czym zapomniał, a może coś zaniedbał? Spotkały się tedy łaziki na dorocznym zebraniu informacyjnym o porządku obrad jak się patrzy:
-
Zagajenie.
-
Minuta ciszy w dowód pamięci członków, którzy odeszli.
-
Sprawozdanie z działalności Zarządu za rok 2005
-
Sprawozdanie z działalności merytorycznej Klubu.
-
Sprawozdanie finansowe za rok 2005.
-
Przedstawienie planów na 2006r:
- pracy Zarządu,
- planu finansowego,
- planu działalności Klubu -
Informacja o zmianie wysokości składki członkowskiej w 2006 roku.
-
Sprawy różne i wniesione
-
Dyskusja,
Zebranie zagaił Prezes Zarządu Paweł Piechowicz, witając licznie zebranych członków Klubu. Minutą ciszy pożegnaliśmy 4 członków Klubu, którzy w roku 2005 odeszli.
Sprawozdanie z działalności Zarządu za rok 2005. Na dzień 31 12 2005 Klub zrzeszał 110 członków. Zarząd odbył 12 protokołowanych posiedzeń i podjął 25 zrealizowanych uchwał. Pełnione były cotygodniowe dyżury przez Prezesa Zarządu, a informacje z bieżącej działalności Klubu zamieszczane były na stronie internetowej, oraz bieżących informacji udzielała M. Śmigielska – członek Zarządu. Prowadzona była kronika i serwis fotograficzny Klubu. Także w „Sygnałach Świata” Radia Merkury członkowie Klubu mówili i jego zadaniach i działalności. Na uwagę zasługuje dobra współpraca z organami samorządowymi.
Działalność merytoryczna także przedstawia się imponująco, szczególnie, że prowadzona siłami społecznymi. Ogółem zorganizowano 37 różnorodnych imprez, w tym 3 imprezy wielodniowe. W imprezach Klubu wzięło udział 995 osób. O imprezach agrafek pisał w diariuszu, opatrując je gęsto stosownymi konterfektami.
W roku 2005 Klub dysponował kwotą 57.169.14 zł. Na działalność statutową wydatkowano 57.036.08 zł. Niby spory grosz, ale działo się też niemało.
No i plany, plany na nowy roczek.
Wpisano 23 zaplanowane imprezy, w tym 4 imprezy wielodniowe. Opracowano z ołówkiem i kalkulatorem wydatki na 70 000zł., w tym 6000 wpływów ze składek członkowskich i 37.600zł z tytułu opłat ponoszonych przez uczestników biorących udział w imprezach wielodniowych.
W związku z tym trzeba było podnieść wysokość składki członkowskiej, co łaziki przyjęły z stosownym zrozumieniem i spokojem..
Została podjęta decyzja o zamówieniu mszy za dusze członków Klubu, którzy odeszli. W dniu 17 i 29 03 br, spotkamy się w kościele na tej smutnej uroczystości.
Nasz Główny Rewizor – Przewodniczący Komisji Rewizyjnej p. Zygmunt Czaja pozytywnie ocenił pracę Zarządu, szczególnie wkład pracy Prezesa Pawła Piechowicza i Małgosi Śmigielskiej. Wiele słów. uznania skierował w imieniu społeczności klubowej do wolontariuszek Lidki i Kai , której dyrektyw turystycznych nawet aura słuchała.
Daliśmy Zarządowi ostrogę do dalszej pracy, bo jak ludzie doceniają wysiłek to i pracować miło…..
Palmy , sukulenty i sawanna 19 lutego 2006
Zatęskniliśmy do lata w środku zimy i postanowiliśmy temu zaradzić. Podróże do ciepłych krajów są kosztowne, ale od czego słynna pomysłowość łazików. Wszak mamy w Poznaniu, w Parku Wilsona największą w Polsce palmiarnię. Atrakcji wiele i to za przysłowiowy grosik. A co widzieliśmy skrzętnie odnotowałam.
Park Wilsona
Park otaczają od strony ulicy Głogowskiej i Berwińskiego dwa zabytkowe parkany, zrekonstruowane w 1993 roku na wzory pochodzące z 1926 i 1928 roku. Park jest silnie zadrzewiony. Znajduje się tu kilkaset drzew i około 0,7 ha skupin krzewów. Powierzchnię kwietników ocenie się na 1300 m2, a 2 ha zajmują trawniki. W trzech położonych na terenie parku stawach o łącznej powierzchni 0,3 ha rosną roślinny wodne. W Parku Wilsona można też podziwiać umieszczone na 3 metrowym cokole popiersie jego patrona, pomnik Perseusza i Andromedy oraz fontannę w kształcie gwiazdy.
Łyk historii palmiarni
Pierwsza palmiarnia została wzniesiona w Poznaniu w 1910 roku z okazji przygotowań do Wystawy Wschodnioniemieckiej Przemysłu, Rzemiosła i Rolnictwa. W owych czasach palmiarnia zajmowała teren 534 m kw. W 1929 roku z okazji organizacji Powszechnej Wystawy Krajowej wybudowano nowy obiekt o powierzchni 1700 m kw., który w dość dobrym stanie przetrwał wojnę i czynny była aż do roku 1978, kiedy ze względu na zły stan konstrukcji musiano go zamknąć. W 1992 otwarto palmiarnię po odbudowie i rozbudowie, obecnie mieści się na powierzchni 4.600 m kw. W dziewięciu pawilonach można podziwiać ponad 1000 gatunków oraz odmian roślin, w tym także wodnych oraz około 150 gatunków ryb.
Wędrówka
Pawilon I – jest pawilonem centralnym łączącym pawilon roślin tropikalnych i śródziemnomorskich. Prezentowana jest w nim roślinność subtropikalna. Dominują pnącza oraz palmy. Do najciekawszych i najcenniejszych roślin tego pawilonu zaliczyć należy wiekowe paprocie drzewiaste, oraz kilka gatunków sagowców z sagowcem malajskim w części centralnej pawilonu na czele. Rośnie tutaj jedna z najdłużej rosnących roślin palma Sabal minor, która w dobrym stanie przetrwała krytyczny dla obiektu rok 1945.
Pawilony II, III – w pawilonach tych eksponowana jest kolekcja roślin charakterystycznych dla basenu Morza Śródziemnego. Ozdobą pawilonu drugiego jest stale owocujący gaj cytrusowy oraz okazała palma feniks W pawilonie trzecim naszą uwagę zwróciły olbrzymie palmy, wśród których wyróżniał się szorstkowiec. Rośnie także drzewo figowe, które często pokryte jest dorodnymi owocami. Niestety nie mieliśmy szczęścia ich podziwiać i degustować. Nasze zainteresowanie wzbudził około 10 metrowy dąb korkowy.
Pawilon IIIa Akwarium – liczy trzydzieści siedem basenów o pojemności od 1000 do 4000 litrów, pływa w nich około 170 gatunków ryb tropikalnych o fantastycznych kształtach i kolorach, między innymi cieszące się złą sławą piranie. W akwariach bytuje 40 gatunków roślin wodnych .
Pawilon IV – To królestwo sukulentów głównie kaktusów. Co za bogactwo form. . Rosną tu liczne sukulenty liściowe takie jak agawy, formy o zgrubiałej podstawie tak zwane kodziny oraz bogato reprezentowana grupę sukulentów łodygowych – kaktusów. Rośliny wprost imponują kształtami i bogactwem przystosowań, Za najciekawsze okazy uznaliśmy kaktusy wysokie.
Pawilony V i VI – rośliny tropikalne. Ciekawe są epifity, rośliny porastające inne, najczęściej drzewiaste rośliny, ale nie są pasożytami. Są wśród nich storczyki, paprocie, ananasowate, a nawet kaktusy. Zauważyliśmy dobrze znany filodendron i dieffenbachię. Bardzo podobał się nam okazały bananowiec – banan mądrości, Znana jako roślinka pokojowa monstera zadziwiła nas wielkością liści i dużą liczbą zwieszających się korzeni powietrznych. W pawilonie widzieliśmy także wiele gatunków drzewiastych fikusów – Tworzyło to namiastkę mrocznego, gęstego i tajemniczego lasu tropikalnego pełnego korzeni powietrznych i podporowych. Ponadto sympatyczna przewodniczka pokazała nam pieprz czarny, drzewo hebanowe, muraję i hurę – drzewo o pniu pokrytym kolcami i bardzo ciekawym sposobie rozsiewania nasion
Pawilon VII – rośliny wodne. Centralne miejsce pawilonu zajmuje basen do uprawy wiktorii królewskiej, której pływające, pokryte na spodniej stronie ostrymi kolcami liście dorastają do 2 m, a ich niezwykła konstrukcja i wyporność sprawia, że bez trudu utrzymują ciężar małego dziecka. Na brzegach rozsiedli się liczni przedstawiciele rodzaju pandan roślin występujących na bagnistych terenach strefy tropikalnej. Na parapetach wokół zbiornika rośnie trzcina cukrowa banan mądrości i banan uprawny, drzewka kawy arabskiej [ale bez dzbanka kawusi] i kakaowiec
Pawilon VIII – poszycie lasu tropikalnego. Dzięki zastosowaniu specjalnie podwyższonego i podgrzewanego parapetu rosną rośliny z dna lasu tropikalnego takie jak begonie, rośliny ananasowate, maranty i drobne paprocie. Eksponowane są tu również licznie kwitnące storczyki, z – wanilią włacznie.
Pawilon IX – sawanna i kserofity. Kolekcja składa się głównie z roślin reprezentujących florę afrykańską, szczególnie licznie prezentowane są gatunki wilczomleczy, aloesów, sagowce i palmy. Rośnie tu najstarszą roślina palmiarni – 400 letni, sagowiec australijski.
Z safari łaziki wróciły wielce zadowolone. Piękny łyk egzotyki.
Podwodny świat IMAX 21lutego 2006
Ciekawość to pierwszy stopień do …. Wiedzy. W Poznaniu działa kino o najbardziej nowoczesnej technologii. Postanowiliśmy sprawdzić jak to działa. Wybraliśmy się [bez aqualungu] w pelagiczne głębie oceanu, aby podpatrzeć życie na gorąco. A było co obserwować. Wodne rośliny i zwierzęta pozwalały się podglądać nie płosząc się i nie atakując. I to wszystko dzięki specjalistycznej technologii filmowania.
Wszystko zaczęło się w Izraelu.
W 1929 roku Cinema City International (CCI) otworzyło swoje pierwsze kino w Haifie. W 1981 roku, w ślad za sukcesem rynku amerykańskiego, firma postanowiła przejść na model kin wielosalowych i w 1982 roku otworzyła w Tel Avivie pierwszy w Izraelu multipleks. Obecnie CCI jest największym operatorem sieci kin wielocalowych. Ekspansję w Europie Centralnej firma rozpoczęła w 1997 roku od otwarcia w Budapeszcie multipleksu. W 1999 roku CCI weszła na rynek polski. Zaczęła od realizacji czterech głównych projektów multipleksów pod nazwą Cinema City. Otwarcie pierwszego z nich miało miejsce pod koniec 2000 roku wraz z pierwszym w Polsce kinem IMAX. Obecnie CCI jest liderem rynku posiadając 138 ekranów w 16 multipleksach Cinema City mieszczących łącznie 29.057 miejsc siedzących oraz 4 wielkoformatowe kina Orange IMAX z 1222 miejscami.
Podwodny Las (Into the Deep)
Gatunek: Przygodowy
Reżyseria: Howard Hall
Scenariusz: Matthew Hart
Rok produkcji: 1997
Produkcja: USA
Tylko nieliczni z nas odważyli się zajrzeć w głąb oceanu. I chociaż bezpieczniej czujemy się na lądzie, głębiny przyciągają nas swoją tajemnicą. Tam panuje bowiem równowaga. Każdy gatunek podąża własną drogą, lecz drogi te bez przerwy się krzyżują. “Podwodny Las”, film zrealizowany przy zastosowaniu technologii IMAX 3D, zabiera widzów w podwodną podróż u wybrzeży Kalifornii. Dzięki kamerom IMAX 3D możemy zwiedzać “podwodny las”. Z bliska poznać specyfikę środowiska wodnego, obcując z niezwykłymi stworzeniami zamieszkującymi głębiny oceanu, odkrywając magiczne miejsca i wspaniałości podwodnego świata. Ta cudowna podróż odbywa się u wybrzeży Kalifornii, głównie w Santa Barbara, w lesie wielkomorszczynów gruszkonośnych – największych roślin w oceanie. Ich wysokość sięga nawet stu metrów. Na lądzie, tak wysokie drzewo musiałoby mieć bardzo mocny pień. Wodorosty go nie potrzebują. Biegnące wzdłuż plech pęcherze pławne utrzymują rośliny w pionie. Każdy wielkomorszczyn jest zakotwiczony w dnie, podobnymi do korzeni, hakowatymi chwytnikami. Nie odżywia się jednak za ich pomocą. Potrzebne do życia składniki pobiera bezpośrednio z wody.
Przemierzając ten gęsty, tajemniczy las, spotykamy leżące na dnie rekiny, mureny z potężnymi, miażdżącymi szczękami polujące na ośmiornice. Szczególną uwagę zwracają ognistoczerwone garbiki wykonujące akrobatyczne popisy w celu zwabienia kolejnej samiczki i z narażeniem życia pilnujące „domku” z ikrą.
Podążając śladami kamer schodzimy coraz głębiej. Tutaj znajduje się jeszcze dziwniejszy świat – swego rodzaju dywan karłowatych kuzynów rozgwiazd, zwanych wężowidłami. Gdy znikną ostatnie promienie słońca, wychodzą ze swoich kryjówek stworzenia, które unikają dziennego światła. Ciemność jest bowiem ich sprzymierzeńcem. Z głębin wynurzają się „obcy” przybysze. Opalizujące kałamarnice, płaszczki, uchatki kalifornijskie…
Ale oto nowy dzień. Kierujemy się do miejsca zwanego jeżowcowym ugorem. To skaliste dno było niegdyś częścią lasu wodorostów. Do obecnego stanu zostało doprowadzone przez jeżowce. Wielkomorszczyn jest bowiem ich przysmakiem. Właśnie tutaj sieją największe spustoszenie. Całe lasy odpływają z prądem na skutek łakomstwa tych kolczastych stworzeń. Skupione około 300 sztuk na niecałym metrze kwadratowym, jeżowce pożerają chwytniki wodorostów.
W podwodnym świecie musi jednak panować równowaga. Dlatego jeżowce także mają swoich wrogów, a największym jest rozgwiazda słonecznikowa. Jeżowce zjadają wodorosty, rozgwiazdy zjadają jeżowce, następnie wodorosty odrastają. Regularnie następują po sobie: zniszczenie i odnowa.
Porównując życie w wodzie do życia na lądzie, które na pozór są tak różne – mają jednak wspólną cechę: zarówno w jednym jak i w drugim środowisku każdy gatunek podąża własną drogą, lecz drogi te wciąż się krzyżują.
Ciekawy pouczający film pozwalający dostrzec także nasze miejsce w odwiecznym cyklu natury.
Smutne pożegnanie 27 lutego 2006
Ze smutkiem i żalem żegnamy Kolegę Rafała Śmigielskiego, który odszedł w dniu 27 lutego 2006.Naszej Koleżance Małgosi Śmigielskiej – Dobremu Duchowi Klubu – składamy wyrazy najgłębszego współczucia.
Członkowie Klubu „Razem Na Szlaku”.
Party u „Białej Damy” 12 marca 2006
Takiej okazji nie można przepuścić. Wszak niecodzienne to zaproszenie. Gości zjawiło się przeto wiele, bo 45 i tłumnie przybyliśmy na arystokratyczne włości.
Kórnik położony 20 km na południowy wschód od Poznania, przy trasie Poznań-Katowice a w otoczeniu rozległego zabytkowego parku stoi romantyczna rezydencja, wzniesiona na fundamentach późnośredniowiecznego zamku rycerskiego. Pierwotny zespół obronny w Kórniku zbudowano prawdopodobnie w trzeciej ćwierci XIV wieku z fundacji Wyszoty, brata biskupa poznańskiego Mikołaja.
Pierwsza źródłowa informacja o warowni pochodzi z roku 1426. Zachował się akt umowy, jaką zawarł ówczesny właściciel Kurnika Mikołaj Górka z budowniczym poznańskim Mikołajem, dot. przekształcenia powiększenia siedziby. Co najmniej od tego czasu, jeżeli nie wcześniej, musiał również istnieć most zwodzony i to w tym samym miejscu co obecny, murowany. Wszystkie nowe gmachy mieszkalne, jak i przeznaczoną na spichlerz nadbudowę starszego domu wzniesiono jako tzw. konstrukcję ryglową (tj. drewniany szkielet uzupełniony gliną) z dwuspadowymi, krytymi gontem dachami. W XVI wieku przystąpiono do kolejnej przebudowy, a dokonał jej wojewoda poznański Stanisław Górka, który otrzymał Kórnik w roku 1552. Z dawnych opisów wynika, że pokój pański – azyl właściciela, ulokowany był w miejscu późniejszego Pokoju Generałowej, a izba stołowa mieściła się na planie XIV-wiecznego budynku mieszkalnego, tam gdzie obecnie jest Sala Jadalna. Sień zajmowała powierzchnię dzisiejszej klatki schodowej, korytarza oraz Czarnej Sali. Prace budowlane na zamku zostały zakończone w roku 1574. Niedługo potem dumny właściciel z charakterystycznym dla magnaterii przepychem gościł tam Henryka Walezego, udającego się do stołecznego Krakowa na swoją koronację: [...] Byłoć tam niezmiernie mnóstwo potraw wszelkiego rodzaju, obfitość wina i napojów, otworem stały pełne spichrze i piwnice, a każden dniem i nocą brał z nich co i ile się podobało. Król sam gościł na zamku [...] Otrzymał w darze śliczne rasowe konie, futra z bardzo cennych lisów moskiewskich i inne rzeczy. Panowie francuscy i dwór cały podejmowani też byli wspaniale na dolnym zamku i otrzymali także podarunki. Strzelano z dział gęsto i dawano inne różne widowiska [...].Po śmierci Górki w 1592 roku Kórnik stał się własnością jego siostrzeńców Nałęczów Czarnkowskich, a w okresie 1610-76 należał do Grzymalitów Grudzińskich. Jeden z przedstawicieli rodu, Adam Sędziwój, wojewoda łęczycki i starosta generalny wielkopolski, bliski współpracownik Zygmunta III, gościł tego króla na zamku w roku 1623.. Wiek XVII nie był łaskawy ani dla Polski, ani dla zamku, który ucierpiał szczególnie poważnie podczas Potopu 1655-60, kiedy stacjonowały tam sojusznicze Szwedom wojska elektora brandenburskiego. Sytuacja uległa poprawie po przejęciu dóbr przez Działyńskich w 1676 roku, a szczególnie po objęciu majątku przez Teofilę z Działyńskich Szołdrską-Potulicką – „Białą Damę”. Zadbała ona o klucz kórnicki, gdzie sprowadziła osadników, zamek zaś uczyniła prawdziwie pańską rezydencją. Przekształcono również usytuowany na południe od pałacu XVI-wieczny ogród włoski – jego miejsce zajął teraz modny park w stylu francuskim: [...] Ogród był napełniony ptaszarniami i wodotryskami rozmaitego kształtu. Tutaj sączyła się woda z paszczy lwa opierającego łapy przednie na herbach familii Działyńskich; na innym zaś miejscu tryskały strumienie z głowy wieloryba, indziej jeszcze z paszczy krokodyla. Na kanale zamek oblewającym pływały śnieżne łabędzie; po obszernym zamkowym dziedzińcu przechadzały się żurawie, pawie i bażanty. Dwie ogromne, dotąd w ogrodzie istniejące, cieplarnie zawierały najrzadsze rośliny zagraniczne [...]
Pod koniec XVIII i na początku XIX wieku obiekt uległ ponownemu zaniedbaniu, co było spowodowane opuszczeniem go w czasie trwania procesu między Szołdrskimi a Działyńskimi o majątek kórnicki, zamkniętego przyznaniem spornej budowli Ksaweremu Działyńskiemu w roku 1801. W latach 1824-25 na zamku przeprowadzono podstawowe naprawy i rok później zamieszkał tam spadkobierca Ksawerego, Tytus Działyński. Rozmiłowany w przeszłości ojczystej arystokrata postanowił przekształcić swoją nową rezydencję w stylu neogotyckim, miał przy tym romantyczną wizję przypominającej dawne wieki siedziby, ze zbrojownią, pomieszczeniami bibliotecznymi, udekorowaną herbami rodów polskich oraz litewskich. Pierwsze plany przebudowy przygotowane zostały w 1817 przez dwóch włoskich architektów: Antoniego Corraziego i Henryka Marconiego. Jednakże nadmiernie dekoracyjne inicjatywy Włochów nie przypadły Działyńskiemu do gustu, w związku z czym zwrócił się on w 1828 do berlińskiego architekta Karola Fryderyka Schinkla, a ten zaproponował rozwiązanie znacznie surowsze, bardziej zamkowe, nawiązujące do współczesnej jemu neogotyckiej architektury angielskiej. Wefekcie przebudowy, obiekt utracił uzyskany w XVIII stuleciu charakter baroku, otrzymał zaś wygląd romantycznej budowli w stylu gotyku angielskiego z reminescencjami architektury orientalnej. Rozpoczętą przez Tytusa Działyńskiego przebudowę kontynuował syn Jan Kanty Działyński, a w roku 1880 r. jego siostrzeniec i spadkobierca Władysław Zamoyski, obieżyświat i zapalony obrońca Morskiego Oka. Poświęcił on długotrwałe wysiłki uporządkowaniu spraw majątku, nadszarpniętego działalnością kolekcjonerską rodu Działyńskich oraz represjami pruskimi, związanymi z ich udziałem w powstaniu. W 1924, tuż przed śmiercią, Zamoyski przekazał na własność narodowi polskiemu wszystkie swoje dobra, a wraz z nimi wypełniony dziełami sztuki zamek i wspaniałą bibliotekę. Rok później powstała fundacja Zakłady Kórnickie, sam obiekt zaś przeznaczono na siedzibę muzeum, pomimo że nadal mieszkała w nim siostra Władysława Maria Zamoyska (zm. 1937).
W czasie II wojny światowej Niemcy urządzili w pałacu skład skradzionych z Poznania zbiorów muzealnych, co spowodowało przeciążenie stropów. Na pogorszenie się stanu budowli wpłynęło również obniżenie się poziomu wód gruntowych, które spowodowało butwienie tkwiących w fundamentach drewnianych pali, przez co jej mury zaczęły systematycznie osiadać. Pod koniec działań wojennych uciekający w popłochu naziści część eksponatów z Kórnika wywieźli do Rzeszy, część z nich zniszczyli, a resztę pozostawili w ogólnym nieładzie: [...] Wnętrze zamku po ucieczce Niemców przedstawiało obraz niesamowitego zniszczenia. Wszędzie stosy strzaskanych mebli i zabytków, szczątki rozbitych skrzyń, szkła i porcelany, walające się pergaminowe dokumenty, porozrzucane książki, numizmaty i wszelkie papiery, obalone sprzęty i ich części, wyłamane i zniszczone drzwi, fotele [...]. Pierwsze działania zabezpieczające podjęto w roku 1947 – założono wtedy kotwy stalowe i przy pomocy betonowych pali wzmocniono fundamenty. W latach 1952-53 przystąpiono do drugiego etapu prac, czyli zeskalania warstwy gruntowej, które ostatecznie uratowało zabytkową budowlę. W 1957-59 wyremontowano zamkowe wnętrza, przystosowując je do potrzeb Biblioteki Kórnickiej.Zamek w Kórniku jest zabytkiem klasy zerowej. Będący kompilacją różnych wzorów i uważany za jeden z najpiękniejszych polskich przykładów nowożytnej architektury neogotyckiej gmach przyciąga uwagę nie tylko ze względu na duże wartości estetyczne jego formy, ale przede wszystkim z powodu wspaniałych, zachowanych niemal bez zmian XIX-wiecznych wnętrz. Pełnią one dzisiaj funkcje muzealne i wyposażone są dużą liczbę pamiątek historycznych, rzeźb, mebli, militariów, obrazów, trofeów myśliwskich, zbiorów podróżniczych, etnograficznych oraz archeologicznych.
Zwiedzamy
Jak na wstępie poinformowała przewodniczka – sale zamkowe udostępnione do zwiedzania mieszczą się na dwóch kondygnacjach pokrytych zabytkową posadzką, w związku z czym obligatoryjne jest zakładanie przy wejściu do komnat wielgachnych, sympatycznych kapuci ochronnych. I to jest wspaniała okazja do żartów.
Pierwszym pomieszczeniem jest Pokój Władysława Zamoyskiego, w którym mieszkali: Tytus Działyński, jego syn Jan oraz Władysław, z czego dwóch ostatnich tutaj zmarło. Po śmierci Zamoyskiego w pokoju wystawiono gotycki ołtarz drewniany i stąd pomieszczenie to do czasów przedwojennych nazywano kaplicą. Jedynym meblem pozostałym z oryginalnego wyposażenia komnaty z czasów Tytusa Działyńskiego jest mahoniowe empirowe biurko z XIX wieku. Na biurku tym sypiał ostatni właściciel zamku, jak głosi legenda – z uwagi na złożone w dzieciństwie ślubowanie, że będzie sypiał na twardym posłaniu, jeżeli za jego życia Polska odzyska upragnioną niepodległość. Niezwykle cennym eksponatem jest orzechowa szafa gdańska z intarsjowanymi wewnątrz postaciami wojowników, a także pochodzący z XVIII stulecia globus, XIX-wieczny stojak do map i pokaźna kolekcja obrazów oraz rzeźby. Posadzka, w tym pokoju została wykonana z korzenia brzozy, mahoniu i orzecha, której dekoracja naśladuje wzorzysty dywan z rodowymi herbami Ogończyk i Jelita oraz czworobocznym medalionem, kształtem przypominającym swastykę, runiczny znak ognia.
Pokój Generałowej był apartamentem pani domu, a więc pierwotnie Celestyny Działyńskiej, żony Tytusa, a następnie jej córki Jadwigi Zamoyskiej, która mieszkała tutaj w latach 1881-86 oraz 1920-23 i tutaj umarła. Z pierwotnego wyposażenia pokoju Celestyny pozostały tylko dwa eksponaty: hebanowy kabinet holenderski z XVII wieku i sześcioskrzydłowy parawan z chińską dekoracją. Z czasów Jadwigi zachował się przepiękny orzechowy sekretarzyk angielski, XVIII-wieczne mebelki dziecinne, kabinecik z kości słoniowej i turecki dębowy fotel. Pozostałe meble, równie oryginalne i nie mniej ciekawe, pochodzą z innych dóbr rodowych Działyńskich. W związku z charakterem pokoju znajduje się w nim również szereg rodzinnych pamiątek, głównie portretów i fotografii, w tym jedne z najcenniejszych rysunków w zbiorach kórnickich: dzieła Artura Grottgera, Jana Norblina oraz Marcellego Bacciarellego.
Salon – zgodnie ze swoją funkcją należy do najbardziej reprezentacyjnych w zamku, głównie z uwagi na złocone sztukaterie sufitu, zdobione portale, pokaźny kominek i piękną posadzkę. Pokój zachował w większości autentyczne urządzenie z połowy XIX wieku, wykonane przez stolarzy zatrudnionych przez Działyńskiego podczas przebudowy rezydencji. Do ciekawszych wystawionych tu eksponatów należą dwie kanapy mahoniowe, stół z mozaiką komponowaną z sęków szesnastu gatunków drzew, zabytkowy zegar francuski, XVIII-wieczna francuska harfa i fortepian Klaudyny Potockiej, na którym według tradycji grywał Fryderyk Chopin. Władysław Zamoyski nazywał to pomieszczenie „pokojem skazańców”, bowiem znajduje się tutaj pokaźna kolekcja portretów rodzinnych, z czego znaczna ich ilość przedstawia osoby skazane za udział w kolejnych powstaniach.
Do Salonu przylega niewielki Salonik – pokoik pełniący pierwotnie funkcję sypialni. Jego główną ozdobą jest czerwony marmurowy kominek, nad którym zawieszono barokowe lustro saskie – są to jedyne elementy pozostałe z pierwotnego wyposażenia. Najciekawszym meblem jest kabinet z XVII wieku wykładany szylkretem, brązem i masą perłową. Inne meble umieszczone w tym pokoju są klasycystyczne i pochodzą z przełomu XVIII i XIX stulecia. Podobnie jak w innych pomieszczeniach, Salonik zdobi pokaźna kolekcja XVI-XIX-wiecznych malowideł, w tym portret chłopca artysty Galeazzino, przez wiele lat uchodzący fałszywie za obraz pędzla Tycjana.
Czarna Sala to dawna sień zamkowa, powstała z wydzielonej części sieni barokowego pałacu. Jej nazwa pochodzi od czarnej posadzki, którą w 1961 roku zastąpiła podłoga z marmuru. Komnata obecnie w całości poświęcona jest osobie Władysława Zamoyskiego – w wystawionych gablotkach znajdują się broszury, zdjęcia, mapy, listy, bilety oraz inne dokumenty Zamoyskiego związane z jego działalnością podróżniczą, patriotyczną i edukacyjną.
Sala Jadalna zwana też Herbową. Główną ozdobą tego pomieszczenia jest kasetowy strop mieszczący w 71 skrzyńcach tarcze z herbami XV-wiecznego rycerstwa polskiego – określanymi kiedyś niesłusznie herbami rycerzy walczących pod Grunwaldem. Jeden pusty kaseton stanowił obiekt żartów Tytusa, wyjaśniającego, iż uzupełni go w razie konieczności odpowiednim herbem przybywającego gościa. Z pierwotnwgo wyposażenia zachowały się tylko neobarokowe wyplatane krzesła z wysokim oparciem i barokowa prasa do bielizny stołowej z ok. 1700 roku. Pozostałe meble wprowadzone zostały później, choć niektóre z nich są równie stare i cenne. Na ścianach – podobnie jak w Salonie – wiszą reprezentacyjne, wielkie portrety przodków.
Przejście z Czarnej Sali do Pokoju Marii Zamoyskiej prowadzi przez ogromny ostrołukowy portal obwiedziony wicią roślinną i ozdobiony herbami Działyńskich.
Pokój Marii Zamoyskiej pierwotnie pełnił funkcję komnaty gościnnej, później prywatnych apartamentów Izabeli Działyńskiej oraz Marii Zamoyskiej, siostry Władysława i ostatniego mieszkańca zamku. Charakterystycznym elementem jest bogata sztukateria sufitu w formie geometrycznej plecionki orientalnej, tworzącej pośrodku gwiazdę. W części przyokiennej znajduje się na niej napis arabski z podstawowym wyznaniem wiary islamskiej – był to hołd Działyńskiego dla Turcji, która jako jedyne z ówczesnych państw nie uznała rozbioru Polski. Z pierwotnego wyposażenia zachowały się tylko dwie XVII-wieczne zdobione macicą perłową szafki. Piękne są także rokokowe sekretarzyki, trzy holenderskie, wykładane kością słoniową stoły oraz stolik toaletowy używany przez Marię do przechowywania farb i przyborów malarskich. Ozdobą ścian są portrety rodzinne oraz prace autorskie Zamoyskiej.
Zakątek Myśliwski. Jego centralną przestrzeń wypełnia kolista kanapka, wokół której w gablotach i na ścianach wystawiono pamiątki z zamorskich podróży Władysława Zamoyskiego, m.in.: orientalne maski demonów, wypchane zwierzęta, dzidy, skamieliny i chyba eksponat najciekawszy – wykonany z liści palmowych kapelusz, będący podarunkiem księżniczki Liluokalani, siostry króla Wysp Hawajskich.
Sala Mauretańska, Największa komnatą na zamku kórnickim, jest podzielona na trzy mniejsze, z czego każda część wykonana jest w innym stylu – spotkać można tutaj zarówno nawiązania do średniowiecznej architektury arabskiej jak i formy inspirowane angielską sztuką gotycką. W sali wystawiono ogromną liczbę niezwykle cennych eksponatów m.in. oryginalne zbroje rycerskie i husarskie, polską oraz wschodnią broń białą, kusze myśliwskie, ozdobne rzędy końskie, laski marszałkowskie, grawerowane zastawy stołowe, XVIII-wieczne kolekcje porcelany miśnieńskiej i inne. W centralnej części sali stoją gabloty, w których eksponowane są przedmioty odziedziczone przez Działyńskich po przodkach: puchary, wyroby złotnicze i najstarszy wystawiony tu zabytek – medalion z wyobrażeniem św. Piotra, będący prawdopodobnie ogniwem łańcucha noszonego przez opata benedyktyńskiego z Kruszwicy w XI wieku. W części wschodniej komnaty mieści się zakątek z zabytkami sztuki sakralnej, m.in. XIV-wieczny, wykonany z kości słoniowej dyptyk francuski ze sceną Koronacji Trzech Króli, XV-wieczne księgi religijne, romańskie naczynia na wodę oraz równie stare ciosy kamienne z twarzami złowrogich demonów.
Obok muzeum działa tutaj również biblioteka, założona w 1817 roku przez Tytusa Działyńskiego w rodzinnym Konarzewie i w 1826 przeniesiona do Kórnika. Będący placówką PAN księgozbiór posiada około 350 tysięcy woluminów, w tym ponad 40 tysięcy starodruków, m.in. rękopis III części Dziadów, ballady Pan Twardowski, czy fragmenty Beniowskiego. Unikatami są XVI-wieczne wydania drukiem dzieł Jana Kochanowskiego, najstarszym zaś zabytkiem jest rękopis francuski pochodzący z przełomu IX i X stulecia. Zespół biblioteczno-muzealny w Kórniku należy do najciekawszych tego typu obiektów w całej Wielkopolsce. Park o powierzchni 33 ha. Park ów założony jako ogród włoski w XVI stuleciu, został następnie przekształcony na francuski, a w wieku XIX na angielski. Rośnie w nim ok. 3000 gatunków drzew i krzewów z całego świata, tworzących tzw. Arboretum Kórnickie – największy tego typu obiekt w Polsce.
A Biała Dama – owszem tajemniczo uśmiechała się do nas z portretu, oraz wyraziła zgodę na spożycie smacznego obiadku w gospodzie, której użyczyła swego imienia. Wypiliśmy staropolskim obyczajem jej zdrowie, może nie syconym miodem czy „inszą małmazją” lecz herbatką i kawusią – jak przystało na brać turystyczną, com skrzętnie odnotował piórem gęsim maczanym w zacnym inkauście.
Jan Paweł II
To już drugi film o Papieżu-Polaku, który obejrzeliśmy w skupieniu. Film powstał w koprodukcji amerykańsko-włosko-polskiej w której uczestniczyły trzy duże stacje telewizyjne: Telewizja Polska S.A., CBS i RAI UNO z udziałem aktorów o międzynarodowej sławie.. Światowa premiera filmu odbyła się w Watykanie z udziałem Benedykta XVI, w listopadzie ubiegłego roku. Film “JAN PAWEŁ II” to nie tylko wydarzenie medialne, ale również okazja do przeżycia duchowego mająca na celu przypomnienie wydarzeń z życia i pontyfikatu Jana Pawła II. Film powstał w kilku wersjach przeznaczonych na poszczególne rynki i pola eksploatacji.
W roli tytułowej JON VOIGHT
W pozostałych rolach:
Karol Wojtyła CARY ELWES
Prymas Stefan Wyszyński CHRISTOPHER LEE
Kardynał Adam Sapieha JAMES CROMWELL
Kardynał Agostino Casarolli BEN GAZZARA
Navarro Valls GIULIANO GEMMA
Kardynał Joseph Ratzinger MIKOŁAJ GRABOWSKI
Ojciec ROBERT MAZURKIEWICZ
Przyjaciel DANIELLE PECCI
Profesor Kierk ANDRZEJ ŻARNECKI
Gabriel ETTORE BASSI
Tadeusz ROBERT GONERA
Kardynał König CHRISTOPHER GOOD, GABRIELLE FERZETTI
Ewa VITTORIA BELVEDERE
Dobry KRZYSZTOF JANCZAR
W wersji polskiej
Jan Paweł II, Karol Wojtyła KRZYSZTOF KOLBERGER
Prymas Stefan Wyszyński JERZY RADZIWIŁOWICZ
Ksiądz Stanisław Dziwisz ZBIGNIEW ZAMACHOWSKI
Kardynał Adam Sapieha OLGIERD ŁUKASZEWICZ
Kardynał Agostino Casarolli HENRYK TALAR
Przyjaciel WOJCIECH MALAJKAT
Po obejrzeniu filmu znalazłam nieco zmienioną prawdę historyczną [rozmowa Papieża z Wałęsą w trakcie jego internowania] ale również było to dla mnie także niezwykłe wzruszenie [modlitwy w okresie ostatnich chwil życia Ojca Świętego.] Przesłanie filmu, jak i wielkość Osoby Jana Pawła II pozwalają przypomnieć wymiar duchowy Jego pontyfikatu i dar głębokiej wiary.
Puszczykowo – Niwka Mała 23 kwietnia 2006
Wreszcie Pani Wiosna przestała kropić deszczem w dni wolne i zatrzymywać nas w domu. Wprawdzie turystom deszczyk nie przeszkadza, ale breja na ścieżkach i owszem. Drogi obeschły, zielony puch na drzewach, mlecze wystawiają „pysia” do słonka – a więc w drogę! Na inauguracyjna przebieżkę stawiło się 26 łazików. Aby nie dawać sobie „w kość” bez treningu, pojechaliśmy autobusem do Puszczykowa. Pięknymi zakolami Warty powędrowaliśmy do Niwki robiąc oczywiście malutki popasik na skromne co nieco.
A w Niwce…. Obiadek, potem lasowanie lodów [i po co ta antykaloryczna przebieżka?] Panowie wypili zdrowie słoneczka, niemniej słonecznym „Lechem” i syci wrażeń i ciepłego powietrza wróciliśmy radośnie do Poznania.
Na pierwszy rajd, 8 km trasy to całkiem sympatyczna inauguracja sezonu.
Bardzo długi deszczowy weekend 29 kwietnia – 3 maja 2006
Najdłuższy weekend w Europie postanowiliśmy spędzić, jak na łazików przystało na zielonych szlakach, aby były leśne ścieżki, woda i zaprzyjaźniona gromada. Wyznaczyliśmy sobie przeto turystyczne spotkanie w okolicach Ślesina.
W pigułce o Ślesinie
Jest to miasto w woj. wielkopolskim, w powiecie konińskim, siedziba gminy miejsko-wiejskiej W latach 1975-1998 miasto administracyjnie należało do woj. konińskiego. Położone jest nad Jeziorem Ślesińskim. Według danych z 31 grudnia2004, miasto miało 3077 mieszkańców. Obecnie liczy około 3000 mieszkańców. Przez miasto prowadzą drogi do Konina i Bydgoszczy (DK25) oraz Słupcy i Sompolna.
-
od 1579 używana jest obecna nazwa miasta,
-
1807Księstwa Warszawskiego1807 miasto znalazło się w granicach
-
19211921 odzyskanie praw miejskich. 1921 odzyskanie praw miejskich.
Atrakcje turystyczne
-
neogotyckiXIX wiekuneogotycki kościół parafialny z II połowy
-
klasycystycznyNapoleonaklasycystyczny łuk triumfalny na cześć 1812klasycystyczny łuk triumfalny na cześć z
-
pomnik ku czci Polaków rozstrzelanych przez Niemców w 1939.
Dzień 1
Deszcz, deszcz., kapał ciurkał i moczył 18 plecakowiczów, Gapcię i gitarę. Ale nic to. Sprawnie załadowaliśmy się do pociągu, który zawiózł nas do Konina, potem autobus i wysiadka w Ślesinie. Powędrowaliśmy długą trasą brzegiem jeziora do „Energetyka” I niespodzianka. Główne wejście przystrojone balonikami, hol także. Czyżby na nasze przyjęcie? Niezupełnie. W hoteliku grała orkiestra od ucha i grzmiały weselne toasty. O wieczornym spotkaniu „piosenka na rozgrzewkę” nie było co marzyć. Krótki rekonesans otoczenia w deszczyku i zajęcia własne.
Dzień 2
Leeeeeje! Idziemy do kościoła w Ślesinie. Z ambony ksiądz gromi „majówkarzy” i wygłasza płomienna filipikę polityczną. Czujemy się skonsternowani, bowiem oczekiwaliśmy strawy duchowej. Lądujemy „U Stacha” – miłej knajpce aby pokrzepić się czymś smakowitym i w kapuśniaczku wracamy do hotelu. Dobrze, że mieszkamy daleko od miasta, można przynajmniej realizować program turystyczny.
Po obiedzie wyruszamy w dookolne lasy. Siąpi nadal, ale chodzi się miło po miękkiej otulinie ścieżek.
Wieczorem spotykamy się na prywatnych pogaduchach, bowiem salonik okupują nadal weselni goście.
Dzień 3
Nadal leeeje! Tym razem zamówionym autobusem [miało być łazikowo, czyli szlakiem] udajemy się do Lichenia. Nie będę opisywać historii i dnia dzisiejszego sanktuarium, ponieważ rzetelny opis kronikarski zawiera kronika z 2005r. Zwiedziliśmy bazylikę, Golgotę, wzięliśmy udział we mszy św. Syci wrażeń odczekaliśmy rekreacyjnie godzinkę na przystanku podziwiając olbrzymie gipsowe anioły u wejścia do Drogi Krzyżowej. Wreszcie jest wytęskniony autobus. A na rynku w Ślesinie gospoda „Pod Kulawą Gęsią” z pięknym kominkiem, obwieszona porożami, pełna uroczych sztychów i bibelotów. Jadło takoż jak się patrzy, wątróbka z cebulką mniam, mniam, kotleciki serowe i oczywiście gęś na różne sposoby przyrządzana.
W hoteliku nareszcie można pośpiewać nasze wypróbowane przeboje. I niespodzianka. Pan Eugeniusz Piątek, który dołączył właśnie do gromadki przywiózł mnóstwo pysznych pączków z różaną marmoladą. Pychota.
Dzień 4
Słońce! słońce! – poniosło się echem po korytarzu. Śniadanko i w drogę! Lasami do Ignacewa, pięknej wioski oddalonej o 9 km od naszej bazy. Trasa jak marzenie. Zielono, las pełen ptasich trylów, słoneczko bawi się z nami w chowanego. Stanęliśmy na popas przy sklepiku zasobnym w dobra wszelakie i zasililiśmy mdłe ciała energią. Miano Królów Trasy otrzymali jednogłośnie: – p. Sylwester – nestor, ale jaki niestrudzony piechur, oraz Agatka – trzecioklasistka i Julia jej czteroletnia siostrzyczka. Dzieci dzielnie przeszły połowę 17 kilometrowej trasy, p. Sylwester całą. Niechaj jego imię świeci pięknym blaskiem jako przykład kwękaczom i marudom.
W powrotnej drodze ozłociły nas [dosłownie, boć słonko świeciło] wielkie krople majowego deszczyku, pozwalając oddychać pełną piersią.
Podsumowaliśmy śpiewająco ten udany dzień, a nasze koleżanki z Bydgoszczy ułożyły zgrabny wierszyk podsumowujacy imprezę. Z kronikarska dumą gęsim piórem kaligrafuje, iż nasz łazikowy klub znany jest poza Pyrlandią, bowiem mamy ambasady w Łodzi, Bydgoszczy i Szczecinie.
Dzień 5
Pogoda jak marzenie a tu czas powrotu. Ha, taki los turysty. Udało się nam nieco pogapić na jezioro z za burt stateczku „Pawełek” [ten nasz szef ma jakieś nielegalne przedsiębiorstwo, albo znajomości] Powystawialiśmy nosy na słoneczko, pogawędzili z kapitanem i czas na pakowanie.
Ostatnia trasa do Ślesina i wrrrrr, wrrrr – autobus rejsowy do Konina tylko mignął pustym wnętrzem nie zatrzymując się na przystanku. Jakim wspaniałym wynalazkiem jest komórka i operatywny szef! Paweł zadzwonił do dyspozytora i bardzo zdecydowanie przedstawił sytuacje i konsekwencje z niej wynikające. Efekt był piorunujący. Znalazł się autobus i w przyzwoitym czasie dotarliśmy do Konina, skąd pociągiem do Poznania.
Czas na podsumowania: Mamy wiele ciepłych słów dla naszych przyjaciół opiekunów-przewodników – szczególnie dla Kai, której zaangażowania i życzliwej pomocy nie da się wymierzyć. A my? Szef i Lidka już obmyślają następną trasę, a Agrafek zasiada do obróbki serwisu fotograficznego.
Następny deszczowy wypad 21 maja 2006
Niedziela pochmurna i synoptycy zapowiadają przelotne deszcze. A nam się marzy następna trasa. Nic to, jedziemy! Podzieliliśmy sprawnie 27 chętnych na zatwardziałych „tupaczy” i tych mniej wytrzymałych. Punkt docelowy Kórnik i azalie w ogrodzie dendrologicznym, wszak to pora ich kwitnienia. Trzynastu chętnych na 10 kilometrową trasę autobusem dodarło do Gądek, skąd zielonym szlakiem mięliśmy dojść do Kórnika, pozostałe 13 osób pojechało bezpośrednio do punktu docelowego.
W Gądkach siąpiło i owszem, wiaterek rzucał nam garście wody w nosy, ale można było iść. Dopiero za zabudowaniami zmienny maj pokazał na co go stać. Lunęło jak z cebra rzęsiście i perliście. Zatrzymaliśmy się pod osłoną bujnego krzewu aby przeczekać pompę. No wreszcie można wyjrzeć na świat. Deszczyk nadal rosił, lecz co nam taki deszczyk. Powędrowaliśmy dalej robiąc maleńki popas przy sklepie z różnymi dobrociami ku pokrzepieniu.
Do Kórnika dotarliśmy w dobrym stanie, o co postarał się wiatr susząc przyodziewek. Chętni dołączyli do azaliowej grupy a pozostali odwiedzili zaprzyjaźnioną „Białą Damę” która chyba nas polubiła. Jeszcze smaczny obiadek w „Kórnickiej”, zbiorowe lizanie włoskich lodów i powrót do Poznania. Tutaj ostatni akord rajdu – chrzest deszczem. Wszak maj lubi turystów.
Opalenica i okolice 4 czerwca 2006
Nic nie zapowiadało taaaakiej pogody, bo nad Wielkopolską przelotne deszcze i burze. Niemniej 27 łazików wyznaczyło sobie spotkanie i odwiedziny w Opalenicy, gdzie nasza członkini s. Lidia prowadzi pracownię ceramiczną. Byliśmy podekscytowani perspektywą obejrzenia prac jej podopiecznych. I nie rozczarowaliśmy się! Piękne formy ceramiczne wykonane z dużą precyzja i kunsztem. Z radością przyjęliśmy propozycję wykonania samodzielnych prac. Ile szczęścia może dać modelowanie w prawdziwej glinie. Odkryliśmy kilka talentów, z których Eleonora okazała się klasą samą w sobie. Jej łabędź i rybka wypracowane w każdym szczególe wywołały powszechny zachwyt. Pięknie pracował Marcin a i Paweł ulepił całkiem zgrabne dziełko. S. Lidka obiecała solennie, że wszystkie prace podda wypalaniu i przywiezie do Poznania. Może zrobimy wystawę łazikowych artystów.
Słów kilka o samej miejscowości.
Historia Opalenicy sięga 1393 roku – są to najwcześniejsze wzmianki źródłowe. Prawa miejskie uzyskała między 1399 a 1401 rokiem, pierwszym właścicielem Opalenicy był Ticz Bar de Opalenicza, przedstawiciel jednego z rodów pomorskich. Miejscowość zawdzięcza swoją nazwę okolicznym lasom i kojarzy się z czasownikiem palić. W średniowieczu jednym ze sposobów uzyskiwania wolnej przestrzeni pod zabudowę lub uprawę roli było właśnie wypalanie lasów, stąd taka nazwa. Opalenica pieczętuje się herbem wyobrażającym w tarczy drzewo o trzech korzeniach i trzech rozetach, skrzyżowane z kluczem poziomo ułożonym, datowanym na rok 1616. Przez ponad 500 lat podstawą utrzymania mieszkańców było rolnictwo, tylko w niewielkim stopniu rzemiosło i handel. W latach 1445-1775 miasto należało do rodu Opalińskich, jednego z najznamienitszych w ówczesnej Rzeczpospolitej. W opalenickim zamku w 1680 roku urodziła się Katarzyna Opalińska, którą w 1698 roku poślubił król Polski Stanisław Leszczyński. Ich drugą córkę, Marię w 1725 roku poślubił król Francji Ludwik XV. W 1793 roku, po drugim rozbiorze Polski, Opalenica znalazła się pod panowaniem pruskim. Znaczny wpływ na dynamiczny jej rozwój miała otwarta w 1870 roku, przebiegająca przez Opalenicę, linia kolejowa z Poznania przez Frankfurt nad Odrą do Berlina. Zapadła wtedy decyzja o budowie cukrowni – pierwszego i do dziś największego zakładu przemysłowego na tym terenie. Dla obsługi cukrowni powstała pierwsza w Wielkopolsce kolej wąskotorowa. Przez cały czas Opalenica miała zdecydowanie polskie oblicze, działało tu też wiele organizacji o charakterze narodowym. Na podkreślenie zasługuje działalność księży-społeczników: Wacława Karwowskiego (proboszcza w latach 1862-880), Antoniego Gustowskiego oraz Mieczysława Chudzinskiego. W 1896 r. głośna w całym państwie pruskim stała się sprawa komisarza policji w Opalenicy, który – mimo prób zrobienia z niego niemieckiego bohatera – za znieważenie arcybiskupa Floriana Stablewskiego został zwolniony ze służby. Dzieci szkolne w 1906 r. strajkowały w obronie języka polskiego. W powstaniu wielkopolskim Opalenica oswobodziła się 28 XII 1918 r., a po zajęciu dworca kolejowego rozbrojono na nim niemiecki transport wojskowy jadący do Poznania. Oddziały powstańcze liczyły ponad 200 osób, a dowodził nimi Edmund Klemczak. W dwudziestoleciu międzywojennym w mieście rozwijało się głównie rolnictwo oraz rzemiosło. Okupacja hitlerowska rozpoczęła się od zbombardowania 1 IX 1939 r. pociągu ewakuacyjnego na stacji kolejowej. Wielu mieszkańców zginęło lub zostało wywiezionych, w wyniku czego zaludnienie spadło o ponad 800 osób do poziomu 4366 w 1946 r. Zakończenie II wojny światowej nastąpiło bez większych zniszczeń 26 I 1945 r. Po 1945 roku Opalenica stała się ważnym ośrodkiem przemysłowo-rolniczym, z dominującą produkcją na rzecz rolnictwa i przetwórstwa rolno-spożywczego.
Nie mięliśmy zbyt wiele czasu na tropienie narodowych pamiątek, bowiem zaplanowaliśmy obiadek [smaczny, oj smaczny] a potem czekała nas 12 kilometrowa trasa lasami i polami. Widoki przepiękne, a nasz przewodnik s. Lidia szparko nas wiodła urokliwymi dróżkami.
Uroczyście obiecaliśmy sobie powrót do tej prastarej siedziby, aby tropić ślady historii.
Augustów i okolice 10 – 21 czerwca 2006
Działo się tam wiele, dlatego osobny zapis uczyniony został.
Zaniemyśl 40 stopni w cieniu 8 lipca 2006
Może tych 40 stopni nie było tak zupełnie, ale upał był okrutny. Dlatego łaziki zastanawiały się w jaki sposób pokonać te 14 km. Po naradzie, ustalono, że 16 odważnych rusza w trasę a pozostali w liczbie 15 osób pojadą do Zaniemyśla wygodnie, bo autobusem.
Grupa rajdowa zebrana na autobusowym przystanku nabożnie podziwiała nowy aparacik Lidki. Otóż nasza prezesina otrzymała małżeński prezencik – aparat fotograficzny Samsung, zgrabny i elegancki. A że Lidka lubi „pstrykać” i być opstrykiwana, grupa ucieszyła się z nowego jej nabytku, zapisując się w kolejce do zdjęć. W końcu gromadka dojechała do Bnina i trafiła na przysłowiową patelnię, bowiem na polach dojrzewające zboże, zapylona droga i ani centymetra cienia. Człapaliśmy wytrwale ku widniejącemu na horyzoncie lasowi, który wbrew prawom fizyki wciąż się oddalał [przynajmniej tak orzekliśmy] I o radości, najprawdziwsza woda z deszczowni ustawionych na brzegu pola. Ten i ów dał nurka pod prysznic popiskując wesoło.
Wreszcie upragniony las. A w lesie zamiast cienia powietrze takie, że można nożem ciąć i uprzykrzone wielkie muchy potocznie zwane ślepakami. Akurat! Bezbłędnie trafiały w nasze biedne kończyny i cięły z wampirzą zajadłością. Dobry sposób na przyspieszenie tempa marszu. Oj i pogoniły nas nieziemsko.
A i Paweł telefonicznie nas monitował. Chodziło mu o badejki [kąpielówki] które Lidka niosła w plecaczku, tymczasem biedny prezes tęsknie spoglądał na jezioro i marzyła mu się kąpiel. A tu bez badejek nie uchodzi.
Zasapani, zziajani i zakurzeni jak na prawdziwych traperów przystało dumnie wmaszerowalismy na kąpielisko i hurmem rzuciliśmy się na wodę. Pić, pić! Chłeptaliśmy jako te smoki a mlaskali a cmoktali. Ech, i kto powie, że woda nie jest skarbem turysty?
Potem wspaniały obiadek, nieco lenistwa i błogiego „nicnierobienia”. I trzeba było odtrąbić siadanego do autobusu. Jeszcze tylko malutka atrakcja. Na przystanku pokropił nas deszczyk przy pełnym słoneczku i błękitnym niebie usianym delikatnymi obłoczkami.
Rajd – marzenie.
Upalne Karpicko 23 – 25 lipca 2006
Dzień pierwszy
Do Karpicka jedzie grupa.
I ja i ja też
Bo nie zmoże grupę upał,
I mnie i mnie też!
Śpiewaliśmy sprawnie ładując się o 15.30 do wolsztyńskiego autobusu. A była też nas gromada 31 łazików i trzy psy. Na dworcu wolsztyńskim sprawne przeorganizowanie – bagaże i osoby mniej sprawne jadą samochodami, pozostali szwędacze, brzegiem jeziora i lasami pieszo. Upał, uff.! Uzbrojeni w pokaźne bukłaki z wodą raźno tupiemy 3 km. w kierunku bazy.
Z folderu wiemy, że Ośrodek jest interesujący. Korzystna lokalizacja. Dogodne połączenia z Poznania. Goście mają możliwość korzystania z rowerów i sprzętu pływającego (rowery wodne, kajaki, łódź wiosłowa z dołączanym silnikiem elektrycznym). To brzmi apetycznie
Na trasie mamy miłe psie atrakcje. Argo – czarny labrador rodem ze Słowacji pracujący u Mariusza jako przewodnik daje popis pływacki, ku nieopisanej zazdrości Gapci. A my zostajemy obdarzenie obfitym prysznicem. Tak nawiasem mówiąc zazdrościmy ulubieńcowi tej kąpieli.
Nareszcie ukochane domki, cień i pryyyyysznic.
Wieczorem Paweł podaje program. Nocne pluskanie a jutro Skansen.
Tymczasem, jak na turystów przystało łyczek orzeźwiającej historii i ploteczek.
Dokładny czas powstania miasta Wolsztyn i okoliczności towarzyszące temu wydarzeniu nie są znane. W literaturze przedmiotu istnieje co najmniej kilka poglądów na tę sprawę. Badacze tacy jak O. Lange i H. Munch biorąc za podstawę dokument z 1458 roku przyjmują, iż miasto Wolsztyn powstało krótko przed tą datą. Karwowski z kolei łączy powstanie Wolsztyna z osobami Grzymki i Mikołaja, którzy byli właścicielami Komorowa na przełomie XIV i XV wieku. Największą popularnością cieszy się jednak teza wysunięta przez księdza Zdzisława Zakrzewskiego, łącząca fakt lokacji miasta z aktywnością zakonu cystersów. Zdaniem księdza właściciel dóbr komorowskich w 2 połowie XIV wieku – Peregryn, w roku 1384 zastawił swoje dobra klasztorowi cystersów w Paradyżu. Wkrótce, bo już w 1393 roku syn Peregryna – Grzymko, wykupił zastawione przez ojca dobra. Zakrzewski stwierdza, iż właśnie między rokiem 1384 a 1393 “zapobiegliwi, gospodarni cystersi z Paradyża, a Niemcy z pochodzenia… przyczynili się do osiedlenia rodaków swych sukienników i rzemieślników” i założenia miasta. Na poparcie wysuniętej tezy autor przytacza niemiecką nazwę miasta – Wollstein – oznaczającą “kamień wełny” oraz zwraca uwagę na herb Wolsztyna przedstawiający Najświętszą Maryję Pannę z Dzieciątkiem, co ma potwierdzać udział duchownych przy lokacji. Początki zaiste interesujące.
Pierwsze wzmianki o Wolsztynie jako mieście pochodzą z roku 1424. Wówczas to ks. pleban Albert wytoczył sprawę przeciwko wójtowi Mikołajowi z Wolsztyna. Obecność wójta w zapiskach po raz pierwszy udowadnia, że Wolsztyn wówczas już istniał i co ważne był miastem.
Od XV wieku nazwa miejscowości zapisywana była zmiennie jako Wolstin, Volstyn, Wollstein, Fullsstein lub Hohlstein itp. Z reguły człon – “stein”, pochodzący z języka niemieckiego, oznaczający miejsca obronne wzniesione na skałach, polonizowano na “sztyn”, stąd Fulsztyn, – Wolsztyn, jednak takie tłumaczenie nazwy miasta nie jest właściwe. Zupełnie wiarygodne jest natomiast wywodzenie nazwy od charakteru dominującej gałęzi wytwórczości w mieście. W świetle źródeł historycznych taką dziedziną wytwórczości w Wolsztynie, przez dłuższy czas, było przędzalnictwo. W branży tej stosowano ustaloną nazwę jednostki ciężaru wełny, tzw. kamień, którego nić wynosiła około 14 kilometrów długości – stąd “Wolsztein” czyli “kamień wełny”.
W roku 1469 w Wolsztynie wybuchł pożar, który zniszczył miasto. Ówczesny dziedzic Wolsztyna – Andrzej ze Sepna w niedzielę “Adorate” odnowił pierwotny przywilej miejski. Świadkiem tego aktu był burmistrz miasta Jan Czech, w którego domu akt ten spisano oraz rajcy miejscy Przywilej ów stanowił, iż miasto Wolsztyn lokuje się na prawie magdeburskim.
Wkrótce w 1518 roku miasto zniszczył kolejny wielki pożar. W płomieniach strawiony został ratusz wraz z ważnymi dokumentami, m.in. przywilejem erekcyjnym. Aby uzyskać powtórzenie i zatwierdzenie dawnych przywilejów 31 grudnia 1519 r. na sejmie w Toruniu zjawili się bracia Andrzej i Jan Iłłowieccy. Król Zygmunt Stary przywilejem z dnia 5 marca 1519 roku zatwierdził wcześniej nadane Wolsztynowi prawo magdeburskie, według którego m.in. wszystkie sprawy mieszczan miał sądzić wójt i to zarówno cywilne jak i kryminalne, wójt natomiast sądzony miał być przez każdorazowego właściciela Wolsztyna.
W roku 1548 ponownie płomienie niszczą znaczną część miasta, w związku z czym starszyzna miejska, aby zwiększyć bezpieczeństwo przeciwpożarowe wydaje dokument zabraniający chowania siana i słomy na poddaszach. Ponadto ustanowieni zostali specjalni rewizorzy, których zadaniem była kontrola przestrzegania przepisu.
Wolsztyn u zarania swego istnienia pozostawał z dala od ważnych dla kraju wydarzeń politycznych. Nie ominęły go jednak ważne wypadki z dziejów nowożytnych. Należy tu wspomnieć o “potopie szwedzkim”, a także działającej w terenie partyzantce antyszwedzkiej pod przywództwem starosty babimojskiego, Krzysztofa Żegockiego. Mimo że w bezpośrednich działaniach wojennych Wolsztyn nie ucierpiał, to odczuł najazd ekonomicznie, gdyż mieszkańcy musieli zapłacić Szwedom wysoki okup.
W wyniku II rozbioru Rzeczpospolitej miasto znalazło się pod władzą Prus. Wojska pruskie zajęły Wolsztyn 28 stycznia 1793 r. W latach 1807-1813 miasto znalazło się w granicach Księstwa Warszawskiego. Był to okres gwałtownego wzrostu uczuć patriotycznych, przywiązania do tradycji i poczucia przynależności narodowej większości obywateli miasta. W listopadzie 1807 roku Wolsztyn witał jadącego do Warszawy króla saskiego i księcia warszawskiego Fryderyka Augusta. Nie była to ostatnia wizyta, gdyż jeszcze trzykrotnie Fryderyk August przejeżdżał przez miasto. Radość niepodległości trwała krótko. Wraz z upadkiem Napoleona miasto powróciło w granice monarchii pruskiej. Niejako ukoronowaniem tych wydarzeń było wystawienie przed kościołem 28 lipca 1814 roku, trumny ze zwłokami poległego w walce, głównodowodzącego armią księstwa warszawskiego, księcia Józefa Poniatowskiego.
Po wyzwoleniu Wolsztyna 5 stycznia 1919 roku rozpoczęto organizowanie polskiej władzy w mieście. Już 11 lutego 1919 roku rządzący w Wielkopolsce Komisariat Naczelnej Rady Ludowej rozwiązał dotychczasowe rady miejskie i zarządził wybór nowych. 24 marca 1919 r. w Wolsztynie odbyły się wybory do Rady Miejskiej, podczas których mieszkańcy mogli wybierać między kandydatami dwóch list: polskiej i niemieckiej. Na listę polską padło 1086 głosów, natomiast na niemiecką 1039. Ostatnie przed wojną wybory do Rady Miejskiej w Wolsztynie odbyły się w połowie sierpnia 1939 r. i zakończyły się pełnym sukcesem polskich kandydatów, spośród których 11 reprezentowało Stronnictwo Narodowe (na 12 radych). Wybrana wówczas Rada Miejska zebrała się tylko raz – 14 sierpnia 1939 r. Czując zbliżające się zagrożenie ze strony zachodniego sąsiada, radni jednogłośnie uchwalili wówczas tylko jedną uchwałę “by corocznie w Święto Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryii Panny odprawiana została na intencję miasta msza św. zamówiona przez zarząd miejski”.
Brzmi to wszystko nader ciekawie i kusi aby poszperać w archiwach.
Wybieramy się na nocne pływanie. Woda jak marzenie i spokój. Z tego stanu rzeczy oczywiście korzysta w pełni Arguś i daje taki popis możliwości sportowych, że pokładamy się ze śmiechu, oczywiście nieco mu zazdroszcząc.
Dzień drugi
Grupa dzieli się jak w dniu pierwszym łaziki i „jeźdźców mechanicznych”. Raźno ruszamy do skansenu, który został otwarty w 1986 r. nad brzegiem jeziora Wolsztyńskiego. Jest to Skansen Budownictwa Ludowego Zachodniej Wielkopolski. Obiekty i eksponaty tu zgromadzone pochodzą z terenów pogranicza wielkopolsko-lubuskiego. Na obszarze 3,5 ha znajduje się 13 dużych obiektów architektury wiejskiej oraz ścieżka dendrologiczna z okazami drzew i krzewów. W zbiorach skansenu znajdują się również sprzęty, narzędzia i przedmioty służące mieszkańcom do pracy i życia codziennego w zagrodzie.
Podziw budzi wspaniała karczma z 1706 r przeniesiona z Solca, chałupa ze Świętna z początku XIX w. z piecem chlebowym i wędzarnią wewnątrz, zagrodę z połowy X1X w. z Reklinka, kuźnia, oraz wiatrak koźlak z Wroniaw z 1603 r.
Entuzjastycznie wpadliśmy w nieco senną atmosferę obiektu z radosnymi okrzykami „prosimy o chlebuś wiejski ze smalczykiem i kiszonym ogóreczkiem”! Dobry duch skansenu p. Jerzy zaspokoił nasze pragnienia z szybkością godną najwyższej pochwały. Rozsiedliśmy się przeto na ławach oddając się radości kosztowania, smakowania a oblizywania się. Przednie jadło!
Rzetelnie zwiedziliśmy chaty, stodoły, spichlerze, gumna, kuźnie i wiatrak. Poczym pożegnawszy sympatycznego gospodarza udaliśmy się w drogę powrotną.
Pokrzepieni obiadkiem oddajemy się zajęciom własnym, a to kąpanko-pluskanko, a to kajaczki i rowerki. A i sjestę poniektórzy uprawiali na tarasach domków.
Wieczorem, hurra, niespodzianka. Ania Wolsztyńska-Piestrzyńska [pochodzi z tego zacnego miasta] zafundowała braci grupowej pyszne ciasto, kiełbaski grylowe i chlebuś wiejski-pychotka. Kolejka do tzw „repety” była okrutna, tak, że Kaja, Lucyna i Ania nie mogły nadążyć z zaspakajaniem apetytów.
Na cześć fundatorki daliśmy koncert naszych ulubionych szlagierów, oczywiście Lidka śpiew iPaweł gitara. Piękny wieczór pełen gwiazd i klubowej atmosfery.
Więc mnie od nienawiści ochroń,
I od pogardy mnie zachowaj.
Zaśpiewaliśmy na zakończenie spotkania.
Dzień trzeci
Entuzjaści pluskania o godzinie siódmej biegną nad jezioro. Następnie pełen luz, można iść do kościoła [3 km] można na kąpielisko lub popływać. Potem smaczny obiadek i ostanie łapanie okazji, czyli kąpiel i pływanie. Spakowane bagaże jadą na stację PKP w towarzystwie „jeźdźców”. Pozostali dzielnie tupią.
Nieoceniony Jurek wspomaga nas jako taxi-osobowo-bagażowe. Tak, że zastajemy bagaże w wagonie i p. Sylwestra i Anię „Szczecińską” na posterunku. Gapcia oczywiście daje koncert niechęci do munduru [konduktora] i zawzięcie wymyśla mu sopranikiem. Argo lekceważy takie spory, machając leniwie ogonem.
O 21.30 jesteśmy w Poznaniu, sprawdzenie, czy wszyscy niewidomi mają opiekę i rozwiązanie jeszcze jednej udanej imprezy klubowej.
Czas na naukę , czyli dalsze poznawanie historii 3 września 2006
Jak przystało na pilnych uczniów [klasa wyjątkowo liczna, bo 46 spragnionych wiedzy] stawia się o godz. 8 na lekcję historii i geografii. Jedziemy do Biskupina aby poznać najdawniejsze dzieje tej ziemi.
Kilka słów o wsi .
Wieś Biskupin znajduje się na Pojezierzu Gnieźnieńskim, nad jeziorem Biskupińskim. W Biskupinie stwierdzono ślady osadnictwa od epipaleolitu po średniowiecze. To brzmi zachęcająco.
Wjeżdżamy na teren rezerwatu-muzeum. Zwiedzamy dostępny dla turystów teren. Podziwiamy kunszt budowlany naszych przodków. Zaglądamy do neolitycznych szałasów a potem do zagrody Wisza pozostawionej na pamiątkę realizacji Starej Baśni. Odżywają postaci z kart książki: Jaga, Dziwa, Żywia i okrutny Popiel. Zawieramy znajomość z łagodnymi owieczkami, krążymy po zrekonstruowanej osadzie i chłoniemy wiedzę. Podziwiamy pracę garncarki i jej dzieła. A co zapamiętaliśmy opowiem:
Biskupin – osada z przełomu epoki brązu i żelaza (750 – 600 p.n.e.)
Biskupin – jest jednym z najbardziej znanych rezerwatów archeologicznych w Europie Środkowej – leży ok. 70 km na pn.-wsch. od Poznania. Rezerwat powstał jeszcze przed II wojną światową. Aktualnie rezerwat w Biskupinie obejmuje teren o powierzchni 24 ha. Niemal 2800 lat minęło od czasu, kiedy na wyspie pojawiła się ludność kultury łużyckiej, która wzniosła tam warowny gród. Miał on chronić mieszkańców przed zagrożeniem ze strony obcych plemion – nie bezpodstawnym, gdyż atak jednego z nich doprowadził do upadku grodu. W ciągu jednej zaledwie zimy ścięto tysiące dębów, wykonano większość robót ciesielskich, a przygotowane kłody przetransportowano na wyspę. Wszystkie elementy drewniane zostały ujednolicone, co znacznie przyspieszyło prace budowlane. Osada podzielona została na trzynaście rzędów chat, z których każda mierzyła 70 – 90 m2. Otaczała je ulica okrężna, biegnąca u podnóża wału. Gród zabezpieczony był również falochronem.
Gród w Biskupinie jest jednym z licznych podobnych osiedli istniejących niegdyś na Pałukach, Kujawach i we wschodniej Wielkopolsce, oddalonych od siebie o 15-20 km, jest jednym z najlepiej rozpoznanych grodów pradziejowych w Europie. Osiedle usytuowane jest na ówczesnej wyspie jeziora Biskupińskiego (obecnie jest to półwysep), zajmowało powierzchnię około 2 ha. Całość otaczał wielorzędowy falochron z 25 tys. pali wbitych ukośnie w dno jeziora, równolegle do niego biegł wał drewniano-ziemny, z bramą wjazdową zwieńczoną wieżą obronno-strażniczą. Od bramy do lądu prowadził pomost. W obrębie wałów stały 102 domy drewniane, w których mieszkało około 1200 ludzi, wzniesione w 13 rzędach wzdłuż 11 równoległych ulic wykładanych drewnem, usytuowanych w kierunku wschód-zachód, połączonych jedną ulicą okrężną, która przebiegała u podnóża wału.
Osiedle zostało zniszczone zapewne w wyniku walk międzyplemiennych, potem odbudowane z zachowaniem założenia planu pierwotnego. Opuszczone około 550 roku p.n.e. wskutek podniesienia się poziomu wód jeziora, spowodowanego zmianami klimatycznymi. Na jego pozostałościach około 400 roku p.n.e. powstało osiedle otwarte. Pierwotna ludność biskupińska zajmowała się uprawą roli, chowem zwierząt, zbieractwem, łowiectwem, rybołówstwem, wysoki poziom reprezentowało garncarstwo, obróbka rogu i kości, tkactwo, wytwarzanie brązu, ciesiołka.
Obecnie w Biskupinie znajduje się rezerwat archeologiczny z pawilonem muzealnym. Rezerwat obejmuje fragment zrekonstruowanego osiedla obronnego w naturalnej skali, budynki gospodarcze, a także drewniana zabytkowa chata pałucka z pierwszej połowy XIX wieku z ekspozycją etnograficzną. Na terenie rezerwatu prowadzone są również prace nad rekonstrukcją technik pradziejowych (tkactwo, garncarstwo, ciesiołka) oraz rozpoczęto eksperymentalną hodowlę tzw. konika polskiego i owcy wrzosówki. Urozmaiceniem ekspozycji są zrekonstruowane piece garncarskie i chlebowe. Na terenie rezerwatu odkryto też kraal, czyli wielką zagrodę dla bydła, typową dla ludów pasterskich, datowaną na 1800-1600 r. p.n.e.
Rezerwat archeologiczny wpisany został w 1994 roku na polską Listę Pomników Historii. Obok Torunia i Chełmna jest to jeden z trzech obiektów tej listy w województwie kujawsko-pomorskim.
W czasie odbywającego się corocznie Festynu Archeologicznego we wrześniu, prehistoryczny Biskupin ożywia się jak za czasów swojej świetności sprzed 2,7 tys. lat; podczas imprezy turyści zastają w osadzie zapracowanych garncarzy i ćwiczących łuczników. Przypomnienie życia – dawnego kunsztu rzemieślniczego i technik obronnych – mieszkańców prasłowiańskiej osady w Biskupinie, to sposób gospodarzy Muzeum Archeologicznego i skansenu wykopalisk na zwabienie turystów. Uczestnicy festynu mogą m.in. obejrzeć pokaz tańców celtyckich, spróbować starożytnej strawy, chleba ze smalcem i skwarkami oraz wywaru z ziół, miodu i rumu. Przebierańcy w skórach i lnianych płótnach zachęcają do strzelania z łuku i kuszy, jazdy konnej, pokazują jak zbiera się miód z plastrów, rzeźbi w kamieniu i glinie, wypieka podpłomyki. Co roku program festynu jest inny.
A wszystko zaczęło się w 1933 roku, gdy – podczas wycieczki na półwysep Jeziora Biskupińskiego – młody nauczyciel miejscowej szkoły Walenty Szwajcer odkrył pale wystające z wody i przy brzegu jeziora. W kilka miesięcy później odkryciem zainteresował się profesor Józef Kostrzewski, który podjął decyzję o szybkim rozpoczęciu badań na tym terenie. Profesor kierował pracami ekspedycji archeologicznej aż do 1939 roku, kiedy to zastąpił go Zdzisław Adam Rajewski – przyszły dyrektor Państwowego Muzeum Archeologicznego w Warszawie, który rozbudował biskupiński rezerwat, nadając mu obecny wygląd i kształt.
Rozpoczęte w 1934 roku wykopaliska szybko rozrosły się do rozmiarów niespotykanych w dziejach polskiej archeologii m.in. dzięki licznym artykułom ukazującym się zarówno w prasie krajowej jak i zagranicznej oraz stałym komunikatom Polskiej Agencji Telegraficznej o sensacyjnych biskupińskich odkryciach. Po wojnie na terenie Biskupina zaczęto organizować szkoleniowe obozy archeologiczne dla studentów i młodych naukowców ze wszystkich ośrodków akademickich w Polsce. Rozpoczęto też kompleksowe badania całych zespołów osadniczych w pobliżu łużyckiego grodu. Obecnie działania archeologów i konserwatorów polegają głównie na konserwacji budowli znajdujących się na terenie rezerwatu.
To też Biskupin stał się jednym z najbardziej znanych europejskich rezerwatów archeologicznych, nazywanych – przed wybuchem II wojny światowej – “Polskimi Pompejami”. Naukowcy, przy zastosowaniu nowoczesnych metod badawczych, próbują zrekonstruować wygląd samej osady jak i różne przejawy działalności ludzi, którzy ją niegdyś zamieszkiwali.
W części rezerwatu położonej bezpośrednio za pawilonem muzealnym prowadzone są prace z zakresu archeologii doświadczalnej, związane z rekonstrukcją chat, wypalaniem naczyń, wytopem brązu, wędzeniem ryb, lepieniem ceramiki, wytwarzaniem narzędzi krzemiennych oraz produkcją dziegciu i smoły drzewnej. Warto podkreślić, iż samo pojęcie archeologii doświadczalnej odnosi się nie tylko do rzetelnej rekonstrukcji danego przedmiotu, ale również do samego sposobu jego wykonania. Oznacza to, iż aby uzyskać jakąś rzecz wyglądającą tak jak oryginał należy również odtworzyć cały proces powstawania przedmiotu przy użyciu narzędzi, którymi posługiwali się nasi przodkowie.
Budynki gospodarcze wybudowane na terenie rezerwatu (stajnia, owczarnia, stodoła oraz bróg) są rekonstrukcjami obiektów tworzonych przez łużyczan w osadach otwartych i zostały wzniesione przy użyciu tradycyjnych materiałów oraz prostych narzędzi współczesnych. W zrekonstruowanym, wczesnośredniowiecznym piecu wypieka się chleb z pszenicy uprawianej w rezerwacie i mielonej na kamiennych żarnach, natomiast ceramika i naczynia wypalane są w piecach garncarskich. Na terenie biskupińskiej osady hodowane są zwierzęta spokrewnione z tymi, które żyły na tym terenie kilkaset lat temu: koniki polskie to ziomki leśnych tarpanów, owce wrzosówki skoligacone są z muflonem europejskim, hodowane są również kozy oraz bydło pierwotne czerwone rasy polskiej nizinnej. Jeżeli chodzi o zboże na terenie rezerwatu uprawia się cztery gatunki pszenicy, które znane były mieszkańcom łużyckiego Biskupina, natomiast na mniejszych poletkach rośnie proso, soczewica, lnianka oraz bób celtycki. Poza tym na terenie biskupińskiego rezerwatu, według dawnych sposobów i receptur, wytwarza się dziegieć i smołę drzewną (do produkcji dziegciu używa się kory brzozowej, natomiast smołę otrzymuje się z przesyconych żywicą korzeni sosnowych).
Właściwe eksperymenty związane z archeologią doświadczalną prowadzi się w niedostępnej dla turystów części rezerwatu o powierzchni około 15 arów. Według słów przewodniczki-nauczycielki – prezentacje i pokazy starożytnych technik produkcyjnych, organizowane w Biskupinie w połowie roku (maj, czerwiec), wzbudzają ogromne zainteresowanie zwiedzających. Szkoda, że ta lekcja odbywa się na początku szkolnego roku.
Na lekcję geografii powiązanej z historią jedziemy do Wenecji, …. Oczywiście pałuckiej.
Zabytki Wenecji: to ruiny zamku gotyckiego rodu Nałęczów z około 1390 roku, zniszczonego w 1801 roku. U podnóża ruin znajduje się Muzeum Kolei Wąskotorowej – jeden z nielicznych w Europie skansenów prezentujących tabor kolejowy na torach szerokości 600 mm. Kościół Narodzenia NMP neogotycki z 1872 roku, na miejscu starszego z 1392 roku. Na przykościelnym cmentarzu pochowano m.in. Walentego Szwajcera – odkrywcę Biskupina.
Żnińska Kolej Powiatowa
Powstała na mocy ustawy parlamentu pruskiego z 1892 roku. Jej zadaniem miał być przewóz osób i płodów rolnych do stacji kolei normalnotorowej w Żninie, buraków do cukrowni oraz przewozy wszelkich innych towarów, jak również pasażerów. W latach 1892 / 93 Sejmik powiatowy uchwalił ostatecznie budowę kolei wąskotorowej, o szerokości toru 600 mm. Tor tego typu od 1889 roku stosowany był przez wojska francuskie, potem przez pruskie, aż znalazł w szybkim czasie zastosowanie przy kolejach gospodarczych, a nawet publicznych. Dodatnią stroną wąskiego toru były stosunkowo niskie koszty budowy i eksploatacji takiej linii. Kolej tego typu była trzykrotnie tańsza od kolei normalnotorowej.
Prace budowlane rozpoczęto wiosną 1893 roku. Prowadzono je w taki sposób, że już w październiku 1893 r. kolejka zwoziła buraki do żnińskiej cukrowni. Oficjalne otwarcie Żnińskiej Kolei Powiatowej nastąpiło 1 lipca 1894 r. na odcinkach: ŻNIN – RYDLEWO – BISKUPIN – ROGOWO ( dł. 19,4 km ) i BISKUPIN – SZELEJEWO ( dł. 8,2 km ).W niedługim czasie kolejka przewoziła ładunki oraz pasażerów po torach o łącznej długości 79 km. W Żninie wybudowano parowozownię, warsztaty z odlewnią oraz budynek dyrekcji z mieszkaniami dla urzędników kolejki. Niewielkie budynki mieszkalne pełniące zarazem rolę stacji pobudowano w Rydlewie, Biskupinie, Gąsawie, Szelejewie, Rogowie i Ostrówcach. W 1912 r. zbudowano obszerną, siedmio stanowiskową parowozownię wachlarzową z obrotnicą.
W latach 1894 – 1949 pracowało na kolejce żnińskiej 12 parowozów. Ilość wagonów zwiększyła się z 4 osobowych, 69 towarowych w 1894 r. do 11 wagonów osobowych, 2 wagonów bagażowych i 201 wagonów towarowych w 1941 roku.
W czasie II wojny światowej kolej pracowała pod nadzorem niemieckim a 1 lipca 1949 r. przeszła pod zarząd PKP. W latach 50 – tych przewozy pasażerskie, z uwagi na otwierane w pobliżu linie autobusowe PKS, systematycznie malały. Dlatego też w 1962 r. po 78 latach zdecydowano się całkowicie zamknąć ruch osobowy. Jednakże otwarcie w 1972 r. Muzeum kolejki Wąskotorowej w Wenecji koło Żnina, jak również wzrastający ruch turystyczny skłoniły PKP do uruchomienia w sezonie letnim trzech par pociągów osobowych na trasie ŻNIN – WENECJA – BISKUPIN – GĄSAWA o długości 12 km.
W marcu 2002 r. Powiat Żniński wraz z Gminą Gąsawa, po przejęciu mienia PKP S.A. kolejki wąskotorowej, utworzył Żninską Kolej Powiatową Sp. z o.o. w Żninie. Należy dodać, że jej funkcjonowanie stanowi istotną atrakcję turystyczną Szlaku Piastowskiego regionu Pałuk Jest to pierwsza w Polsce samorządowa kolejka wąskotorowa posiadająca jedyny na świecie czynny parowóz PX 38. W 2006 roku kolejka wąskotorowa w Żninie liczy 112 lat i jak zawsze czuje się bardzo młodo. O czym przekonaliśmy się pokonując trasę z Wenecji do Biskupina pędząc wśród malowniczych pól i jezior z zawrotną prędkością do 20 km/godz.
Muzeum jest największym w Europie skansenem, na którego terenie zgromadzono unikatowe parowozy, wagony towarowe i osobowe, drezyny, pługi odśnieżne, narzędzia i urządzenia techniczne. a jego największą atrakcją są lokomotywy, wśród nich najstarsza, pochodząca z firmy Orenstein – Koppel z 1899 r. i maleńka z belgijskiej firmy Charles z roku 1935, których wyprodukowano tylko 10 sztuk. Eksponowany jest pełen skład pociągu, który prowadzi lokomotywa Tx 26-422, zbudowana w 1926 r. w pierwszej polskiej Fabryce Lokomotyw w Chrzanowie. W wagonie osobowym mieści się ekspozycja umundurowania kolejowego, lamp kolejowych, przedmiotów należących do dyżurnego ruchu i konduktora oraz wyposażenia wagonów osobowych i pocztowych. W wagonie towarowym wystawione są narzędzia drogowe i elementy techniczne pociągów wąskotorowych. Do ciekawych należy pochodzący z końca XIX w. wagon do przewozu poczty i psów.
Dopełnieniem zabytków kolejnictwa jest niemniej zabytkowa poczekalnia stylowa poczekalnia z końca XIX w
W sezonie turystycznym uruchomiona została specjalna, pasażerska linia kolejowa łącząca Żnin z Gąsawą przez Wenecję i Biskupin, którą rocznie podróżuje od 90 do 100 tys. turystów z kraju i zagranicy..
Dopełnieniem zabytkowych parowozów i wagonów są ruiny XIV-wiecznego zamku kasztelana nakielskiego Mikołaja Nałęcza zwanego “Krwawym Diabłem Weneckim” Ponoć imć kasztelan błądzi po murach i w księżycowe noce chrzęści zbroją.
Syci wrażeń i nieco zmęczeni ich natłokiem plasujemy się w gnieźnieńskiej podziemnej knajpce i pałaszujemy zasłużony obiadek, bowiem po obiedzie jedziemy do Lednogóry, cichej s wyludnionej o tej porze. Dumamy chwil kilka u podnóża „ryby”, schodzimy na brzeg jeziora szemrzącego pieśni lednickich pielgrzymów i wracamy do autokaru. A tu niespodzianka pogodowa. Łaskawe dla nas niebo otwiera swe upusty. Ale nam „Pan dał dobry dzień”
Cesna , Dakota i my 8 października 2006
To romantyczne imiona nie należą do szykownych dziewcząt, ani też stanu USA, lecz do podniebnych znajomych naszego asa pilotażu Jurka. Dzięki jego uprzejmości i odpowiednim kontaktom, by nie rzec układom łaziki miały frajdę nad frajdami. To też tłumek zebrał się liczny – 25 członków klubu i 6 zaprzyjaźnionych osób, razem 31 amatorów latania.
Byliśmy gośćmi prywatnego lotniska i jego gospodarza p. Bogdana. A ile emocji i opowieści, jak tam jest w górze i jakie to wspaniałe uczucie oglądać świat z wysokości 400 metrów. Nawet Wandzia, która z dygotką wsiadła do maszyny po jej opuszczeniu poczuła się anielsko. Pozostali adepci skrzydeł rozradowani powiadali jak to pan lotnik ich pobujał i jak to się nic a nic nie bali. Tylko szkoda, że nie było dłuższego lotu, wzdychali marzycielsko.
Bohaterowie przestworzy i stworzenia naziemnie [a było kilku] z apetytem skonsumowali kiełbaski serwowane z grilla przez nieocenioną Kaję, pokrzepili się piwem i herbatką i tłumnie ruszyli zapoznać się z Dakotą – samolotem transportowo-pasażerskim, o którym interesująco opowiedział Jurek, pokazując jej elementy, co dla osób niewidomych było nowym i ciekawym doświadczeniem.
Pogoda także dopisała, a to za sprawa pawłowych „układów” z aurą. W sumie mieliśmy udany niedzielny wypad.
Ludziki i zwierzątka 22 października 2006
Mieliśmy najszczerszy zamiar być gośćmi naszej utalentowanej s. Lidki w jej warsztacie garncarskim w Opalenicy. Mieliśmy….. ale taka ulewa nas przywitała rankiem, że kto żyw pozostał w domu. Ale nic to, „nie popuścimy”….
Człowiek, który został Papieżem 26 października 2006
To część II polskiego filmu o Janie Pawle II. Nic też dziwnego, że tłumnie byliśmy na nim. Film jak zawsze wzruszający, choć jego twórcy nie ustrzegli się przegadania i czasami nadmiernego patosu uginając się pod ciężarem charyzmy bohatera.
„Skrzypek na dachu” 9 listopada 2009
Z żalem konstatuje, ze kierownictwo poznańskiej operetki w ostatniej chwili wycofało się z wcześniejszych uzgodnień, ale tez nie żałujemy. Piosenki stanowiące o urodzie spektaklu są wykonywane z playbacku. To zdecydowanie psuje urodę musicalu.
Rajd patriotyczny 11 listopada 2006
Odzyskanie niepodległości przez Polskę obchodzone jest w kraju uroczyście. Nie brakuje akademii, spotkań, wieców i koncertów. W Poznaniu mamy ponadto imieniny ulicy, bowiem już po raz dwunasty główna ulica Poznania Św. Marcin obchodzi 11 listopada hucznie swoje świeto. Przez miasto przetoczył się barwny korowód, który poprowadził sam Święty Marcin. Skąd taka tradycja?
Pomysł
- Idea urządzania festynów ku czci świętych-patronów sięga średniowiecza – mówi Joanna Przygońska z Centrum Kultury Zamek. Swojego patrona miało wtedy nie tylko każde miasto czy ulica, ale i organizacje cechowe, kupcy. Kiedy przypadały imieniny patrona organizowano uliczne święta, jarmarki, odpusty. Pomysł wskrzeszenia tego typu imprez rzucił w poznańskim CK Zamek Henryk Dąbrowski na początku lat 90. – Ulica Św. Marcin wróciła wówczas do swojej nazwy z Armii Czerwonej. Pan Henryk Dąbrowski znalazł inspirację do organizacji festynów ulicznych w Krakowie, gdzie wiele małych uliczek urządza tego typu imprezy. Organizacja imprezy faktycznie w szybkim tempie ożywiła ulicę i przekonała poznaniaków do nowej-starej nazwy ulicy. Organizujemy od początku barwne korowody, których. Podobne parady ku czci Marcina organizowane są w Niemczech i Austrii.
Święty Marcin z Tours
Urodził się w 316 r. w rzymskiej prowincji Panonii (obecnie Węgry). Jego ojciec był rzymskim legionistą, w kilka lat po urodzeniu Marcina został przerzucony do Rzymu. Tam młody Marcin po raz pierwszy zetknął się z religią chrześcijańską. Prawo rzymskie stanowiło, że syn żołnierza ukończywszy 15 rok życia musiał także służyć w armii cesarskiej. Marcin został przydzielony do elitarnej gwardii cesarskiej, czuwającej nad obszarami zagrożonymi przez barbarzyńców. Oddział Marcina pilnował porządku w Gali, w okolicach Amiens. Tam właśnie rozegrała się słynna z ikonografii scena aktu miłosierdzia Marcina, kiedy to oddał on drżącemu z zimna biedakowi połowę swego płaszcza. Następnej nocy żołnierzowi przyśnił się Chrystus odziany w połowę jego płaszcza. Marcin przyjął chrzest, ale z armii mógł wystąpić dopiero po odsłużeniu obowiązkowych 25 lat. Został mnichem i zamieszkał w pustelni, odżywiał się korzonkami i ziołami. Wkrótce w związku z dokonywanymi cudami stał się sławny. Kiedy zwolniło się biskupstwo w Tours w 371 r., wierni nie mieli wątpliwości – chcieli Marcina na swojego biskupa. Marcin był biskupem władającym z autorytetem, kochanym, szanowanym przez wiernych, pokornym i serdecznym. Umarł 8 listopada 397 r., trzy dni później został złożony do grobu. To właśnie w dzień jego pogrzebu ustanowiono w połowie VII wieku jego święto. Święty Marcin jest patronem m.in. żołnierzy, oberżystów, jeźdźców, sukienników, żebraków, podróżników, więźniów i kapeluszników.
Tradycje
Święty Marcin był jednym z najbardziej popularnych świętych w Europie. W XII wieku także w Poznaniu stanął kościół pod jego wezwaniem. Wkrótce potem wokół świątyni zaczęła powstawać podmiejska osada zamieszkana przez rzemieślników. Od imienia patrona kościoła nazywano ją Świętym Marcinem. W 1797 roku Prusacy włączyli osadę w granicę miasta, a przebiegająca przez nią ulicą stałą się jedną z głównych ulic Poznania. Niecałe sto lat później, w listopadzie 1891 narodziła się w kościele św. Marcina tradycja rogali świętomarcińskich. Wówczas to proboszcz parafii Jan Lewicki zaapelował do wiernych, aby wzorem Marcina zrobili coś dla biednych. Cukiernik Józef Melzer postanowił odwołać się do starej tradycji związanej z wypiekiem rogali na Św. Marcina. 11 listopada, w dniu pogrzebu świętego wypiekano rogale, które miały symbolizować zgubioną przez konia świętego podkowę. W rzeczywistości Kościół zagospodarował na swój użytek tradycje sięgającą czasów pogańskich, kiedy to jesienią składano bogom ofiary z wołów lub w ich zastępstwie zwijane w wole rogi ciasta. Melzer sprzedawał rogale bogatym, a biedni otrzymywali je za darmo. Wkrótce biedni w dniu 11 listopada mogli liczyć także na inne podarunki jak chleby czy mięsa. Święto Marcina obchodzono także w całej Polsce. Łączono je z zakończeniem prac w polu, jesiennym ubojem bydła i gęsi, przygotowywaniem zapasów na zimę i urządzanymi z tej okazji ucztami.
Imieniny współcześnie
Dziś imieniny są poznańską atrakcją turystyczną. Kilkadziesiąt imprez, wystawy, koncerty, spektakle, barwny korowód, sztuczne ognie, kiermasz przed zamkiem, gdzie można kupić świeże rogale oraz rozgrzać się „grzańcem”. Atmosfera podczas festynu Św. Marcina przypomina słynne niemieckie „Weinachstmarkty”. - Nasze imieniny są jednak połączone z obchodami święta narodowego, są biało-czerwone barwy, pamiętamy o historii Polski, miasta, zamku. Organizujemy wystawy, wykłady - zachwala poznańskie święto p. Przygońska. – Nie ma lepszego sposobu na promowanie miasta niż tzw. turystyka kulturowa. Pokazujemy całej Polsce, że można w święta narodowe bawić się razem i to nie tylko w sposób oficjalny.
My postanowiliśmy uczcić święto, jak przystało na łazików – rajdem patriotycznym przebiegającym przez znaczące dla miasta trasy, m. in. Poznańską Cytadelę i znajdujący się tam cmentarz zasłużonych dla miasta a także koło pomnika Armii Poznań. W nieco nostalgicznej aurze jesiennej wędrowaliśmy po urokliwych zakątkach miasta. Nie obyło się także bez okolicznościowego przemówienia wygłoszonego przez miłościwie nam prezesującego Pawła w otoczeniu prastarych drzew i polatujących liści. Aby także było coś dla ciała zrobiliśmy „ściepkę” i tradycyjnie u Małgorzatki, czyli w naszej bibliotece raczyliśmy się tradycyjnymi rogalami przy wtórze pieśni patriotycznych.
Przesympatyczne spotkanie.
Odwołane Andrzejki 25 listopada 2006
Przeżywamy śmierć 23 górników, którzy ponieśli śmierć w kopalni „Halemba”. Trwa narodowa żałoba. Odwołaliśmy tradycyjną imprezę andrzejkową. Jesteśmy sercem z Bliskimi ofiar katastrofy.
Andrzejki 1 grudnia 2006
Nieco spóźnione, ale niemniej sympatyczna impreza zgromadziła w niewielkiej czytelni naszej biblioteki łazikowe towarzystwo. Udekorowana ze smakiem salka i stoły stwarzały miły nastrój. Jak zwykle niestrudzona Lidka przygotowała wiele niespodzianek w postaci wróżb, także politycznych, przysłów i opowieści andrzejkowych. Było wspólne śpiewanie i degustowanie smakołyków. Wznieśliśmy szklaneczką grzanego wina toast za pomyślność Klubu i trud organizatorów.
Nie obyło się bez zabawnego incydentu. Serwisant fotograficzny – Agrafek nie mógł przynieść sprzętu. Aparat przyniosła Lidka, tyle, że bez naładowanych akumulatorków…… i straciliśmy okazję do pamiątkowych zdjęć. Lecz uwierzcie na słowo obiektywnemu kronikarzowi. Impreza ze wszech miar była udana.
Wigilia – podsumowanie roku 17 grudnia 2006
Piękne i ciepłe spotkanie. [tym razem z serwisem fotograficznym] W restauracji „Maltańska” zgromadziło się 52 osoby – członków i sympatyków Klubu. Lidka przygotowała montaż recytacji przeplatanych wspólnymi kolędami przy wtórze gitary. W podniosłej atmosferze zjedliśmy tradycyjne wigilijne potrawy: barszczyk, rybkę i koniecznie pierogi.
Paweł otrzymał prezencik na poczet „morskiego turnusu” w przyszłym roku. Były to nagrania szant zespołów „Stare Dzwony” i „Mechanicy Schanty” z dołączoną dyskietką ze słowami i chwytami gitarowymi. Będziemy się uczyć nowego repertuaru.
I wreszcie pogodny moment składania sobie najlepszych życzeń na nadchodzący rok. Pełno radosnego zgiełku, wymiany życzeń i opłatków. Oby było życzliwie, spokojnie i oby panowała wśród nas zgoda, wsparcie i wzajemna życzliwość. Także obiecaliśmy sobie solennie spotykanie się na szlakach i odkrywanie uroków turystycznej przygody.
Dosiego Roku!
2005
A nad Maltą trochę śniegu
Wszędzie pada, tylko nie w Poznaniu twierdziły łaziki smętnie popatrując na szarobure ulice. A może nad Maltą pada? Trzeba sprawdzić. No i sprawdziliśmy! Nie tylko leżał biały i puszysty, ale nawet na nasze usilne prośby zaczął prószyć i nie tylko biały, bowiem widzieliśmy przez różowe i złote okulary, co zaświadczam słowem Agrafka
W rytmie walca – 16 stycznia
W rytmie walca, tańczy świat i łaziki też. Zabawa była przednia, ale jak każda zabawa, trochę tańca, trochę miłych pogwarek i flircików. Pomimo, ze muzyka mechaniczna, ale humorki dopisywały, chęć do krążenia po parkiecie także. Wyhulaliśmy się setnie.
Nasza Katedra – 5 lutego
Cudze chwalicie, ależ nic podobnego! Swoje poznańskie nie tylko chwalimy, ale lubimy poznawać. Nowy rok Anno domini 2005 rozpoczęliśmy uroczyście od odwiedzenia poznańskiej Katedry, bo i miejsce pełne pamiątek historycznych i skłaniające do zadumy. To też tłumnie, bo 56 osób – stawiliśmy się przy tym znakomitym zabytku i poprowadzeni przez wspaniałego przewodnika p. Marię Piechowicz udaliśmy się do podziemi świątyni aby obejrzeć najstarsze wykopaliska sięgające czasów Bolesława Chrobrego, oddać pokłon sarkofagom zasłużonych biskupów i poznać jej piękne wnętrze.Poznańska Bazylika Archikatedralna, bo tak się oficjalnie nazywa jest położona na wyspie Ostrów Tumski, otoczonej korytem Warty i Cybiny i sięga samych początków chrześcijaństwa w Polsce, II połowy X wieku. W roku 968 był tu pierwszy kościół katedralny p.w. św. Piotra. Badania archeologiczne przeprowadzone w 1946 roku odsłoniły liczne fragmenty pierwotnej katedry, odkopano fragmenty misy chrzcielnej i krypty grobowe, identyfikowane przez badaczy jako prawdopodobne groby monarsze: księcia Mieszka I i króla Bolesława Chrobrego. Po zniszczeniu preromańskiej świątyni (w latach 1034-1038), powstaje nowy kościół katedralny murowany.Katedra romańska, przebudowana w XIII wieku, zastąpiona została gotycką, wzniesioną w XIV i XV wieku. Strawił ją pożar w roku 1622, zostawiając nagie mury świątyni. Po pożarze w roku 1772 katedra otrzymała nowy wystrój wnętrza i elewację w stylu neoklasycznym, dzieło architekta Efraima Schroegera, przebudowaną następnie przez Solariego w końcu XVIII wieku i tak przetrwała do drugiej wojny światowej.Ostatni pożar katedry 15 lutego 1945 roku 22, powstały podczas prowadzonych walk o Ostrów Tumski zniszczył ją w 65%. Została pieczołowicie odbudowana z pietyzmem należnym tego typu obiektowi. Tyle historii w pigułce. A jak piękne jest to miejsce niech świadczy kilka zdjęć z naszego pobytu pomieszone w serwisie fotograficznym oka i ręki Agrafka.
Zimowy spacerek – 19 lutego
Jak spacer zimowy to koniecznie na Białą Górę. Dociekaliśmy dlaczego Biała? Może lubi otaczać się mgiełką, a może stroi się białym kwieciem? A może mieszka tam biały miś? Trzeba zbadać tę zagadkę. Znalazło się 16 odkrywców. Obejrzeliśmy i zbadaliśmy wnikliwie zagadkę. I okazało się, że Biała Góra jest bialutka i puchowa, obsypana mięciutkim śnieżkiem.
Ach te PIT-y – 2 marca
Kto wymyślił takie komplikacje podatkowe, jakie przychody wykazać, jak obliczyć koszty uzyskania tych dóbr? Co można sobie odliczyć od podatku będąc w zgodzie z fiskusem? Pytań i wątpliwości ogrom. Na szczęście udało się nam pozyskać prawnika, który za porady skóry z nas nie złupił i akuratnie wyklarował „co i jak”. To tez tłumnie było na spotkaniu, 40 zagubionych w gąszczu formularzy członków klubu.
Szukanie korzeni, Muzeum Archeologiczne – 5 marca
Postanowiliśmy przekonać się osobiście jak też głęboko Poznań i nie tylko ten sławetny gród, ale i cała Wielkopolska zapuściły korzenie. Kto nam może w tym pomóc jeśli nie wizyta u źródeł, czyli w Muzeum Archeologicznym. Nasz łazikowy tropiciel skarbów ziemi – Henio Lubawy zabrał się z zapałem do dzieła i uruchomiwszy swoje konszachty z sympatyczną a kompetentną p. archeolog Patrycją Silską sprawili nam miłą niespodziankę, ponieważ w salce dydaktycznej czekała na 32 ciekawskich nie tylko gawęda autorstwa p. Patrycji, ale także ogromny stół pełen wszelakich eksponatów, które można było oglądać, dotykać, ba, nawet przymierzać neolityczne ozdoby. Zaświadczam kronikarskim słowem, że całkiem twarzowe.A oto kilka faktów o muzeum i oglądanych przez nas przedmiotach. Już węłęó roku 1882 otwarto w Poznaniu pierwszą, przeznaczoną dla szerokiej publiczności, wystawę archeologiczną, zorganizowaną przez muzeum, funkcjonujące przy Polskim Towarzystwie Przyjaciół Nauk. Późniejsze wystawy organizowane były zarówno przez instytucje polskie jak i niemieckie, a po odzyskaniu niepodległości w 1918r funkcje wystawiennicze przejęło Muzeum Wielkopolskie, z którego po drugiej wojnie światowej wyodrębniło się Muzeum Prehistoryczne (obecne – Muzeum Archeologiczne). Wystawa jest kolejną stałą ekspozycją, ukazującą prehistorię Wielkopolski od początków osadnictwa ludzkiego aż po kres starożytności. Archeologia, badając pradzieje ludzkości, opiera się głównie na pozostałościach kultury materialnej i nie jest w stanie w pełni zrekonstruować życia dawnych społeczeństw we wszystkich jego przejawach. Tym niemniej, szczególne bogactwo zabytków archeologicznych w Wielkopolsce pozwala na stosunkowo dobre poznanie najdawniejszej przeszłości tego regionu, jak i na zilustrowanie jej na wystawie. Autorzy ekspozycji skoncentrowali wysiłek przede wszystkim na próbie przedstawienia kontekstu kulturowego, w jakim występowały zabytki archeologiczne, a co za tym idzie – starali się pokazać ich funkcję.Na wystawie każda epoka posiada jeden lub kilka elementów przewodnich, wokół których zorganizowano pozostałe części ekspozycji, przedstawiające w skondensowanej formie to, co w danej epoce najistotniejsze. Są to np. rekonstrukcje domów, groby a także różnorodne konstrukcje: piece czy warsztaty pracy, oraz sceny figuralne.Starsza epoka kamienia, epoka człowieka – to epoka człowieka łowcy i zbieracza, szałas z toczącym się przed nim życiem grupy ludzkiej, z dwoma najistotniejszymi wówczas zajęciami: polowaniem i zbieraniem pożywienia, wraz z wytwarzaniem potrzebnych do tych czynności narzędzi , głównie krzemiennych. I z kości.W młodszej epoce kamienia, podstawą utrzymania staje się rolnictwo i chów zwierząt, powoduje to bardzo istotną zmianę w gospodarce i jej wpływ na pozostałe aspekty życia, takie jak budowa stałych osad z drewnianymi domami, wytwarzanie naczyń ceramicznych, tkactwo czy wreszcie zmiany w obrządku pogrzebowym, manifestujące się budową okazałych grobowców z nasypami ziemnymi (kurhany) bądź z konstrukcjami kamiennymi (megality).Epoka brązu, to – oprócz nowego surowca brązu przynosi rozkwit kultury materialnej, zmiany w systemie wierzeń, przejawiające się w dominacji ciałopalnego obrządku pogrzebowego, a także pojawienie się przy końcu tej epoki i na początku następnej, tj. epoki żelaza – zbudowanych z drewna, umocnionych osad czyli grodów, z których gród w Biskupinie należy do najlepiej poznanych.To koniec pierwszej lekcji. Ponieważ nie mogliśmy podziwiać szacownych eksponatów w salach wystawowych, otrzymaliśmy możliwość zapoznania się ze znaleziskami w salce wykładowej. Po części teoretycznej przyszedł czas na praktykę. W ramach ćwiczeń segregowaliśmy zbiory na znaleziska kamienne i świadome wytwory materialne, oddzielaliśmy ułamki ceramiki surowej od zdobionej, poznawaliśmy techniki obróbki kości i kamienia. Ćwiczenia zaliczyliśmy zadawalająco i otrzymaliśmy promocje do następnej epoki….
Smoki, dina i my – 12 marca
Dinozaury powróciły! Na prawdę! Mieliśmy niepowtarzalną okazję stanięcia oko w oko z gadami wymarłymi przed 65 milionami lat! Zobaczyliśmy władców Ziemi w całej okazałości, a było na co popatrzeć i czego dotknąć. Mimo niesprzyjającej pogody spora grupa 32 ciekawskich łazików zjawiła się by obejrzeć wystawę tych fascynujących mieszkańców planety.W skład ekspozycji wchodzi kilkanaście naturalnej wielkości modeli wymarłych gadów należących do różnych gatunków. Oprócz drapieżnych i roślinożernych dinozaurów przedstawiono także gady latające (pterozaury) i ssakokształtne (synapsydy). Rzeźby naturalnej wielkości zostały wykonanym z tworzywa sztucznego, zostały również pokazane na mapie paleogeograficznej przedstawiającej świat w okresie ich życia. Zwiedzanie wystawy poprzedził film popularnonaukowy opowiadający o ziemiach polskich w czasach dinozaurów i przedstawiający najnowsze odkrycia z Krasiejowa na Opolszczyźnie i z Gór świętokrzyskich, gdzie w wielu miejscach zachowały się ślady tych zwierząt. Tropy i amonity Dzięki wspaniałemu komisarzowi wystawy [łaziki maja szczęście trafiać na życzliwych i interesujących ludzi] mogliśmy również obejrzeć prawdziwe tropy praprzodków dinozaurów (archozaurów) i wczesnojurajskich tyreoforów (dinozaurów roślinożernych), które stąpały po Górach Świętokrzyskich około 200 milionów lat temu (przełom triasu i jury -we wczesnej jurze). Z zadowoleniem usłyszeliśmy, ze wszystkie eksponowane na wystawie okazy amonitów znalezione zostały właśnie w Polsce (Jura Krakowsko-Wieluńska, południowa Polska). Jeden z nich o tajemniczej nazwie Lewesiceras mantelli Wright & Wright, ma średnicę blisko 1 metra!), jest częścią zbiorów paleontologicznych Stowarzyszenia Przyjaciół Nauk o Ziemi „Phacops”. Z przyjemnością odnotowuję, ze organizatorzy wystawy – chwała im za to – pozwolili nam oglądać, dotykać, głaskać i podziwiać eksponaty. A było tych wrażeń co nie miara. Zębiaste, ogoniaste, kolczaste i najeżone guzami. Był nawet przedziwny okaz z wielką buławą na ogonie. Stanąć oko w oko z takim dinem! Ale odwaga nas krzepiła – szczególnie, szefa, który włożył głowę w smocze zęby i przeżył…Opuszczając pawilon pogłaskaliśmy „na szczęście” sympatycznego Zielonego Smokusia, stwierdzając, ze była to ogromnie pouczająca lekcja historii naszej matki Ziemi.
Gdzie ta wiosna? – 2 kwietnia
Prima Aprilis już minął i pewnie popsocił na dobre, bo wiosny nie widać. Postanowiliśmy jej poszukać na własna rękę. Spora drużyna bo 29 tropicieli wyruszyła trasą Darzbór-Szczepankowo-Nowa Wieś. Szukaliśmy wiosny wytrwale zapuszczając się w nieodtajałe ostępy leśne, obserwując błotne kałuże i delikatne listki na krzewach. Wiosna nieco zziębnięta wynurzała się z lasów na łąki zieleniąc je oliwkowo, pożółciła krzewy berberysów i podbarwiła niebo na kobaltowy błękit. Spokojni o los dalszych wędrówek wróciliśmy do Poznania.
U Pana Arkadego Fiedlera – 30 kwietnia
Część I
To był rajd! 29 wszędobylskich odwiedziło ęłęóMuzeum-Pracownię Literacką . Po krainie podróży pisarza oprowadzał nas syn Mistrza p. Jarosław Fiedler, jeden z rodzinnych kustoszy tego wspaniałego prywatnego zapierającego dech zbioru. Kilka słów o pisarzu i samym przybytku „Pod Totemem” Muzeum które rozpoczęło działalność 1 stycznia 1974 roku mieści się w starym domu rodziny Fiedlerów w Puszczykowie . Willę tę Arkady Fiedler kupił od państwa w roku 1946, po powrocie do kraju z wojennej emigracji. W 1948 sprowadził z Londynu żonę Marię, oraz synów: Radosława i Marka. Któż z łaknących świata, przygód i poznania innych krajów i innych ludzi nie zna książek p. Arkadego. ęłęóWybitny pisarz i podróżnik Arkady Fiedler ur. 28.11.1894 w Poznaniu – zm. 7.03.1985 w Puszczykowie. Był synem Antoniego FiedleraAntoniego FiedleraAntoniego FiedleraAntoniego Fiedlera , znanego poznańskiego poligrafa i wydawcy. Właśnie ojciec [„Ojciec i dęby”] ukształtował osobowość młodego Arkadego, rozbudził w nim namiętne zainteresowanie przyrodązainteresowanie przyrodązainteresowanie przyrodązainteresowanie przyrodą, przekazał mu dar o bezcennej wartości „Uczył mnie kochać rzeczy takie, obok których inni ludzie przechodzili obojętnie” – wspomni później pisarz o swym ojcu. Przyszły pisarz odbywał studia na Uniwersytecie Jagiellońskim – filozofię i nauki przyrodnicze. Studia przerwała I wojna światowa. W latach 1918-19 brał udział w powstaniu wielkopolskim i należał do Polskiej Organizacji Wojskowej.Jako 23 letni młody człowiek debiutował w 1917 cyklem wierszy „Czerwone światło ogniska” na łamach poznańskiego „Zdroju”. W 1926 wydrukował w odziedziczonym po ojcu zakładzie chemigraficznym reportaż ze swej wyprawy: „Przez wiry i porohy Dniestru”. A w 1928 wyruszył w pierwszą, wielką podróż do południowej Brazylii. Przywiózł z niej bogate zbiory zoologiczne i botaniczne, które bezinteresownie przekazał Muzeum Przyrodniczemu i innym placówkom naukowym w Poznaniu, i nie mniej bogate wrażenia, które opisał w książkach „Bichos, moi brazylijscy przyjaciele” i „Wśród Indian Koroadów”.W 1933r urzeczywistnia swe wielkie marzenie: wyrusza do Amazonii, do wspaniałej puszczy tropikalnej. Wyprawa nie okazała się „Zielonym piekłem”, bowiem jej plonem była książką „Ryby śpiewają w Ukajali”, która przyniosła pisarzowi niesłabnącą, popularność i uznanie czytelników. W 1936 wydał „Kanadę pachnącą, żywicą”. W tym też roku otrzymał nagrodę literacką miasta Poznania i Srebrny Wawrzyn Polskiej Akademii Literatury.Wybuch II Wojny Światowej zastał Fiedlera na Tahiti. Porzucił baśniową wyspę, by wybrać żołnierski los. Przez Francję dotarł do Anglii, gdzie poznał polskich lotników bohatersko walczących w Bitwie o Wielką Brytanię. Napisał o nich głośną książkę „Dywizjon 303” – jej przedruki krążyły w okupowanym kraju, krzepiąc ducha. Pływał też na polskich statkach handlowych – wysiłek wojenny naszych marynarzy opisał w książce „Dziękuję ci, kapitanie”.W 1946 wrócił do kraju i zamieszkał w Puszczykowie. Nadal podróżował – odwiedził Meksyk, Indochiny, Brazylię, Madagaskar, kilkakrotnie Afrykę Zachodnią. Plonem tych podróży były m.in. „Dzikie banany”, „Piękna straszna Amazonia”, „Madagaskar okrutny czarodziej”, „Spotkałem szczęśliwych Indian”. Napisał powieści dla młodzieży: „Mały Bizon”, „Wyspa Robinsona”, „Orinoko”, książki autobiograficzne – „Mój ojciec i dęby”, „Wiek męski – zwycięski”.Pisarz odbył imponującą liczbę, bo 30 wypraw30 wypraw30 wypraw30 wyprawi podróży, do których przygotowywał się niezwykle starannie, studiując mapy, atlasy, czytając książki o krajach, do których się wybierał, korespondując z tamtejszą Polonią.W dorobku pisarza znalazły się 32 książki32 książki32 książki32 książkiwydane w 23 językach i przeszło 10-milionowym nakładzie. W 1957 Arkady Fiedler po raz drugi został laureatem nagrody literackiej miasta Poznania, a w 1978 – nagrody państwowej I stopnia. W 1969 otrzymał najsympatyczniejsze odznaczenie – Order Uśmiechu.Z biegiem lat rosło zainteresowanie czytelników Arkadego Fiedlera domem, w którym mieszkał i tworzył, a także gromadzonymi w nim eksponatami z podróży. To nasunęło pisarzowi i jego rodzinie pomysł stworzenia w rodzinnej willi muzeum. Przez cały rok 1973 trwały prace adaptacyjne, w których udział brała rodzina Fiedlerów oraz przyjaciele, zwłaszcza dwóch: teść Marka Fiedlera Feliks Skrzypczak (1912-1999), budowniczy z zawodu, który stary dom Fiedlerów z 1926 roku, nie szczędząc ofiarnego trudu starannie wyremontował, przywracając mu dawną świetność. Drugą osobą był człowiek wielkiej fantazji, artysta plastyk Zygmunt Konarski (1936-2004), który pomógł urządzić ekspozycjęekspozycjęekspozycjęekspozycję. Ponadto Zygmunt Konarski był pełnym pasji twórcą większości ogrodowych posągów.Ze smutkiem dowiedziałam się, że w roku 1991 decyzją Rady Miejskiej w Puszczykowie cofnięto placówce wszelkie subwencje i od tej chwili Muzeum – Pracownia jest zdana wyłącznie na własne siły. No cóż brak pamięci o wybitnym Wielkopolaninie a przede wszystkim brak wyobraźni rajców może utrudnić istnienie a nawet zniweczyć piękne i bezinteresowne dzieło. Znakomicie jest, że do końca 2000 roku placówkę odwiedziło ponad milion gości z Polski i zagranicy. Sporo osób przyjeżdża tu wielokrotnie, za każdym razem odkrywając coś nowego, kolejną ciekawostkę. Spotyka ich, podobnie jak naszą grupę wspaniała rodzina Fiedlerów.Naszą grupę podjął p. Radosław ujmująco i serdecznie, opowiadał ciekawe rzeczy o ojcu i o każdym z eksponatów, pozwalał dotykać wiele z nich, poza piraniami oczywiście. Ale pokażcie mi takiego śmiałka, który to chętnie uczyni. Za wszystko dziękujemy Panu ogromnie, szczególnie za „Park Tolerancji”, której tak potrzeba, aby życie stało się bogatsze.Na podstawie opracowania na stronie muzeum i własnych odczuć. – Agrafek
Część II wizyty u Pana Fiedlera
Spacer po włościach
Muzeum-Pracownia składa się z kilku części:
1. Ekspozycji wewnętrznej
Są tu oryginalne eksponaty z Ameryki Północnej i Południowej, Afryki i Azji – przywiezione z licznych podróży przez pisarza. Są tu cudowne rękodzieła różnych ludów: (w tym słynna maska z łańcuchem, obdarzona – wg wierzeń murzyńskich – magiczną mocą niezwykłego oddziaływania na ludzi); tam-tamy i inne instrumenty muzyczne; arsenał łuków, włóczni i myśliwskich dmuchawek; preparowanych przez Indian Hibarów.Jest też wiele eksponatów reprezentujących faunę odległych kontynentów: najpiękniejsze , zwłaszcza zachwycające, świetliste Morpho z Ameryki Pd., przedziwne Caligo z Brazylii (które osiągnęły w przyrodzie szczyt mimikry – tylna strona ich skrzydeł to jakby odstraszająca głowa sowy), Patula valkeri (zwany przez Malgaszów motylem śmierci); ogromne pająki ptaszniki; skorpiony; ; żywe drapieżne w 600 litrowym akwarium.W jednej z sal znajduje się bogaty zbiór – wydania 32 tytułów w 23 językach.
2. Ekspozycji zewnętrznej
unikalnej w Europie kolekcji monumentów egzotycznych w Ogrodzie Tolerancji.W parku muzealnym znajdują się wierne kopie w skali 1:1 pomników dawnych kultur: 6,5 metrowy ęłęóTajemniczy Moai z Wyspy Wielkanocnej. Smutek olbrzyma dumającego nad losem swych opuszczonych na Wyspie braci-Moaiów. Cywilizacja, która stworzyła te niezwykłe rzeźby, zniszczyła się sama w bratobójczej wojnie. legendarna z okolic Jeziora Titicaca w Boliwii, reprezentująca prastarą, indiańsko-andyjską kulturę Tiahuanaco; ęłęóCentralna postać na Bramie to zapewne Viracocha, biały bóg Indian. Przepowiednia o powrocie Viracochy zza morza ułatwiła garstce Hiszpanów podbicie państwa Inków. w kształcie wielkiego dysku; ęłęó- w tej swoistej księdze kosmogonii Aztekowie przewidzieli zagładę swego świata. Ogromna z Meksyku; ęłęóMeksykańska kultura Olmeków istniała już tysiąc lat przed Chrystusem. Ludzie zachodzą w głowę, dlaczego zamiast indiańskich rysów ich rzeźby mają wygląd afrykański. Słup totemiczny Indian Kwakiutl z Zachodniej Kanady z wizerunkiem kruka, otoczonego czcią ptaka uważanego za mitycznego przodka i opiekuna tego ludu. gigantyczny ; Pół siedząca, pół leżąca zagadkowa postać z ofiarnym naczyniem na brzuchu do którego składano bogom jeszcze bijące serca ofiar. – , będąca wizytówką dawnej cywilizacji Majów. ęłęóKamienny wojownik z cywilizacji Tolteków w Meksyku. Było ich czterech, podpierali dach świątyni Quetzalcoatla, tajemniczego białego boga Indian meksykańskich. Świątynia stała na szczycie piramidy w Tuli, stolicy
Tolteków. Piramida potęgowała kosmiczną energię. Do dziś przekazuje dobroczynną energię.Pomnik dziewiętnastowiecznego wodza Dakotów, , bohatera walki Indian w obronie wolności, który przeszedł do legendy i historii jako wybitna, charyzmatyczna postać. Pomnik Siedzącego BykaSiedzącego BykaSiedzącego BykaSiedzącego Byka największego – obok Szalonego Konia – wodza Indian preryjnych . Był sławnym wizjonerem i walecznym wojownikiem, obrońcą swego ludu, jednym z ostatnich wodzów, który poddał się Amerykanom. Rzekł: „Możecie mnie uwięzić, ale nie złamiecie mego ducha!.” Gdy osadzono go w rezerwacie, w płomiennych mowach, poruszających sumienie wielu białych ludzi, żądał uznania praw Indian do godnego życia. Jako niebezpiecznego „wichrzyciela” haniebnie go zamordowano w rezerwacie Standing Rock w 1890r. Jest w tym jakiś paradoks, że Amerykanie, którzy uczynili z praw człowieka sztandarowe hasło swej polityki, sto kilkadziesiąt lat temu uczyli się poszanowania godności ludzkiej od Indianina z prerii. I wreszcie ęłęóW 2003 roku w Ogrodzie Tolerancji powstała pierwsza w świecie kopia, w skali 1:9, największego stojącego Buddy (53 m) z doliny Bamjan w Afganistanie, doszczętnie zniszczonego przez talibów w 2001 roku. Budda w Muzeum-Pracowni to wyraz niegodzenia się na akty barbarzyństwa oraz braku tolerancji wobec innych kultur i religii. Tajemniczy świat IndianW 2003 roku Muzeum wzbogaciło się o nową ekspozycję: Do wnętrza nowych sal drogę wskazuje zapraszającym gestem sam MontezumaMontezumaMontezumaMontezuma , nieszczęsny władca Azteków. W głównym pomieszczeniu „zderzenia dwóch kultur” spotykamy Krzysztofa KolumbaKrzysztofa KolumbaKrzysztofa KolumbaKrzysztofa Kolumba , w chwili gdy ten, po wylądowaniu na pierwszej napotkanej wyspie, zwanej przez Indian Guanahani, rozmyśla nad dalszymi krokami. Tutaj też znajduje się posag Fernando KortezFernando KortezFernando KortezFernando Kortez a, bezwzględnego konkwistadora, który zniszczył państwo Azteków. Naprzeciwko konkwistadora widnieje symboliczny wizerunek tegoż Quetzalcoatla, tajemniczego Pierzastego Węża, który kiedyś opuścił Indian meksykańskich, zapowiadając, że we właściwym czasie powróci, by upomnieć się o władztwo nad swym ludem. Są i inni bogowie, jak choćby budząca grozę Coatlicue, „Wężowa Pani”, darząca płodnością, lecz również szerząca zniszczenie i śmierć. Cała sala wypełniona jest indiańskimi postaciami, malowidłami i symbolami.W następnym pomieszczeniu, w którym panuje półmrok, atmosfera jest jeszcze bardziej tajemnicza. Znajduję się tu słynne, pełne intrygujących zagadek grobowiec Pacalagrobowiec Pacalagrobowiec Pacalagrobowiec Pacala, władcy Majów z Palenque, odkrytego w latach 50. XX w. w Piramidzie Inskrypcji. Wielu utrzymywało, że wizerunek zdobiący płytę sarkofagu przedstawia postać astronauty, siedzącego we wnętrzu swej kabiny w chwili startu.Konkwistadorów trawiła gorączka złota. „Ten kto ma złoto, może dostać wszystko, czego tylko zapragnie. Prawdę powiedziawszy, złoto może nawet zapewnić duszy wstęp do raju”- upajał się Kolumb. „Gdy rzucali się na złoto jak małpy, ich twarze jaśniały”- mówili Aztekowie o Hiszpanach. – ”Chcieli się nim napchać jak świnie; umierali z chciwości”. W ostatnim pomieszczeniu znajduje się indiański skarbiec w górskiej grocie. Pośród kosztowności leży kościotrup jakiegoś wojakakościotrup jakiegoś wojakakościotrup jakiegoś wojakakościotrup jakiegoś wojaka, ten Hiszpan nie zdążył okraść Indian, zginął marnie u progu bogactwa.Niezwykła aura tego miejsca urzeka, pobudza wyobraźnię, wciąga w frapujący krąg dawnych kultur. To prawda, to miejsce jest magiczne, urzekło mnie całkowicie i bez reszty. Na podstawie informacje zebranych w muzeum i własnego zauroczenia
Kiekrz – 3 maja
Siedzieć nie jest koniecznością, koniecznością jest wędrowanie i łaziki to rozumieją i wykorzystując sprzyjająca aurę Tym razem spacer do Kiekrza i Strzeszynka. Pogoda jak marzenie, 17 wędrowców na leśnych ścieżkach wygrzewa plecki i ramionka. Podziwiamy na błękitnej tafli jeziora strzeszyńskiego landszaftowi łabędzie, zajadamy się lodami w przydrożnym sklepiku i jesteśmy zadowoleni.
A tu niespodzianek wiele – 14 maja
Łaziki mają najlepsze kontakty pod słońcem. To rzecz dowiedziona. Do takich zaprzyjaźnionych instytucji należy Poradnia dla Niewidomych i Słabowidzących kierowana krzepką dłonią Hani Pracharczyk. Hania jest obrotna, kompetentna i ma wiele pomysłów [funduszy na działalność mniej] Tym razem Hania wydeptała nieco pieniędzy i dla swoich podopiecznych a także dla zaprzyjaźnionych 22 „włóczęgów” zaproponowała wspólny wypad do Ośrodka Rehabilitacyjnego w Wągrowcu. Wprawdzie „włóczykije” wsiadły do autokaru, ale nie zawsze biegniemy „za autobusem kłusem” Tym razem wygodnie i pod opieką wspaniałych studentów z AWF wpadliśmy w sam środek festynu. A tu atrakcji i niespodzianek wiele. Bo też ośrodek jest wspaniale położony nad jeziorem, a więc można popływać katamaranami i kajakami. Żaglówka też się znajdzie. Wokoło las i tyle ścieżek i zakątków do poznania. Wprost chce się dać nura w tę zieloność i zapachy.A w budynku. Ach w budynku można nie nudzić się nie tylko przez dzień, ale tygodnie całe. rewelacyjnie urządzona sala sportowa i baza rehabilitacyjna. Basen pływacki jak marzenie cieplutki z dwoma armatkami wodnymi, można pluskać i pluskać się robiąc konkurencję syrenkom. Z innych atrakcji wymienię jacuzzi, masaż podwodny i prezydencki fotel. Ten ostatni chciałoby się mieć w domu. Człowiek sobie leży wygodnie a fotel cierpliwie i nieustępliwie masuje mu obolałe mięśnie. Agrafek czekał czy nie zostanie przez ów troskliwy przyrząd pogłaskany, ale widocznie nie zasłużył. Pokrzepieni, zrehabilitowani i pełni wrażeń po odbytej trasie starym łazikowym zwyczajem obsiedliśmy przyjazny ogień i opiekając kiełbaski odświeżyliśmy turystyczny repertuar przyrzekając solennie, że przy innym ogniu w inna noc do zobaczenia znów. Chwała Ci Haniu za pomysł i trud….Agrafek
20 na 36 – 20 maja
36 łazików i 20 maja. Pojechaliśmy do Głuszyny i stamtąd lasami i ścieżkami przez Babki, Daszewice do Sypniewa aby obejrzeć tam wielkie i kwitnące kasztany. Ze były wysokie, nie szkodzi, ale za to jak pachniały…
I jezioro Brzostek – 27 maja
Niestety nie wszystkie łaziki mogły powędrować z nad piękne, okolone tatarakiem i pełne grążeli jezioro. Niektórzy z nas pracowali, więc szczerze zazdrościli 20 szczęśliwcom, którzy koleją pojechali do Promna i zielonymi szlakami nad jez. Brzostek. Odważni nawet sobie popływali strasząc żabki i inne kijanki. Mniej odważni powystawiali nosy na majowe słonko, które prażyło niczym na Karaibach. Potem Promno i koleją do Poznania.
Pielgrzymka do Lichenia – 30 maja
Należało by ją nazwać „busogrzymką”, bowiem wygodnym autobusem płacąc należne myto na bramce autostrady Poznań-Warszawa w 36 osób dojechaliśmy pod samą bramę „Drogi Krzyżowej”, którą tez w skupieniu przeszliśmy, by następnie pojechać do Sanktuarium. Jak ważne to miejsce dla polskich katolików, nich opowie krótki rys historyczny tego miejsca.Należy ono do najsłynniejszych sanktuariów maryjnych w Polsce. Położone we wsi Licheń, 10 km od Konina. Historia sanktuarium sięga 1813 r., kiedy to pod Lipskiem miała miejsce “bitwa narodów”. Brali w niej udział również polscy żołnierze walczący u boku Napoleona. Był wśród nich Tomasz Kłossowski, który odniósł ciężkie rany. Będąc bliski śmierci zaczął żarliwie wzywać pomocy Matki Bożej błagając, by nie pozwoliła mu umrzeć na obcej ziemi. Według ludowej tradycji, w zachodzącym krwawo nad pobojowiskiem słońcu ukazała mu się Maryja z koroną na głowie, w amarantowej sukni i zlocistym płaszczu, do piersi przytulała białego orła. Maryja pocieszała go i zapowiedziała, że wyzdrowieje i wróci do ojczyzny. Jednocześnie poleciła, aby się postarał o jej wizerunek i umieścił go w miejscu publicznym w swych rodzinnych stronach. Uzdrowiony żołnierz powrócił do swego domu koło Lichenia. Przez długie lata wędrował do różnych sanktuariów, aby odszukać objawiony mu wizerunek Najświętszej Maryi Panny. Znalazł go dopiero w roku 1836 w miejscowości Lgota, kiedy wracał z pielgrzymki do Częstochowy. Początkowo umieścił go w swoim domu, a później zawiesił na starej sośnie w pobliskiej puszczy grąblińskiej. W 1850 roku pasterzowi Mikołajowi Sikatce, który pasł bydło w pobliżu obrazu zawieszonego w lesie, objawiła się Maryja. W swoim orędziu Matka Boża wzywała do nawrócenia, zerwania z pijaństwem i rozpustą. Zachęcała wszystkich do odmawiania różańca, przypominała o świętowaniu niedzieli. Kapłanów prosiła o odprawianie Mszy św. przebłagalnych. Żądała przeniesienia Jej wizerunku na miejsce godniejsze. Obiecywała ratunek od śmierci tym, którzy w czasie epidemii, będącej słuszną karą Bożą za brak poprawy grzeszników, modlić się będą gorąco przed jej obrazem. Przepowiadała też powstanie świątyni i klasztoru w Licheniu, skąd płynąć będzie szeroko Jej chwała. Ubogi pasterz Mikołaj zaczął rozgłaszać orędzie Matki Bożej. Był prześladowany i więziony przez zaborcze władze rosyjskie. Z początku ludzie nie chcieli wierzyć opowiadaniom pasterza. Dopiero gdy dwa lata później – zgodnie z przepowiednią Maryi – przyszła epidemia cholery i dziesiątkowała ludność, wówczas przypomniano sobie Jej ostrzeżenia przekazywane przez grąblińskiego pasterza. I wtedy tłumy ludzi biegły do Maryi, obchodziły obraz na kolanach, odmawiały różaniec, chorzy zaś i trapieni gorączką odzyskiwali zdrowie, a konający powracali do pełni sił. Tak zaczął się kult Matki Bożej w Jej cudownym obrazie. Sprawę objawień badała specjalna komisja biskupia i ona, na prośbę księdza proboszcza Floriana Kosińskiego, zdecydowała o przeniesieniu obrazu, słynącego łaskami do kościoła parafialnego w Licheniu. Nastąpiło to 29 września 1852 roku przy licznym udziale duchowieństwa i ok. 80 tys. pielgrzymów. Od tego czasu datuje się powstanie Sanktuarium Licheńskiego, które mimo prześladowań rozwijało się, stając się obecnie sławnym nie tylko w Polsce, ale i na świecie. Do 1939 roku w tzw. “księdze łask” odnotowano ok. 3000 różnych łask, w tym wiele uzdrowień. W latach okupacji zarówno kościół, jak i plebania zostały zamienione na siedzibę młodzieżowej organizacji hitlerowskiej. Obraz ocalał dzięki temu, że w odpowiedniej chwili wyniesiono go z kościoła i ukryto. W 1949 roku parafię licheńską objęło Zgromadzenie Księży Marianów. Marianie zaczęli odbudowywać Sanktuarium ze zniszczeń wojennych. Nie było to łatwe, gdyż władze komunistyczne starały się temu zapobiec poprzez kolegia karne, sprawy sądowe, szykanowanie i stałe hamowanie ruchu pielgrzymkowego. Nadszedł jednak rok 1967. W święto Wniebowzięcia Matki Bożej Ksiądz Prymas Polski kardynał Stefan Wyszyński przy udziale ordynariusza diecezji włocławskiej biskupa Antoniego Pawłowskiego, wielu innych biskupów, kilkuset księży, zakonników i zakonnic oraz 150 tys. wiernych, dokonał aktu koronacji słynącego łaskami obrazu Matki Bożej Licheńskiej. Od tej pory stale wzrasta liczba pielgrzymów.Szacunkowo ocenia się, że miejsce to odwiedza rocznie około miliona pielgrzymów. Są wśród nich tacy, którzy przybywają tutaj każdego roku, np. ogólnopolska pielgrzymka sołtysów i środowisk wiejskich, pielgrzymka pracowników administracji państwowej, pracowników oświaty; odbywają się także diecezjalne spotkania młodzieży, spotkania anonimowych alkoholików, rekolekcje świeckich katechetów diecezjalnych, rekolekcje wypoczynkowo – wakacyjne dla niepełnosprawnych, zimowe i letnie rekolekcje młodzieżowe itp. Większość z nich w czasie swojego pobytu korzysta z sakramentu pokuty, gdyż najważniejszą sprawą Sanktuarium Licheńskiego wydaje się być pojednanie grzesznych z BogiemJak na pobożnych pielgrzymów przystało, wysłuchaliśmy mszy, a także w towarzystwie przewodniczki zwiedzili oba poziomy imponującej Bazyliki. Uduchowieni i pełni wrażeń wróciliśmy do Poznania obiecując powtórzyć to doświadczenie duchowe.
Międzyzdroje u progu lata – 18 – 24 czerwca
Agrafek z żalem odnotowuje, że tu go nie było. No cóż, nie zawsze czasu dostaje (chęci są zawsze) aby powędrować po ścieżkach i szlakach, pobrodzić po sypkim piasku i zachwycić się urodą muszelek i kamyczków. Tym razem trudy kronikarskie wzięła na siebie Wiktoria i oto jej relacja z pobytu 46 Łazików w Międzyzdrojach w czasie przełomu wiosny i kalendarzowego lata (18 – 25 VI) spisana ku pamięci w zimowe wieczory.Co roku zastanawiamy się gdzie jechać, w góry czy nad morze. Uwierzcie, wcale nie trzeba wyjeżdżać za granicę żeby mieć obie te atrakcje naraz. Ci z nas, którzy w czerwcu spędzili tydzień w Międzyzdrojach, nie mają najmniejszych wątpliwości że to prawda…23 czerwca mieliśmy w planie zwiedzanie latarni morskiej w Świnoujściu. Kto chciał, mógł wejść po schodach na wieżę i stamtąd podziwiać okolice. Prawie wszyscy skorzystaliśmy z niecodziennej okazji, po czym rozdzieliliśmy się na dwie grupy. Starsi uczestnicy i mamy z małymi dziećmi – najmłodsze miało 20 miesięcy – wrócili autokarem do ośrodka POLINO, gdzie mieszkaliśmy przez cały tydzień. Reszta wolała spacer. Droga nie była daleka jak na zapalonych piechurów, tylko siedem kilometrów. Nie zamierzaliśmy iść plażą ani szosą, lecz przez las. Przy upale + 30 °C miło spacerować w cieniu drzew.I tu czekała nas niespodzianka: woliński teren nie jest idealne równy. Wspinając się na niewielkie wzniesienia, pomyślałam o Bieszczadach, krainie moich pierwszych górskich wędrówek. Trasa okazała się dłuższa niż myśleliśmy, lecz nie byliśmy zmęczeni. Wystarczyło nam sił na wieczorny spacer po plaży, podziwianie zachodu słońca nad Bałtykiem i zjedzenie ryby w smażalni „Złota Wydma”, gdzie miłe panie proponowały smaczne świeże ryby. Wracaliśmy tam wiele razy, ale nie zawsze tą samą drogą. Na zwiedzenie wszystkich ciekawych miejsc w Świnoujściu i Międzyzdrojach nie mieliśmy czasu – dobrze, bo będzie okazja żeby przyjechać jeszcze raz – ale musieliśmy poznać Aleję Gwiazd i dotknąć odlanych w metalu dłoni najsłynniejszych postaci polskiego kina i teatru. Stamtąd już blisko na molo, niedawno rozbudowane przez niemiecką firmę „Adler”, właściciela m. in. statku „Dania”, który zabrał nas w rejs do Albeck. Przez około dwie godziny mogliśmy się spokojnie opalać i pić zimne napoje. O żadnej chorobie morskiej nie było mowy, czasem odczuwaliśmy lekkie kołysanie, co nie dawało nam zapomnieć iż ląd zostawiliśmy daleko w tyle.Wieczory przeważnie spędzaliśmy razem. Zawsze śpiewamy nasze ulubione piosenki o opowiadamy dowcipy, jeśli tylko można, przy ognisku. Niestety w tym roku nie mieliśmy szczęścia. Kiedy tylko zjedliśmy upieczone na ogniu kiełbaski, spadł deszcz i zagonił nas do budynku. No cóż, tak czasem bywa, co wcale nie przeszkodziło w zabawie do późnego wieczoru. Stali mieszkańcy Międzyzdrojów są z pewnością przyzwyczajeni do hałasu turystów, szczególnie w czasie letnich wieczorów i nocy Nasz ośrodek znajdował się przy ulicy, od wczesnego ranka przejeżdżały tamtędy samochody dostawcze, Hałas budził nas i trzeba było zamykać okna. Nie tylko samochody hałasowały, któregoś ranka usłyszałam przeraźliwy krzyk jakiegoś zwierzęcia. Dramat jaki rozegrał się wtedy na drzewie czy w trawie przypomniał nam, że wokół żyje przyroda, że jesteśmy daleko od miejskiego zgiełku.
”Karol – człowiek, który został papieżem” – 5 lipca
Głośny i wartościowy film, który mogliśmy [63 osoby] obejrzeć o latach młodzieńczych Karola Wojtyły.Oto kilka moich reminiscencji z filmu i informacji zaczerpniętych z prasy
Reżyseria: Giacomo Battiato
Piotr Adamczyk – Karol Wojtyła
Olgierd Łukaszewicz – Ojciec Karola
Lech Mackiewicz – Kardynał Stefan Wyszyński
Sławomir Rokita – Kardynał Felici
Andrzej Deskur – Ojciec Stanisław
Akcja filmu rozpoczyna się w 1939 roku, gdy wojska niemieckie dokonują inwazji na Polskę. Pod nazistowską okupacją młody student Uniwersytetu Jagiellońskiego, świadek exodusu Polaków z Krakowa pod nalotami niemieckich bombowców, aresztowania wykładowców tej uczelni i szargania ludzkiego prawa do zachowania własnej tożsamości, staje na rozdrożu obowiązku: walka zbrojna i konspiracja albo niemniej wazony wybór – powstrzymanie się od walki zbrojnej, a poświęcenie chronieniu duchowego dziedzictwa narodu. W czasie wojny kolejno traci najbliższych: ojca, przyjaciół i kolegów. Karol Wojtyła stara się, aby w tym dotkniętym złem świecie, na przekór wszystkiemu dawać świadectwo ludzkich i religijnych wartości opartych na miłości Boga. Po wojnie Wojtyła już jako ksiądz, a następnie jako biskup w szczególny sposób interesuje się światem ludzi pracy, zjednując ich sobie bezinteresowną, pełną prostoty miłością i rzeczywistym świadectwem wiary. W ten sposób staje się niedocenianym, lecz niebezpiecznym przeciwnikiem komunistów.Po obejrzeniu filmu metropolita krakowski kardynał Franciszek Macharski ocenił ten film bardzo wysoko. Powiedział, że odsłania część tajemnicy Jana Pawła II. Zdaniem kardynała, film ukazuje losy Karola Wojtyły w sposób autentyczny i niejednostronny.Historia opowiadana w filmie oparta jest na faktach, choć twórcy filmu potraktowali je jako punkt wyjścia do konstruowania własnej opowieści o Polsce i papieżu-Polaku. Jego losy ukazano na tle dramatycznych wydarzeń: napaści Niemiec i wkroczenia Armii Czerwonej na teren Polski, mrocznego czasu okupacji i późniejszych stalinowskich represji. Po watykańskiej projekcji filmu papież Benedykt XVI wygłosił przemówienie, określające jego stosunek do roli Niemców podczas II wojny światowej. Jako pierwsi film “Karol – człowiek, który został papieżem” zobaczyli włoscy telewidzowie. Obejrzało go wtedy 13 mln widzów. Nad scenariuszem opartym na książce watykanisty Giana Franca Svidercoschiego pracowało kilku autorów. Film wyreżyserował Giacomo Battiato, znany jako autor biografii filmowych Stradivariego i Celliniego. Muzykę do filmu napisał Enio Morricone.W roli głównej występuje Piotr Adamczyk, aktor stołecznego Teatru Współczesnego (mający w dorobku m.in. rolę główną w filmie “Chopin – pragnienie miłości”). Adamczyk – 32-letni aktor, w dzieciństwie marzył o zostaniu księdzem. “Mam świadomość, że zagrałem rolę swojego życia” – powiedział.We włoskim filmie o Karolu Wojtyle grają też inni polscy aktorzy: Olgierd Łukaszewicz (w roli ojca Karola), Małgorzata Bela, Grażyna Szapołowska, Radosław Pazura.Czekamy z niecierpliwością na dalszą opowieść i tym charyzmatycznym człowieku, bowiem we wrześniu ruszają zdjęcia do dalszego ciągu filmowej opowieści o Janie Pawle II.Film zrobił na nas wrażenie, choć w moim odczuciu jest jakby reminiscencją Polańskiego, i klimatem pierwszej części nawiązuje zbyt czytelnie do „Pianisty”. Nie ustrzeżono się także kilku błędów: jest to dramatyczna rozmowa Karola i o. Stanisława we wnętrzu kościoła, w którym znaleźli się także Niemcy, książka polska wystająca z kieszeni Karola, no i całkiem niewinne współczesnego kształtu okulary na nosie księdza Stanisława.
Łaziki na pokazie
I kto powie, ze trzynastka jest pechową liczbą? Takim zabobonom daliśmy odpór tłumnie pospieszywszy do naszej biblioteki aby na własne oczy i uszy zobaczyć i posłuchać jakie cuda i cudeńka techniki oferuje świat niewidomym. No może nie świat a p. Konrad Łukaszewicz z firmy ECE i nie oferuje ale sprzedaje za żywą gotóweczkę. A wszystko to pięknie pokazał i objaśnił sam szef firmy. Faktem jest, ze było na co popatrzeć i posłuchać. estetyczne i przemawiające uwodzicielskim syrenim głosem urządzenie do czytania o wdzięcznej nazwie POET. Można sobie skanować na nim dowolna książkę a potem ja posłuchać. To urządzenie, a może głos wzbudził największe zainteresowanie naszych panów. Był też notatnik i to wielofunkcyjny o wdzięcznej nazwie „Kajetek”Zwolennicy starego i niezawodnego pisma punktowego mogli podziwiać linijkę brajlowską a „okularnicy mieli do wyboru elektroniczne lupy i powiększalniki. Można było bez wysiłku przeczytać nawet najbardziej drobny druk. I pomyśleć jak bardzo świat staje się przyjazny niewidomym i jak wiele oferuje możliwości technicznych. Ukoronowaniem zdobyczy cywilizacyjnych stał się całkowicie udźwiękowiony przenosiny komputer komunikujący się z użytkownikiem za pośrednictwem kilku języków. A jeżeli dodamy do tej wspaniałej listy „Nawigatora” bardzo sprytne urządzenie wspomagające samodzielne poruszanie się – to można z nadzieja spoglądać w przyszłość. A jak dużym zainteresowaniem cieszył się pokaz niech świadczą zdjęcia naszego szalejącego reportera Henia Lubawego,
Rudy i inne pancerne… – 27 czerwca
Kto z nas nie pamięta wojennych przygód czterech dzielnych pancerniaków z załogi polskiego czołgu nazwanego na cześć dziewczyny ich dowódcy RUDY. Pomimo upływu czasu film nadal cieszy się niesłabnącym powodzeniem bijąc rekordy oglądalności. Poszliśmy więc – w liczbie 35 łazików – odwiedzić nie tylko RUDEGO, ale także inne zasłużone dla naszej obronności groźnie wyglądające i budzące podziw eksponaty zdeponowane w Centrum Szkolenia Wojsk Lądowych im htm. pol. Stefana Czarnieckiego w Poznaniu. A oto kilka informacji historycznych.Tytułem wstępu p. kap Tomasz Szulejko opowiedział o historii powstania Centrum.W wyniku restrukturyzacji Sił Zbrojnych R.P. 1 X 2002 r. po rozformowaniu Wyższej Szkoły Oficerskiej im. Stefana Czarnieckiego powstało Centrum Szkolenia Wojsk Lądowych w Poznaniu. Podstawowym zadaniem Centrum jest kształcenie i wychowanie elewów Podoficerskiej Szkoły Zawodowej – kandydatów na żołnierzy zawodowych, elewów Szkoły Młodszych Specjalistów – żołnierzy zasadniczej służby wojskowej oraz podoficerów rezerwy, na potrzeby wojsk pancernych, zmechanizowanych, rozpoznania ogólnowojskowego, logistyki oraz Żandarmerii Wojskowej jak również przygotowanie specjalistyczne podchorążych Wyższej Szkoły Oficerskiej Wojsk Lądowych we Wrocławiu.Centrum dziedziczy tradycje jednostek szkolnictwa wojskowego broni pancernej, służb logistyki oraz Żandarmerii Wojskowej od początków II Rzeczypospolitej, w tym szczególnie stacjonujących w garnizonie poznańskim i na terenie Wielkopolski.Patronem CSWL jest Hetman Polny Koronny Stefan Czarniecki herbu Łodzia. Urodził się w 1599 r. w Czarncy. Brał udział we wszystkich znaczących kampaniach wojennych toczonych przez Polskę w XVII w. Za zasługi wojskowe został uhonorowany buławą hetmańską i tytułem Hetmana Polnego Koronnego. Zmarł w 1655 r. w Sokołówce. Nie zawsze jednak jego trud i poświęcenie dla Rzeczypospolitej były doceniane, stąd też wypowiedziane przez niego słowa, które przeszły do historii: “Jam nie z soli ani roli ale z tego co mnie boli wyrosłem”. Postać Czarnieckiego kojarzy się Polakom z cechami najlepszymi i najwznioślejszymi: z umiłowaniem Ojczyzny, szacunkiem i służbą dla Niej. Te pozytywne cechy obywatelskie połączone ze zdolnościami wojskowymi, szczególnie w zakresie planowania i realizacji szybkich i zdecydowanych manewrów wojskami legły u podstaw decyzji obrania Stefana Czarnieckiego za patrona Centrum Szkolenia Wojsk Lądowych.Nastepnie przejął nas pod opiekę także p. kapitan, także Tomasz, ale Ogrodniczek – kustosz muzeum i rozpoczęła się pasjonująca przygoda cywili z groźną bronią.Powstanie Muzeum Broni PancernejMuzeum Broni Pancernej powstało w latach 1963 – 1964. Na początku był to obiekt, w którym prowadzono zajęcia ze słuchaczami z przedmiotu budowa i eksploatacja sprzętu pancernego, znajdującego się w owym okresie w wyposażeniu Wojska Polskiego. Głównym inicjatorem powstania zbioru broni pancernej był gen. dyw. Zygmunt Duszyński, pełniący w tym czasie obowiązki Głównego Inspektora Szkolenia Wojska Polskiego. Dzięki staraniom ówczesnego komendanta Oficerskiej Szkoły Wojsk Pancernych płk. dypl. Henryka Kudły oraz ppłk. inż. Zygmunta Szopy – kierownika Cyklu Eksploatacji i Remontu w budynku obecnej prezentacji zgromadzono pojazdy pancerne różnego typu. W zbiorach znajdują się również części i przekroje podzespołów czołgów i dział pancernych. Każdy z egzemplarzy broni pancernej posiada oryginalny osprzęt, wyposażenie i uzbrojenie będące na stanie wozu bojowego. Do broni pokładowej, jaka znajdowała się na poszczególnych wozach, należą również: karabiny maszynowe 7,62 mm DT, wielkokalibrowy karabin maszynowy 12,7 mm wkm DSzK oraz wielkokalibrowy karabin maszynowy 14,5 mm KPWT, które ze względów bezpieczeństwa przechowywane są w formie depozytu w magazynie uzbrojenia. W składzie ekspozycji znajdują się czołgi, działa samobieżne, opancerzone samochody rozpoznawcze i transportery oraz jeden egzemplarz wozu pogotowia technicznego. Sprzęt w większości wyprodukowany został na terenie Związku Radzieckiego i był wykorzystywany podczas II wojny światowej, stanowiąc wyposażenie jednostek pancernych Wojska Polskiego od 1943 roku. Prezentowany sprzęt bojowy jest obecnie jednym z większych zbiorów broni pancernej w Polsce, a niektóre egzemplarze są unikatowymi eksponatami w kraju i jednymi z nielicznych na świecie.Opis brzmi imponująco. Niemniej imponujące są eksponaty począwszy od wagonu pancernego, który pamięta czasy Powstania Wielkopolskiego poprzez pokaźny zbiór historycznych armat, czołgów, wozów pancernych i budzących szacunek pocisków. Pan kpt. Ogrodniczak nie szczędził czasu i talentu aby w zajmujący i zrozumiały dla cywilów sposób opowiedzieć o każdym z eksponatów. Nie byłoby pełnej ekspozycji bez RUDEGO. Prawie słyszałam polecenia Janka „Odłamkowy” – „Jest odłamkowy” – odpowiada Gustlik.
„Powrócimy wierni,
My czterej pancerni,
RUDY i nasz pies…….
Tylko brak podobizny Szarika, a przecież to także wspaniały frontowiec.
Doceniając życzliwość „pancerniaków” Agrafek zameldował się na internetowej stronie CSWL.
Pragnę w imieniu członków Wielkopolskiego Klubu Turystycznego Niewidomych
i Niedowidzących “Razem na szlaku” serdecznie podziękować za umożliwienie zwiedzenia muzeum broni pancernej i zapoznania się z pasjonującą historią. Dla osób niewidomych było to szczególnie interesujące doświadczenie, Możliwość poznania dotykowego eksponatów przybliżyło zdawałoby się będące poza zasięgiem percepcyjnym elementy świata zewnętrznego budząc niekłamany podziw i szacunek dla wyszkolenia i pracy ”pancerniaków”. Szczególnie jesteśmy pod wrażeniem pasji, zaangażowania i umiejętności przekazania informacji o broni p. kpt. Tomasza Ogrodniczaka – kustosza muzeum, który poświecił nam czas obrazowo opowiadając o historii i aktualnych zagadnieniach wojsk lądowych. Serdecznie dziękujemy, mając nadzieje na ponowne spotkanie z fascynującymi i mało znanymi dla cywilów sprawami wojska.
“cywil banda” sekretarz klubu.
M. Niesiołowska
Potem powędrowaliśmy na małą przebieżkę nad Jezioro Strzeszyńskie.
Lądek Zdrój i okolice – 13 – 27 sierpnia
Lato w pełni, Czas na wędrówki, rozruszania mięśni i podziwiania uroków ziemi ojczystej. Tym razem będzie to Lądek Zdrój i okolice. A więc wyruszamy. Grupa liczna – 45 osób w tym pięcioro dzieci.
13.08. /sobota/
Rano o godz. 06:30 – spotkanie uczestników – na dworcu PKP, skąd o godz. 07:10 odjeżdżamy w kierunku Kłodzka. Potem podstawionym autobusem z Kłodzka do Lądka. Zakładamy bazę w stanicy „Ina” na ul. Leśnej 1. Warunki iście turystyczne, ale jesteśmy zaprawieni w drobnych niewygodach łazikowego życia. Pospiesznie jemy obiadek w knajpce „Lido” i na własna rękę robimy rekonesans otoczenia. Na rzut kamieniem mamy dom i park zdrojowy, źródło wody leczniczej, muszlę koncertową i pozostałe atrakcje lecznicze uzdrowiska. Wieczorem o godz. 19:00 – omawiamy dalszy plan pobytu.
14.08. /niedziela/
Ponieważ grupa jest liczna, przeto śniadanie jemy w dwóch turach. Stąd amatorzy porannej gimnastyki i przebieżki czynią to indywidualnie.
Pierwszym punktem programu jest zapoznanie z Lądkiem. Gospodyni stanicy p. Ewa – licencjonowany przewodnik, [który będzie nam towarzyszył w późniejszych wyprawach] zajmująco kreśli historie i dzień dzisiejszy Lądka. Miasto, jedno z najstarszych w Sudetach, położone na Ziemi Kłodzkiej nad Białą Lądecką w górach Złotych. Zostało założone w początkach XIII w. Jest to uzdrowisko z licznymi źródłami. Zaleca się tutaj leczenie gośćca, chorób narządów ruchu, naczyń wieńcowych, chorób skórnych, kobiecych i nerwowych. Do leczenia wykorzystuje się mineralne cieplice radowo-siarczkowo-wodorowe. W części uzdrowiskowej oddzielonej nieco od miasta znajduje się duży zespół sanatoriów i domów wczasowych, oraz przepiękny park modrzewiowy ze starym domem zdrojowym z drugiej połowy XVII w. Wśród zabytków na uwagę zasługuje Zakład Przyrodoleczniczy “Wojciech” z 1678 r., przebudowany w latach 1878-80 r. na wzór łaźni tureckiej ze wspaniałym basenem kąpielowym i pijalnią wód. W rynku usytuowany jest ratusz, barokowa figura Świętej Trójcy oraz liczne kamienice z podcieniami. Niedaleko rynku na rzece Biała Lądecka znajduje się most kamienny z drugiej połowy XVI w. z figurą św. Jana Nepomucena. Warto wymienić także kościół parafialny Narodzenia NMP z XVII w. i barokową kaplicę NMP z XVII-XVIII w. Sporą atrakcję stanowi Arboretum – ogród z licznymi gatunkami egzotycznych drzew i krzewów.
Syci wrażeń i informacji zakończyliśmy zwiedzanie obiadkiem. A wieczorem tłumnie bawiliśmy się na festynie wojskowym, oczywiście z grochówką.
15.08. /poniedziałek/
Spacer na Cierniową Górę (575m n.p.m.) Szczyt (592 m) na pd.-zach. krańcu G. Złotych. Stanowi jeden z częściej odwiedzanych i bardziej znanych szczytów tego pasma. Przyczyną tej popularności jest Kalwaria znajdująca się na spłaszczeniu podszczytowym, na wys. ok. 540 m. Kalwaria na Cierniaku należała i nadal należy do najpopularniejszych na ziemi kłodzkiej, po Wambierzycach i Bardzie Śl. Powstała po 1836 r., a jej fundatorem był mieszkaniec Radochowa A.Wachsmann, który w podzięce za uzdrowienie umieścił na drzewie obraz MB Wspomożycielki. Później obraz przeniósł do sztucznej groty pod skałą. W 1849 r. wzniósł drewnianą kaplicę, a w 1851 r. ufundował obecną, murowaną kaplicę. W 1853 r. rozpoczęto budowę kamiennych schodów z Radochowa do kaplicy, których poszczególne stopnie mają wykute nazwiska fundatorów. Kalwaria na Cierniaku cieszy się znacznym powodzeniem zwłaszcza wśród lądeckich kuracjuszy.
Sapiąc okrutnie wspięliśmy się na potężne schody, postrzępione przez licznych pątników i czas. Cicho tu, uroczyście, tylko mrukliwy pustelnik jest nie rad naszej grupie. No, ale to pewnie cecha wszystkich eremitów.
A po kolacji – wieczór z piosenką wojskową i patriotyczną. „A o on do wojska był przynależniony.”
16.08. /wtorek/
Wyjeżdżamy do Kletna aby zwiedzić Jaskinię Niedźwiedzią (w grupach po 15 osób)
Słów kilka o tej atrakcji. Część skał, z których zbudowane są Sudety należy do najstarszych w dziejach Ziemi, a ich początki sięgają ery prekambryjskiej (ok. 4,5 mld lat temu). Obszar ten należy do szczególnie interesujących, jeśli chodzi o badanie historii rozwoju naszej planety. Powstanie Jaskini Niedźwiedziej wiąże się ściśle z występowaniem skał węglanowych w postaci porozrywanych bloków, czy soczew “pływających” w masie niekrasowych skał krystalicznych. Powstały one w wyniku osadzania się szczątków ówczesnych organizmów (głównie skorupek otwornic, muszli małżów, ramienionogów (muszlowce) lub szczątków koralowców, glonów) zamieszkujących występujące na tych terenach morza. Część z muszli, czy szkieletów zachowała się do dzisiejszych czasów w postaci skamieniałości, które również można znaleźć na terenie Sudetów.Procesy przekształcania osadów nasiliły się szczególnie około 85 mln lat temu (górna kreda), kiedy to ze skłonów wypiętrzającego się Śnieżnika osady kredowe zsuwały się po dnie ówczesnego morza, gromadząc się w rozlicznych zagłębieniach i lejach. Poprzez działanie olbrzymich ciśnień i temperatur, powstających w wyniku nacisku nasuwających się skał, osady wapienne przekształciły się w wapienie krystaliczne, czyli marmury. Wytwory te kryją w sobie rozliczne formy krasu powierzchniowego (powstałe w wyniku niszczącego działania wody), najczęściej głębokie leje oraz labirynty jaskiń, układające się w kilku poziomach. Historia tych form sięga okresów klimatu tropikalnego, przypadającego na schyłek kredy i paleogen (ok. 50 mln lat temu). Czas ten możemy przyjąć więc za początki powstawania Jaskini Niedźwiedziej. Intensywny rozwój form krasowych trwał aż do końca trzeciorzędu i został j Dziś możemy wiele się z nich dowiedzieć zarówno na temat tamtych zwierząt, jak i zmian klimatu zachodzących w tamtym okresie. Największe ilości szczątków pochodzą od niedźwiedzia jaskiniowego, stąd też jaskinia wzięła swoją nazwę. Znaleziono również kości lwa jaskiniowego, hieny jaskiniowej, wilka, kuny, nietoperzy (kilka gatunków), bobra, sarny, dzika, lisa i wielu gryzoni. Pochodzenie tych szczątków bywa różne. Są to kości zwierząt chroniących się w jaskini, łupy drapieżników, szczątki zwierząt, które wpadły w jamy skalne, czy w końcu kości naniesione tu przez wodę. Najbardziej rzetelny opis nie oddaje urody sal, korytarzy i przesmyków jaskini. Jesteśmy zauroczeni naciekami i formami rzeźb. Można spędzić dzień cały pod ziemią i jeszcze nie poznać do końca krasę tej jaskini Wychodzimy z podziemnego królestwa w strugi rzęsistego deszczu, pędem zbiegamy do autobusu i do Stronia Śląskiego, do HSK „Violetta” aby obejrzeć ręczny wytop szkła kryształowego i podziwiać artyzm hutników i szlifierzy. Huta powstała w 1864 roku, a jej założycielem był Franc Losky. Usytuował on zakład na terenach nabytych od królewny Marianny Orańskiej, ówczesnej właścicielki tych ziem, w miejscu gdzie wiek wcześniej istniała stara huta szkła. Hutę nazwano „Oranienhute”. Dzięki staraniom właściciela zakład szybko się rozrastał, a jego wyroby znajdowały nabywców w odległych krajach świata. Bardzo dobrą passę huty przerwał wybuch I wojny światowej, kiedy to znacznie ograniczono produkcję. Lata międzywojenne były dla niej trudne, nie ominął jej też kryzys światowy. W czasie II wojny światowej zakład podupadł. Ostatnim zwierzchnikiem zakładu był Eberhardt Losky. Po wojnie produkcję rozpoczęto w 1946 r. od zdobienia kryształów. Huta otrzymała nazwę: „Zjednoczone Huty Szkła Okręgu Śląska Dolnego – Państwowa Huta Szkła Kryształowego w Stroniu Śląskim”. W 1951 r. rozpoczęto wytapianie w hucie masy szklanej. Początkowo było to szkło laboratoryjne. Od 1953 roku zmieniono profil produkcji na szkło kryształowe, produkowane do dziś. W 1970 r. zmieniono nazwę zakładu na „Huta Szkła Kryształowego „Violetta” w Stroniu Śląskim” Produkcja huty ciągle rosła, a dzięki stopniowej rozbudowie zakład zatrudniał coraz więcej pracowników – do 2200 osób w 1983 r. W 1992 roku huta została przekształcona w Spółkę Akcyjną i obecnie nosi nazwę: Huta Szkła Kryształowego „Violetta” S.A. w Stroniu Śląskim.Produkcja kryształów zamyka się w obrębie dwóch podstawowych działów:Dział wytopów – ręczne i mechaniczne formowanie wyrobów z masy szklanej. Szkło kryształowe wytapia się z piasku szklarskiego i odpowiednich dodatków uszlachetniających w temperaturze sięgającej ponad 1000° C. Pracownicy formujący szkło ręcznie, to prawdziwi artyści, którzy z bezładnej masy szklanej potrafią stworzyć prawdziwe arcydzieła. Do formowania używa się piszczeli (specjalnych rur), dzięki którym hutnik wkładając bańkę z płynnego szkła do formy i dmuchając przez nie, może nadać szkłu odpowiedni kształt. Po uzyskaniu żądanego kształtu produkt wkłada się do pieca odprężającego,
w którym bardzo powoli zostaje schłodzone. Cały proces trwa dość długo,
tak by materiał stygł równomiernie i nie wytwarzały się w nim naprężenia, które mogę doprowadzić nawet do rozpadnięcia się gotowego wyrobu. W tej fazie produkty poddawane są pierwszej kontroli jakości. Sprawdza się, czy szkło nie ma pęcherzy powietrza tzw. plader, zanieczyszczeń, pęknięć i innych skaz. Następnie obcina się niepotrzebne naddatki, powstałe w wyniku formowania. Po tych procesach szkło może trafić już do dalszej obróbki, a więc na szlifiernię, gdzie zostanie dodatkowo ozdobione.Dział zdobienia – ręczne i mechaniczne zdobienie szkła kryształowego. Szkło zdobi się na szlifierkach, poprzez wycinanie rozlicznych wzorów. Szlifuje się również dna wyrobów, tak by można je było stabilnie stawiać. W dalszym procesie szkło jest poddawane polerowaniu ręcznemu i chemicznemu. Po przeprowadzeniu tych czynności kolejny raz kontroluje się jakość gotowego wyrobu i po zapakowaniu kieruje się go do sprzedaży.Szkło kryształowe ze względu na wysoki współczynnik załamania światła i wielorakie krawędzie, powstałe w procesie zdobienia, charakteryzuje się niespotykanym urokiem. Odpowiednio eksponowane, mieni się różnokolorowymi odblaskami, ujmuje niebanalnym i szlachetnym pięknem, dlatego też w zakładowym sklepiku ustawiła się długa kolejka łazików chętnych do nabycia bajecznie pięknych wyrobów. Natomiast Agrafek pobuszował z aparatem fotograficznych, choć zdjęcia nie oddają w pełni urody kryształów.Dzień zakończyliśmy zaklinaniem pogody.
„Nie lej descu, nie lej,
Bo cie tu nie trzeba.”
17.08. /środa/
Tym razem piechotką do Czech (przejście graniczne Lądek-Lutynia – Trauna) na degustację czeskiego piwa i smażonego sera. Trasa jak marzenie. Po drodze słynna Borówkowa Gora, [kto pamięta dlaczego?] Borówkowa Góra jest jednym z trzech miejsc gdzie przez tzw. zieloną granicę kontaktowali się opozycjoniści. Kurierzy przenosili przez góry zakazaną literaturę, dokumenty, instrukcje i materiały drukarskie. To tutaj pod koniec lat 80 – tych spotykali się m.in Jacek Kuroń, Jan Lityński i Vaclav Havel. W czeskiej potravinie kotlet serowy okazał się pysznym przysmakiem, a Zbyszek upamiętnił pobyt upadkiem ze sporej wysokości i lądowaniem na sposób koci, czyli bez poważniejszych obrażeń dając świadectwo skuteczności górskich treningów. Nie wszystkie łaziki mają kondycję, dlatego powrotną drogę część grupy odbywa w taksówce. Pozostali dzielnie wracają szlakiem. A wieczorem ognisko ze śpiewami i kiełbaskami.
18.08. /czwartek/
Piesza wycieczka na szczyt dominujący nad Lądkiem – Trojan (784m n.p.m.) i przejście do ruin zamku Karpień. Zamek powstał na początku XIV wieku, być może na miejscu starszego grodu. W 1346 roku z woli Jana Luksemburskiego podarowany został Tomaszowi Gloubosowi, a w 1354 Karol IV ofiarował go swemu bratu, margrabiemu morawskiemu Janowi. W końcu XIV wieku i na początku XV stanowił własność Talwitzów, Parchwitzów i Niemanitzów. W 1428 zamek zniszczyli husyci, a potemstał się siedzibą rycerza – rabusia Hinka Kruszyny z Lichnic. W 1443 zdobył go książę opawsko – ziębicki Wilhelm, na czele wojsk miast śląskich. W XV wieku dostawiono do narożnika zachodniego półkolistą dobudówkę, o charakterze obronnym. Do 1513 roku, kiedy to został ostatecznie zniszczony, służył rabusiom. Wiek XIX przyniósł częściową rozbiórkę ruin.Wprawdzie po ruinach wiatr zawodził opowiadając o rycerzach niecnotach i ich ciemnych sprawkach, ale ducha żadnego nie spotkaliśmy.
19.08. /piątek/
Spacer na Dzielec, szczyt pomiędzy częścią zdrojową a Rynkiem, chętni zaliczają także Stronie Śląskie i nowoczesny basen pływacki. Pierwsze wzmianki o mieście pochodzą już z XIII w. Początkowo była to osada pasterska. Stopniowo następował ciągły jej rozwój, gdyż w okolicy wykryto srebro i powstały kopalnie, później została zbudowana również huta żelaza. W 1864 roku powstała istniejąca do dziś huta szkła kryształowego “Violetta”. [o której była mowa] Samo miasto położone jest w malowniczej okolicy i posiada wiele zabytków: barokowy kościół św. Maternusa z II połowy XVIII w. i kaplicę z przeł. XVIII i XIX w, oraz liczne kapliczki i figury przydrożne pochodzące z XVIII i XIX w. Atrakcją turystyczną jest pomnik przyrody – dąb o obwodzie 4,25 m. Stronie posiada ciekawą zabudowę, od domów z XIX w. do nowoczesnych. Istny melanż. Odkryliśmy także zajazd „U prezesa”, czyżby nasz szef rozpoczął gospodarczą działalność? Indagowany w tej sprawie udzielał odpowiedzi niczym polityk sondowany przez dziennikarzy…….A wieczorem „Do lata do lata by się szło” – czyli piosenki turystyczne.
20.08. /sobota/
Wyjazd do Kłodzką: twierdza, starówka; fara, przejazd do Bardo Śl. Zaczynamy od Kłodzka. Pierwsze wzmianki pochodzą z 981 r. od czeskiego kronikarza Kosmasa. Strategiczne położenie na szlaku z Czech do Polski także burzliwie doświadczyło miasto. Położenie na szlaku handlowym spowodowało, że Kłodzko było ośrodkiem handlu i rzemiosła, oraz posiadało własną mennicę. W 1744 r. Prusacy zbudowali tu potężną twierdzę.Obecnie Kłodzko jest ośrodkiem turystycznym, kulturalnym i usługowym Ziemi Kłodzkiej oraz ważnym węzłem kolejowym i drogowym. Ratusz w obecnej postaci z XIX w. znajduje się po środku prostokątnego i pochyłego rynku. Dzielnica staromiejska otoczona jest kamiennymi murami, które zachowały się tylko we fragmentach. Na rzece Młynówce podziwialiśmy gotycki, trójprzęsłowy, kamienny, most z 1390 r. ozdobiony barokowymi figurkami wotywnymi. Zachwycił nas wspaniały gotycki kościół parafialny Wniebowzięcia NMP. Masywna, dwuwieżowa, trzynawowa bazylika, zbudowana jest z piaskowca i cegły. W 1624 r. po przejęciu przez jezuitów otrzymał wspaniały barokowy wystrój. Ciekawymi budowlami są również barokowy kościół MB Wielką atrakcją okazała się Twierdza – w obecnym kształcie zajmująca całą Forteczną Górę (369 m.) nad Nysą Kłodzką. Na jej miejscu już w X wieku istniał drewniany gród obronny. W XIV – XVI wieku znajdował się tu duży zespół zamkowy, składający się z zamku dolnego, średniego i górnego. W jego obrębie zbudowano kaplicę i duży kościół św. Wacława i św. Marcina, istniało tu pięć studzien kutych w skale do głębokości 60 m. Pod koniec XVII w. częściowo uszkodzoną warownię przebudowano przystosowując do wymogów współczesnej sztuki wojennej, powstało wówczas założenie bastionowe. Ostatnia znaczna przebudowa miała miejsce w czasach pruskich, w połowie XVIII w., kiedy m.in. dawną część mieszkalną zamieniono na potężny donżon i dodano część północną. Twierdza w nowym kształcie była jedną z najpotężniejszych w państwie pruskim, jej głównym zadaniem była obrona dostępu do Śląska od południa. Do czasów współczesnych twierdza dotrwała w praktycznie niezmienionym, osiemnastowiecznym kształcie. Od 1877 r., kiedy twierdza straciła znaczenie militarne, zaczęła służyć jako więzienie polityczne. Tę rolę pełniła także w czasie II wojny światowej, znajdował się tu również Oflag VIII B i fabryka zbrojeniowa. Po wojnie początkowo była całkowicie zamkniętym obiektem wojskowym, później jej niewielką część udostępniono do zwiedzania. Kłodzko posiada jeden z najlepszych zachowanych systemów XVII / XVIII – wiecznych fortyfikacji obronnych. Zajmują one łącznie obszar o powierzchni ponad 30 ha. Składają się na to Twierdza Główna i fort posiłkowy “Owcza Góra” oraz zachowane fragmentarycznie obwarowania miejskie i umocnienie polowe. W formie szlaku turystycznego udostępniana jest niewielka część Twierdzy Głównej wraz z labiryntem chodników minerskich zlokalizowanych pod zachodnia częścia dawnego stoku bojowego. Zwiedzanie rozpoczynamy od południowej bramy, do której dochodzimy od rynku jedną z najstarszych ulic miasta – ulicą Czeską. Na bramie znajduje się orzeł pruski z berłem i jabłkiem, z literami FR na piersiach – Fryderykus Rex (Fryderyk Król). Tuż za bramą, przy ostrzu Bastionu Alarmowego wmurowano tablicę upamiętniającą pobyt na twierdzy Wojciecha Kętrzyńskiego, który w latach 1865 – 66 więziony był tutaj za udział w powstaniu styczniowym. Wzdłuż czoła Bastionu Alarmowego dochodzimy do Kleszcza Tumskiego. Przez zwodzoną bramę i poternę w barku kleszcza dochodzimy do kasy mieszczącej się w Kurtynie Tumskiej. W kazamacie za kasą umieszczono dwie tablice : jedna z widokiem Kłodzka z poł. XVI wieku (wg sztychu Meriana), druga przedstawia rozwój architektoniczny Twierdzy Głównej (wg prof. Edmunda Małachowicza). Z kazamat Kurtyny Tumskiej wychodzimy na dziedziniec tumski. Nad wyjściem napis DOM-COURTIN, skrót od słów “Deo Optimum Maximum” (Bogu Najwyższemu). Niektórzy tłumaczą ten skrót z języka niemieckiego Dom – Katedra. Jest to pamiątka po istniejącej w tym miejscu do 1627 roku kolegiacie augustiańskiej, w której napisany został ponoć psałterz Floriański. Po lewej stronie widoczny bark Bastionu Dzwonnik z dwiema działobitniami. Niżej tzw. Ciemna Brama, w której mieści się Studnia Tumska pochodząca z 1393 roku. Skręcamy w prawo pod górę, wzdłuż Kurtyny Ludmiły, w której wmurowano kamienne popiersie Ludomiły Valeskiej – legendarnej władczyni zamku. Na wprost, nad wejściem do poterny barku Bastionu Alarmowego replika orła pruskiego z 1829 roku. W poternie, po prawej stronie zespół pięciu interesująco ukształtowanych kazamat. Wchodzimy na dziedziniec między Bastionem Alarmowym a Wysokim i schodami po prawej stronie na koronę Bastionu Alarmowego. Idziemy wzdłuż barierki i dalej ścieżką pod łącznik Słoniczoła Podzamcza z Donżonem. Przed nami widok na południowo – zachodnią część Donżonu o charakterystycznym narysie kleszczowym – z bramą wiodącą na jego dziedziniec. Pod arkadą Słoniczoła Podzamcza, obok kazamat, które mieściły niegdyś browar dla załogi twierdzy, przechodzimy na dziedzinie Bastionu Wysokiego. Na wprost wejścia do dawnego lazaretu, gdzie obecnie mieści się wystawa pożarnictwa i wystawa Huty Szkła Artystycznego w Polanicy – Zdroju, kierowanej przez światowej sławy profesora Zbigniewa Horbowego. Po wyjściu z lazaretu wchodzimy schodami na platformę artyleryjska Bastionu Widokowego (dawniej Wieży Bastionowej). Środek platformy to plac broni z okienkiem podawczym komory amunicyjnej, krawędzie korony bastionu to działobitnie. Stąd rozciąga się wspaniały widok na Kłodzko i Ziemię Kłodzką, widoczną aż po swoje granice przebiegające grzbietami pasm górskich wchodzących w skład Sudetów Wschodnich i częściowo środkowych. Z tyłu widoczna krawędź Bastionu Wysokiego i dalej na północ Donżon z cylindryczną wieżę obserwacyjną, niedostępną niestety dla ruchu turystycznego. Miejscem martyrologii jest kazamata Bastionu Widokowego, w której zlokalizowano Muzeum Finów, upamiętniające więzionych i zamordowanych w twierdzy (w czasie II wojny Światowej) marynarzy i lotników fińskich. Wzdłuż krawędzi bastionu Widokowego dochodzimy do schodów prowadzących do kazamaty Bastionu Niskiego mieszczącej lapidarium. Zgromadzono tu i wyeksponowano renesansowe płyty nagrobne z cmentarzy Radkowa i Złotego Stoku oraz kilka elementów zabytkowej kamieniarki z rozebranych w Kłodzku budynków. Poterną w barku Bastionu Niskiego wychodzimy z lapidarium do południowej bramy twierdzy – do miasta. Następnie zwiedzamy Kościół Wniebowzięcia NMP – zlokalizowany się na pl. Kościelnym, jest on jednym z najcenniejszych obiektów sakralnych Ziemi Kłodzkiej. Budowa kościoła została rozpoczęta w 1 poł. XIV w., ale ukończono ją dopiero w połowie XVI. Nie dokończono budowy wieży północnej. Kościół jest trójnawową bazyliką z dwiema bocznymi kaplicami. W przeważnie barokowym wystroju wnętrza na szczególną uwagę zasługują : ołtarz główny z XV-wieczną figurą Madonny z Dzieciątkiem, posąg “Madonny z czyżykiem”, późnogotycka chrzcielnica za bogato zdobioną kratą, ambona i konfesjonały autorstwa Michała Klahra. W nawie północnej XIV-wieczny nagrobek arcybiskupa praskiego Arnosta – fundatora kościoła. Most gotycki Św. Jana – kamienny most na Młynówce pochodzi z końca XIII lub z XIV wieku i jest najstarszym kamiennym mostem Polski. Często jest porównywany do słynnego Mostu Karola w Pradze i uważany za jego miniaturę. Most jest ozdobiony sześcioma posągami – św Wacława, Matki Boskiej Bolesnej, św Jana Napomucena, św Franciszka Ksawerego, figura dziękczynna z lat zarazy oraz figura przedstawiająca Chrystusa w Krzyżu. Ufundowali je mieszkańcy w XVII-XVIII wieku. Nie mięliśmy okazji zajrzeć do Muzeum Ziemi Kłodzkiej, które mieści się w siedzibie dawnego konwiktu jezuickiego. Obecny wygląd zewnętrzny budynku jest skutkiem przebudowy w XVIII stuleciu, kiedy otrzymał jednolitą elewację.Kościół Matki Boskiej Różańcowej – budowę kościoła w obecnym kształcie, z wykorzystaniem pozostałości dawnych obiektów, zakończono w 1631 roku. Mowa tu o stanie surowym, gdyż wyposażenie trwało jeszcze przez wiele lat. Rozbudowa klasztoru przebiegała natomiast w latach 1678-1731. W 1810 roku budynki klasztorne opustoszały na 10 lat. Później zorganizowano w nich szpital wojskowy, a kościół zamieniono na garnizonowy. Po II wojnie światowej obiekty zostały odnowione. Chwila odsapki na kłodzkim rynku i jedziemy dalej do miejsca pielgrzymek.Bardo Śl. położone nad Nysą Kłodzką, w miejscu gdzie przebiegał stary szlak handlowy, który był jedną z odnóg “szlaku bursztynowego”. W X-XIII w. znajdowały się tu dwa grody obronne, po których zachowały się grodziska. Pierwsza wzmianka o Bardzie pochodzi z 1096 r., a prawa miejskie otrzymało w 1300 r. Miasto nigdy nie miało obwarowań a przez swe strategiczne położenie było często niszczone. Ciekawy jest jego układ urbanistyczny ze starymi domami i kamiennym mostem przez Nysę Kł. Najcenniejszym zabytkiem jest wspaniała, barokowa, dwuwieżowa bazylika pod wezwaniem Nawiedzenia NM Panny, wybudowana w latach 1686-1704. Wewnątrz bardzo bogaty wystrój barokowy (wspaniale rzeźbiona ambona, organy z XVIII w.). Na ołtarzu znajduje się rzeźbiona w bukowym drewnie figurka Matki Boskiej, jedna z najstarszych romańskich rzeźb w Polsce. Figurkę od samego początku uznawano za cudowną. Przetrwała liczne pożary i grabieże miasta, przyciągając cudami licznych pątników. Inne zabytki to: barokowa plebania i klasztor redemptorystów z lat 1712-1716 z pięknym gotyckim ołtarzem i licznymi cennymi dziełami sztuki sakralnej. Dzieła są udostępniane do oglądania dla zwiedzających przez zakonników.Na zboczu górującej nad miastem Kalwarii znajduje się punkt widokowy – Obryw Skalny, z którego można podziwiać malowniczy przełom Nysy, panoramę miasta oraz część Gór Bardzkich. Wystarczy przejść nieco dalej, aby zobaczyć fragmenty Kotliny Kłodzkiej. Na Kalwarii znajdują się ruiny średniowiecznego zamku oraz wiele kapliczek tworzących szlak pielgrzymkowy na szczyt. W okolicy występują aż trzy drogi krzyżowe prowadzące na pobliskie szczyty górskie. Uff, pełni wrażeń i nieco zmęczeni lądujemy w….Lądku.A wieczorem 19:30 łowimy samodzielnie pstrąga… z grilla
21.08. /niedziela/
Godz. 10;00 – czas wolny, dla chętnych uczestniczenie w mszy św.
Godz. 14;30 – spacer w nieznane – Czerwona Góra i stadnina koni.
Nie ma to jak iść za pierwszym impulsem. My wchodzimy sympatyczną ścieżką na Czerwoną Górę, by w powrotnej drodze zajrzeć do stadniny koni i nakarmić piękne siwki, kasztanki i karosze jabłkami, oraz pogładzić aksamitne chrapy i szyje.
Godz. 20:00 -„śpiewać każdy może” i tak właśnie śpiewał. Ale gdzie nam do głosu i repertuaru Lidki. To też słuchaliśmy jej z przyjemnością.
22.08. /poniedziałek/
Godz. 10;00 – spacer na Igliczą Skałę, kompleks skałek bazaltowych.
Pogoda jak marzenie, zaklinanie deszczu odniosło skutek. Pławimy się w słońcu podziwiając fantastyczne widoki.
23.08. /wtorek/
Godz. 10;00 – wyjazd autokarem do Międzygórza Ogród Bajek, wejście na Marię Śnieżną. Kościółek na szczycie góry Igliczna związany jest z cudownymi uzdrowieniami chorych oczu.
I znowu autobus i jazda w nieznane i znane.
Międzygórze leży u podnóża Śnieżnika w dolinie Wilczki i jej dopływu Bogoryi, jest jedną z najpiękniejszych sudeckich miejscowości. Początkowo była to osada leśna, która w XIX w. przekształciła się w wczasowisko. Z tamtego okresu pozostały przepiękne drewniane domy utrzymane w stylu szwajcarskim i norweskim. Większość domów jest w jednolitym stylu architektonicznym, co stanowi zasługę właścicielki tych terenów w XIX w., księżnej Marianny Orańskiej. Pobyt w Międzygórzu ma charakter zdrowotny, zalecany jest w leczeniu górnych dróg oddechowych oraz w stanach wyczerpania. {a tu buszuje zdrowa gromada!]
Z zabytków należy wymienić: barokowy drewniany kościół św. Józefa – a w nim ciekawy ołtarz z XIX w. z rzeźbioną nastawą w kształcie liści. Bardzo interesująca jest również rzeźba świętej rodziny. W pobliżu Międzygórza, na Iglicznej znajduje się barokowy kościół Matki Boskiej Śnieżnej z 1781-82 r. czczonej po tej i tamtej stronie granicy. Maria Śnieżna znana jest z wielu cudownych uzdrowień, stąd liczne pielgrzymki podążające wcale nie łatwą trasą.
Dużą atrakcją Międzygórza jest także wodospad na potoku Wilczce. Do niedawna jeden z największych wodospadów w Sudetach, ale po powodzi w 1997 r. zmalał do ok. 20 m. Dodatkowymi atrakcjami turystycznymi są skałki gnejsowe zwane Skalną Bramą, które występują na zboczach Toczka, w pobliżu nich znajduje się bardzo oryginalny Ogród Bajek, który cieszy się duża popularnością.
W ogrodzie bajek znajdują się miniaturowe drewniane domki, liczne totemy a wokół nich przeróżne gatunki drzew, krzewów i kwiatów. W latach dwudziestych XX w. leśnik Izydor Kriesten miłośnik przyrody “w hołdzie baśniom i urzekającej okolicy a także wszechwładnemu duchowi Gór”. zgromadził bardzo wiele odmian roślin górskich i ozdobnych, którymi obsadził gęsto poprowadzone po stoku alejki, a z szyszek, konarów, kory drzew oraz kamieni wykonał miniaturki domów i dziuple zasiedlane przez krasnoludków, smoki, Babę Jagę, Ducha Gór, Królewnę Śnieżkę, Rumcajsa i inne baśniowe postaci, które przywołają wspomnienia z lat dziecięcych. Część wyposażenia Ogrodu Bajek jest nieco bardziej współczesna. Została wykonana podczas odbudowy po zniszczeniach z lat 1974 – 1985. Do ostatnich nabytków należą Smurfy i Maminki.
Wracamy nieco melancholijni, zanurzeni w klimacie baśni i podań.
A po powrocie nowe atrakcje.
Godz, 20;00 – jaskinia solna i jacuzzi.
Jaskinia Solno – Jodowa jest oryginalną metodą zastosowania soli morskiej w celach leczniczych i rekreacyjnych, według opatentowanej technologii. Naturalna sól morska zawiera wszystkie niezbędne mikro i makroelementy potrzebne do stworzenia unikalnego mikroklimatu morskiego, który korzystnie wpływa na nasze samopoczucie i działa relaksująca.
Wszystko zaczyna się na Krymie, gdzie woda z Morza Czarnego wprowadzona zostaje do ogromnych basenów i wystawiona jest na działanie słońca przez okres 5-6 lat. Krystalizująca się sól zawiera w sobie całą życiodajną energię i skondensowaną siłę leczniczą.
Należy wspomnieć, iż dobroczynne działanie i wszechstronne zastosowanie soli było znane od tysiącleci. Była symbolem niezniszczalności – sama się nie psuje, a inne ciała chroni od zepsucia. Kryształki soli znaleziono w piramidach egipskich, wrzucano też do trumny, by zapewnić duszy nieśmiertelność. Na sól składano przysięgi i na nią zawierano przymierza i beczkę soli trzeba było zjeść aby kogoś należycie poznać. Dodawano ją do wody święconej i leczono nią wiele chorób. Jednym ze światowych centrów wydobycia soli w starożytności był Krym, a carowie chronili ją niczym złoto.
Obecnie wiemy, że dzięki swym unikalnym właściwościom zdrowotnym sól morska ma szerokie zastosowanie w kosmetyce. Napina i wygładza skórę, pomaga w odchudzaniu i walce z cellulitem. Słone kąpiele oczyszczają skórę, wzmacniają drobne naczynia krwionośne, poprawiają krążenie krwi, regulują równowagę kwasowo-zasadową skóry, podnoszą odporność na infekcje, likwidują obrzęki i chronią skórę przed wolnymi rodnikami. Naturalna sól morska, zawiera wszystkie mikroelementy niezbędne do stworzenia unikalnego mikroklimatu morskiego, który korzystnie wpływa na samopoczucie i działa relaksująco.
Ściany groty , do której weszliśmy [tylko w białych skarpetkach] wyłożone są cegłami z soli, z sufitu zwisają solne sople, kryształki soli pokrywają podłogę. Specjalny system podgrzewania i przedmuchiwania słonych “murów” sprawia, że sól paruje, jonizując ujemnie powietrze oraz nasycając je cennymi dla zdrowia biopierwiastkami. Ich stężenie jest kilkakrotnie większe niż nad morzem! A należy pamiętać, że:
JOD – jest odpowiedzialny za prawidłowe funkcjonowanie tarczycy, która zarządza przemianą materii i reguluje wagę.WAPŃ – wzmacnia odporność naszego organizmu, łagodzi podrażnienia oraz reguluje funkcje układu krwionośnego.MAGNEZ – to znany pierwiastek antystresowy. Wywiera pozytywny wpływ na układ sercowo – naczyniowy. POTAS, SÓD I CHLORKI – te również wpływają korzystnie na funkcje serca i poprawiają ukrwienie skóry. ŻELAZO – jest niezbędnym składnikiem hemoglobiny. MIEDŹ – działa przeciwgrzybicznie, wpływa na syntezę hemoglobiny oraz na gruczoły wydzielania wewnętrznego np. przysadkę lub tarczycę.SELEN – spowalnia proces starzenia się skóry. Tak bogate w pierwiastki powietrze wykorzystywane do seansów inhalacyjnych jest dodatkowym elementem uzupełniającym leczenie zalecone przez lekarza, wpływa na przyspieszenie procesu dochodzenia do zdrowia i sprawia, że organizm odzyskuje ogólną równowagę. Czyste zjonizowane powietrze pozwala polepszyć kondycję zdrowotną i działa wspomagająco przy leczeniu wielu schorzeń.
We wnętrzu Groty Solnej utrzymuje się jedyny w swoim rodzaju mikroklimat – stała optymalna temperatura na poziomie 22-23°C, wilgotność nigdy nieprzekraczająca 40%, a jonizacja zawsze ujemna. Specyficzna aura groty stworzona została dzięki odpowiedniemu oświetleniu (małe lampki w kształcie muszli, rozświetlone bryły soli oraz odbijające światło sople solne) i nastrojowym dźwiękom natury (śpiew ptaków, szum fal). Jednocześnie wygodne, rozkładane fotele dopasowujące się do indywidualnych potrzeb sprawiają, iż pobyt w Grocie Solnej jest czasem odprężenia i relaksu, dodatkowo pozytywnie wpływającym na zdrowie i samopoczucie.
Tak się nam dobrze relaksowało, że niektórzy głośno zachrapali, wprowadzając pozostałych w parkosyzmy niepohamowanego śmiechu. Ale terapia śmiechem jest niemniej wspaniała…
Innym miłym urozmaiceniem było wieloosobowe jacuzzi. Zanurzeni po szyje wiedliśmy leniwe pogwarki a wodne bąbelki dzielnie na nas pracowały.
24. 08./środa/
Godz. 10;00 – kąpiel w termalnym basenie w domu Zdrojowym Wojciech.
Basen wzorowany na łaźni tureckiej jest przepiękny, cieplutka woda, można pływać, baraszkować i chłapać się według życzenia, to też piskom i śmiechom nie było końca. Ponadto opiliśmy się jak bąki wodą mineralną w pijalni i z zapasem odnowionych sił ruszyliśmy w nieznane, czyli lesistymi ścieżkami.
Godz. 20;00 – chętni zakosztowali pstrąga z grilla na Biskupich Stawach i tutaj królową smakoszy ryb pod wszelką postacią jednogłośnie została Ania Podkańska, miłośniczka i znawczyni wszelkich morskich i rzecznych specjałów.
25.08. /czwartek/
Godz. 10;00 – wyjazd autokarem w Góry Stołowe, Błędne Skałki, Duszniki Zdrój, Kudowa, Kaplica Czaszek, Wambierzyce.
Wycieczka długa i atrakcji wiele.
Duszniki Zdrój. Piękne miasto i uzdrowisko położone nad rzeką Bystrzycą Dusznicką, na wysokości 520-570 m n.p.m. Tutejsze wody czterech źródeł wypływają z łupków położonych na znacznych głębokościach, stąd jeszcze w 1940 roku temperatura ich wynosiła 22 st. C. Dziś “Pieniawa Chopina” ma 17,9 C, a “Zimny Zdrój” 11 st. C. W zmineralizowaniu największą rolę odgrywają związki sodu i wapnia z obfitością dwutlenku węgla i żelaza.
Miasto powstało na prastarym szlaku z Kotliny Kłodzkiej, przez Piekielną Dolinę, do Kudowy i dalej do Pragi. Stąd wzięła się nazwa traktu “polska droga”. Na pochyłym rynku, powstałym u zbiegu dróg z okolicznych wsi z przelotowym traktem wznosi się ratusz (1560 r.) usytuowany w południowej pierzei, co nadaje Dusznikom cechę miast czeskich. Na uwagę zasługują renesansowe i barokowe kamieniczki. W południowo-wschodnim narożu dawny zajazd “Pod Czarnym Niedźwiedziem”, na froncie którego znajduje się tablica upamiętniająca nocleg Jana Kazimierza (1668 r.). Przy wylocie ulicy Słowackiego renesansowa kamienica (nr 18) z ładnym portalem, przebudowana w 1598 r. z dawnego dworu. W najwyższym punkcie rynku znajduje się barokowa kompozycja figuralna z Madonną (1725 r.). a przy ulicy Kłodzkiej się kościół parafialny Św. Piotra i Pawła wzniesiony w latach 1571-1576, przebudowany w 1718-1730. Jest to budowla jednonawowa z wnętrzem barokowym. W ołtarzu głównym obraz dużej wartości “Pożegnanie Piotra z Pawłem”, dzieło Brandla. Najciekawsza jest jednak ambona w kształcie rozwartej paszczy wieloryba.
W 1826 roku przebywał w uzdrowisku na 6 tygodniowej kuracji Fryderyk Chopin. Swój pobyt upamiętnił dwoma koncertami dobroczynnymi. Na ich pamiątkę stanął pomnik kompozytora , ponadto odbywają się coroczne (od 1946 r.) Festiwale Chopinowskie.
Wyjątkową atrakcją Dusznik jest Muzeum Papiernictwa mieszczące się w zabytkowym młynie papierniczym z 1605 roku. Można tutaj zapatrzeć się w piękny papier czerpany.
Nastepny etap Kaplica Czaszek w Czermnie Obok olbrzymiej ilości kaplic, obok znanych i uczęszczanych obiektów pielgrzymkowych na Ziemi Kłodzkiej ważne miejsce zajmują kaplice, których przyczyną fundowania jest śmierć. Śmierć jako ostateczny los człowieka i jego dramat. Najbardziej znaną będąca, w skali całego kraju, unikatowym dziełem kultury religijnej jest kaplica w Czermnej, zwana kaplicą czaszek. Zlokalizowana koło kościoła parafialnego św. Bartłomieja w Czermnej – jest jedną z największych osobliwości regionu i jedynym tego rodzaju zabytkiem w Polsce. Przyciąga wielu zwiedzających, wzbudza lęk i refleksje nad śmiercią. Dlaczego? Jest to kaplica, której ściany i sklepienie wyłożono szczątkami – ludzkimi, prawdziwymi czaszkami i kośćmi. Znajduje się tutaj 3 tysiące czaszek, a dalsze 21 tysięcy jest w krypcie pod kaplicą. Ta wielka liczba ludzkich kości i czaszek została umieszczona w kaplicy celowo. Uczynił to Wacław Tomaszek, tamtejszy proboszcz, (z pochodzenia Czech), człowiek, któremu rozmyślanie nad śmiercią zajęło prawie całe życie. Pełnił on obowiązki duchownego przez czterdzieści lat, a ostatnie trzydzieści poświęcił tej niesamowitej kaplicy.
Być może pomysł zrodził się przy zwiedzaniu przez niego katakumb w Rzymie. Wzorem mógł też się stać słynny Kościół Czaszek w miejscowości Kutna Hora w Czechach. W roku 1775 ksiądz Wacław Tomaszek przebywał w Rzymie. Tam doznał wielkiego wstrząsu. Podczas zwiedzania katakumb pierwszych chrześcijan przerażony widokiem otwartych ludzkich grobów, szkieletów, czaszek, podziemnych ciemnych korytarzy poddał się refleksji nad ostateczną prawdą o człowieku – o śmierci. Przepełniony tym wrażeniem powrócił do Czermnej i tam wydarzyło się cos jeszcze bardziej niesamowitego.
Pewnego dnia ksiądz Tomaszek zauważył, jak psy rozdrapują ziemię koło starej dzwonnicy przykościelnej. Z ziemi zaczęły ukazywać się ludzkie czaszki i kości. Wezwał więc grabarza J. Langera i kościelnego J. Schmidta i razem zaczęli wydobywać znajdujące się płytko pod ziemią szczątki. Nie spodziewali się, że natrafią aż na kilkadziesiąt tysięcy ludzkich kości. Były to kości ofiar wojen na Ziemi Kłodzkiej, prawdopodobnie z czasów wojny trzydziestoletniej (1618-1648), prusko-austriackiej i szerzących się po niej epidemiach cholery w 1680 roku oraz prawdopodobnie z wojny siedmioletniej (1756-1763).
Ksiądz Tomaszek postanowił wydobyć wszystkie szczątki. Polecił grabarzowi i kościelnemu oczyścić i wybielić kości wraz z czaszkami i zgromadzić w kaplicy. Prace rozpoczęto w 1776 roku. Wybudowano kaplicę i przez następne 18 lat ks. Tomaszek przy pomocy grabarza Langera zbierał w rejonie Kudowy, Dusznik i Polanicy ludzkie szczątki. Wyłożono ściany kośćmi i czaszkami, pokryto nawet nimi sufit. Umieszczono w kaplicy ołtarz z figurą Chrystusa na krzyżu – największego symbolu śmierci. Ponadto ustawiono figury dwóch aniołów. Prace w kaplicy trwały do 1804 roku. Zgromadzono około 24 tys. ludzkich czaszek i piszczeli. Wystrój kaplicy stanowi około 3 tys. czaszek, reszta jest zgromadzona w podziemiu, ułożona na wysokość 2 metrów. Przejęci tym spotkaniem z przemijalnością świata i śmierci – ksiądz Tomaszek i grabarz Langer – postanowili, aby ich pośmiertne szczątki również spoczęły w kaplicy. Tak się stało.
Obecnie wnętrze wygląda bardzo podobnie jak przed laty, ale ciekawsze okazy czaszek, ongiś leżące na ołtarzu, umieszczono w szklanej gablocie. Znajdują się tam czaszka ks. Tomaszka (zmarłego w 1804, umieszczona tam zgodnie z jego ostatnią wolą), grabarza Langera, wójta Czermnej i jego żony. Czaszka wójta Martinca jest przestrzelona.. W czasie wojny 7-letniej (1756-63) wójt przeprowadzał wojska austriackie przez góry, za co Prusacy go rozstrzelali. Obok leżą przedziurawione czaszki dwóch żołnierzy zabitych bronią białą, kość udowa wysokiego (ok. 2 m) Szweda i charakterystycznie zbudowanego Tatara, a także czaszki ze zmianami chorobowymi i źle zrośnięte kości kończyn.
Wśród piszczeli, czaszek, ułożonych warstwami przy ścianach kaplicy znajdują się dwie rzeźby aniołów: jeden z trąbą (pod nim napis: “Powstańcie z martwych”), drugi z wagą (z napisem: “Pójdźcie pod sąd”), na środku ołtarz z barokowym krzyżem.
Kaplica czaszek w Czermnej jest osobliwym symbolem przemijalności życia i śmierci, ciągle budzi refleksję nad ogromną kulturą religijną Ziemi Kłodzkiej. Snuliśmy w zadumie refleksje o śmierci, sądzie ostatecznym i zmartwychwstaniu, bowiem grób – a ta kaplica jest swoistym grobem – to miejsce początku wieczności. Chyba tak należy rozumieć przesłanie księdza Tomaszka.
Jedziemy dalej niesamowicie krętą trasą., ale co za widoki! Tajemnicze labirynty, przejścia i krajobraz rozrzuconych kamiennych bloków, które przypominają niepoukładane, porzucone przez dzieci klocki, interesujące, wsparte na kamiennych kolumnach, formy skalne oraz kilkumetrowe, krzyżujące się szczeliny w “Błędnych Skałach”.
Błędne Skały to swoiste “skalne miasto” stanowiące rezerwat przyrody, utworzone w ławicy piaskowców ciosowych na wysokości 852 m na zachodnim krańcu stoliwa Skalniaka. Na powierzchni 21,14 ha ciągnie się labirynt szczelin o głębokości 6-8 metrów pomiędzy okazałymi blokami skalnymi. Tworzą dość regularną siatkę, częściowo przesklepionych przejść. Powstały w wyniku erozji skał piaskowca o różnej odporności lepiszcza kwarcowego i słabego marglowego. Przejściami poprowadzona jest trasa zwiedzania (częściowo moszczona drewnem), która udostępnia najbardziej znane formy skalne, posiadające własne nazwy: Stołowy Głaz, Skalne Siodło, Kurza Stopka, Skalna Brama, Labirynt, Kasa, Tunel, Końska Noga i inne. Są tu piękne stoły, baszty, grzyby i tunele skalne.
Szkoda, że objeżdżaliśmy je autobusem a nie zanurzaliśmy się w chłód i zieleń aby podumać i pogapić się na zapierające dech kształty i kolory.
A oto i Kudowa Zdrój miasto uzdrowiskowo-turystyczne położone u podnóża Gór Stołowych, na wysokości 400 m n.p.m., przy międzynarodowej trasie E-8. Kudowa jest miastem, do którego od wieków przyjeżdżają ludzie pragnący podreperować zdrowie oraz szukający wypoczynku. Zachwalają cudowne właściwości wód mineralnych oraz łagodny klimat, charakterystyczny dla miasta położonego w zielonej dolinie.
Pierwsza wzmianka o wsi Chudoba pochodzi z 1477 roku, a już w 1580 roku wymieniane są tutejsze źródła mineralne. Najstarszą budowlą jest barokowy kościół św. Katarzyny z 1679 roku w dzielnicy Zakrze. Wystrój wnętrza jest późnobarokowy z połowy XVIII wieku.
Zabudowa uzdrowiska pochodzi w większości z końca XIX i początku XX wieku. W parku Zdrojowym mieści się pijalnia wód z 1931 roku z obrazami Arpada von Molnara, wiedeńskiego malarza. Naprzeciw znajduje się barokowe sanatorium “Zameczek”, wzniesione ok. 1795 roku jako dom gościnny. Część wejściową parku zamyka stara hala spacerowa z przełomu XIX i XX wieku zwana “Teatrem pod Blachą”, a służącą jako sala koncertowa. W parku jest więcej budowli zdrojowych oraz pomnikowych drzew o oryginalnych kształtach – świerki, jesiony, sosny wejmutki, a aleja prowadząca do stawu wysadzana jest dębami błotnymi sprowadzonymi z Florydy. Na Górze Parkowej wznoszącej się nad parkiem stoi kaplica ewangelicka z 1797 roku.Sercem Kudowy jest położony u stóp Góry Parkowej Park Zdrojowy założony w XVII wieku na wzór parków angielskich, powiększony pocz. XIX w. Do dziś jest doskonałym miejscem wypoczynku, enklawą ciszy i spokoju. Wejście do Parku stanowi kamienna kaskada schodów, wzdłuż której płynie strumień wody, ginący pod ziemią. Przy wejściu wznosi się uzdrowiskowy budynek Pijalni połączony z Salą Koncertową. Wnętrze tej rotundy zdobią obrazy A. Von Molnara. Ozdobą Kudowskiego Parku w sezonie letnim są okazałe palmy ustawione wzdłuż głównej alei, prowadzącej do stawu Zdrojowego. Spacerowalismy parkowymi alejami, smakując wodę mineralną, ciesząc sie otoczeniem pięknej roślinności i ciekawej architektury. Niecodziennym obiektem jest także duża otwarta hala spacerowa, pod którą przebiega główna aleja parkowa. Wzniesiona w początkach XX wieku służy obecnie do występów artystycznych. Drzewostan parkowy tworzą wszystkie znane gatunki drzew oraz okazy egzotyczne: agawy, kaktusy, opuncje, draceny i saganowce. Zachwycają swym pięknem układane każdej wiosny kwiatowe dywany oraz ukryte w głębi Parku krzewy różeczników (rododendrony), Znaleźliśmy także pomniki przyrody, Świerk Sudecki ( z naturalną altaną utworzoną z opadających liści), i najpiękniejszy chyba Buk Purpurowy (liczący już 220 lat, znajdujący się za pomnikiem Moniuszki), który zachwyca ogromem, barwą i dostojeństwem rozłożystych konarów. Jak wymieniają przewodniki – najstarsze drzewo to Jesion Wyniosły- ma aż 300 lat, rośnie w sąsiedztwie kawiarni “Kosmiczna”.
Jest tułaj 8 źródeł wód mineralnych, określanych jako szczawy wodorowowęglanowo-sodowo-wapniowe, arsenowe, żelaziste, powszechnie docenianych w balneologii i kuracji uzdrowiskowej. Mineralizacja wód leczniczych Kudowy Zdroju waha się od 1100 mg/dm do 5500 mg/dm. Większa część istniejących źródeł zlokalizowana jest na terenie Parku Zdrojowego.
Kudowa jest gospodarzem Festiwalu Moniuszkowskiego. Dobrze było poleniuchować w ciepłym słonku wśród pal mi pochodzić tajemniczymi śxiezkami parku, ale w drogę czas.
Wambierzyce, Piękna miejscowość, w której znajduje się Kalwaria Wambierzycka (obok Lichenia największe w Polsce założenie pielgrzymkowe). Wambierzyce zwane są również Kłodzką Jerozolimą. Miasto stało się miejscem pielgrzymkowym, dzięki mieszkańcowi, który po żarliwej modlitwie pod kapliczką maryjną wydrążoną w lipie został nagle uzdrowiony – odzyskał wzrok. Cud zdarzył się w 1218 r. Zabytki Wambierzyc to przede wszystkim bazylika pod wezwaniem NMP. Dla pielgrzymów najważniejsza jest gotycka figurka Matki Boskiej z Dzieciątkiem, która 17.08.1980 r. została obdarzona przez papieża Jana Pawła II koronami papieskimi.
Inne zabytki to liczne kaplice, krzyże, stacje kalwaryjne i figury na okolicznych wzgórzach i przy drogach polnych. Zbudowano ponad 130 kaplic i odtworzono symbolicznie inne miejsca znane ze Starego i Nowego Testamentu, m.in. Studnię Bethsabee, Sadzawkę Silhoe, bramę Gethsemane, Gihon i Owczą. Centralny plac stał się Doliną Józefata. Okolicznym wzgórzom nadano nazwy: Syjon, Tabor, Horeb, Synaj, a potok przemianowano na Cedron, nawiązując do historii biblijnej.
Wspaniałą atrakcją jest grupa ruchomych szopek, powstałych w czasie kilkudziesięciu lat pracy ślusarza Ludwika Wittiga {od roku 1882.} Zawierają one 800 figurek ludzi i zwierząt, z czego 300 jest ruchomych. Szczególnie ciekawa jest miniaturowa kopalnia węgla z końca XIX wieku.
W górnej części wsi, w gospodarstwie sołtysa znajduje się ciekawe muzeum: imponująca kolekcja różnych przedmiotów gospodarstwa domowego, nie tylko rolniczego. Są tu zabytkowe radioodbiorniki i rowery i żelazka na dusze. Obok zagroda danieli, Są miłe i przyjazne ludziom.
Wracamy późnym zmierzchem do stanicy, pełni wrażeń i nieco zmęczeni tempem zwiedzania. Az szkoda, że nie można było powałęsać się dłużej wśród tych wspaniałych zabytków.
26.08./ piątek/
Godz. 10:00,- 1500 – W grupach 15 min zabieg w basenie Wojciech – termalne wody lecznicze i\lub spacer dla chętnych
Godz. 20;00 – pożegnalne spotkanie.
Ech, co tu pisać. Żal, żal odjeżdżać.
27.08. /sobota/
Czas wolny i czas powrotu, Godz. 14;0 – obiad i o 15 wyruszamy do Poznania, w którym wysiadamy o 21:45, jeszcze tylko ostatnie pożegnania, sprawdzanie czy każdy z niewidomych ma asystę, lub taksówkę do domu.
A tam były
takie góry i takie drzewa
I bezdroża, że nikomu się nie śniło,
I coś w nas tańczy i coś w nas śpiewa,
Ech żal powracać w miejską dżunglę, do hałasu i do spraw codziennych, ale …
Przy innym ogniu
W inną noc,
do zobaczenia znów.
Malta i Zieliniec – 10 września
Wprawieni w pokonywaniu większych i mniejszych górek i wzniesień skorzystaliśmy z okazji powędrowaliśmy na Maltę aby popodziwiać jesienne barwy liści i wypatrywać jarzębin i owoców dzikiej róży. Jarzębiny czerwieniły się przepięknie, a dzika róża i i głóg także się znalazł. Zawędrowaliśmy do stacji Zwierzyniec, by lasami pójść w stronę Jeziora Swarzędz. Piękna trasa, wśród wysokich traw i jeszcze zielonych drzew. Dotarliśmy do wsi Zieliniec, gdzie mając widok na jezioro towarzystwo raczyło się napojami, bo skwar był setny. A ponieważ wieczór nieubłaganie zapadł, 11 wędrowców przeistoczylo się w pasażerów autobusu, ale i tak 9 km. zaliczyliśmy….
Na antypodach – 21 września
Czytelnia pękała w szwach, 40 braci łazikowej zbiegło się tłumnie aby posłuchać o mało znanym zakątku Ziemi – Gwinei Papui, o której ze swadą opowiadał pracujący na misjonarskich szlakach. o. Józef, misjonarz z zakonu werbistów.
Jest to kraj do końca nie zbadany i jego mieszkańcy zachowali wiele dawnych obyczajów i tradycji plemiennych i wprawdzie ludożercami nie są, ale czasami oblizują się na widok apetycznego tłustego ciałka….. żartuje misjonarz – szczupły i drobnej postury.
Obejrzeliśmy kilka oryginalnych przykładów rękodzieła, posłuchaliśmy śpiewów gwinejskich chrześcijan i dzięki uprzejmości gościa mamy dokumentację fotograficzną tej odległej wyspy.
Pytaniom nie było końca: o kuchnię, obyczaje, sposób życia, tradycje i pierwotną religie – animizm i silną więź duchową z przodkami. Na Gwineie wraz z turystyka wkracza cywilizacja i to w tej najgorszej postaci, alkohol, narkotyki i choroby społeczne. Czy rzeczywiście nie mamy niczego innego do oferowania?
U Asa Przestworzy – 25 września
Nasz wypróbowany przyjaciel – Jurek Kazimierczyk, jako się rzekło As Pilotażu zaprosił nas na niecodzienny piknik. W obrębie agroturystycznego gospodarstwa jego przyjaciela stoi sobie pieczołowicie zmontowany na nowo zdemobilizowany samolot i to nie byle jaki bo SU-20. Obaj z przyjacielem ocalili od przetopienia imponujący egzemplarz bojowej maszyny. Radość była przeogromna, mogliśmy dotknąć, posiedzieć w kabinie pilota
Zwiad – 9 października
Jak można nazwać spacer 6 łazików z Poznania do Nowej Wsi? Agrafek odnotował ten fakt dla porządku, ale tez nie odnotował spraw wartych upamiętnienia
Skałka Poznańska – 16 listopada
O tym pięknym zabytku wysłuchaliśmy interesującej prelekcji wygłoszonej przez p, Marka REZLERA miłośnika i znawcę Poznania.
Kościół pw. św. Wojciecha w Poznaniu – świątynia wznosząca się na Wzgórzu św. Wojciecha w po raz pierwszy zostaje wymieniona w , kiedy książę zamienił się z odstępując kościół i otaczającą go osadę w zamian za osadę i kościół św. Rocha. Pośrednio z dokumentów wynika, że świątynię wzniesiono w . Według podania kościół wzniesiono w miejscu, gdzie wygłosił kazanie przed udaniem się z wyprawą misyjną do .
W miejscu pierwszej świątyni, w wieku postawiono nowy, kościół. W pierwszej połowie wieku dobudowano nawy boczne, a sto lat później szczyty wieńczące wschodnią i zachodnią fasadę. W roku przy południowej nawie wzniesiono kaplicę św. Antoniego. Podczas remontu w latach – wnętrze otrzymało autorstwa Antoniego Procajłowicza oraz witraże wykonane według projektów i . Podczas okupacji hitlerowskiej był to jeden z dwóch dostępnych dla Polaków kościołów w Poznaniu.
Podczas walk o Cytadelę wzgórze znalazło się na linii najbardziej zaciętych walk. Kościół został poważnie uszkodzony. Zniszczony został cały dach, runęło część i murów, ucierpiało również wnętrze. Zniszczone zostały również cenne witraże, ocalał natomiast bogaty skarbiec.
Świątynię odbudowano w latach -. Podczas tych prac usunięto tynki ze wszystkich ścian poza szczytami. Odsłonięto również gotyckie portale na północnej i południowej elewacji, podczas gdy główne wejście od strony zachodniej musiano zrekonstruować. Natomiast w latach – przeprowadzono prace konserwacyjne we wnętrzu. Nowe witraże wykonali Marian Powalisz – w nawie głównej i północnej, oraz Henryk Nostitz-Jackowski w nawie południowej.
Przed kościołem znajduje się drewniana, kryta , dzwonnica pochodząca z przełomu i wieku – najstarszy drewniany zabytek w mieście
Wnętrze kościoła
Z zewnątrz z daleka zwraca uwagę wysoki, dwuspadowy dach kryty dachówką. Na fasadzie znajduje się gotycki ze skośnie ułożonej cegły całość zaś wieńczy późnorenesansowy szczyt o łagodnych liniach. Wnętrze pseudobazylikowe, . W nawie głównej i północnej zaś w południowej siatkowe. W prezbiterium znajduje się z rzeźbą przedstawiającą wniebowzięcie pochodzącą z wieku (szafka została odtworzona w wieku). W nawie północnej, w późnorenesansowym ołtarzu umieszczono obraz przedstawiający Anioła Stróża z , za którego autora uznaje się Krzysztofa Boguszewskiego, z Paradyża, który był proboszczem tego kościoła w latach -. W nawie południowej, w ołtarzu, który również pochodzi z późnego renesansu, znajduje się obraz przedstawiający Opłakiwanie Chrystusa. Malowidło powstało w połowie wieku w szkole . Na zachodniej ścianie wisi kilka oraz blach herbowych należących w dużej części do rodu Naramowickich a pochodzących z i wieku.
Wejście do kaplicy św. Antoniego zamyka kuta, żelazna krata z pierwszej połowy wieku wykonana w stylu renesansowym.
Poznańska Skałka
Krypta zasłużonych powstała w roku z inicjatywy proboszcza ks. Bogusława Kościelskiego na wzór . Zaczęto wówczas przenosić do kościoła prochy zasłużonych Wielkopolan. W samym kościele, w nawie południowej znajduje się sarkofag – XIX-wiecznego lekarza i społecznika. Natomiast w kaplicy św. Antoniego znajdują się osób spoczywających w Krypcie Zasłużonych usytuowanej pod kościołem. Znajdują się tam prochy:
- Antoniego Kosińskiego – współtwórcy Legionów Dąbrowskiego
płk – uczestnika szarży pod Samossierą
- ks. Wacława Gieburdowskiego – założyciela i pierwszego dyrygenta chóru katedralnego, nauczyciela
Stefana Poradowskiego – kompozytor i pedagog
Serce gen.
epitafium gen. – dowódcy polskiej kawalerii w (jego grób w Warszawie został zniszczony)
W podziemiach spoczywają natomiast dwaj proboszczowie:
Krzysztof Boguszewski – malarz
Franciszek Bażyński – działacz oświatowy
W mur otaczający kościół wmurowano tablice upamiętniające m. in.:
Karola Marcinkowskiego
Klaudynę Potocką – działaczkę społeczną i polityczną
Heliodora Święcickiego
Marię Swinarską – organizatorkę edukacji dla dziewcząt
Inni sławni Wielkopolanie spoczywają na Cmentarzu Zasłużonych Wielkopolan, który znajduje się przy , stojącym naprzeciw kościoła św. Wojciecha.Postanowiliśmy przy sprzyjającej pogodzie odwiedzić to piękne miejsce i zanurzyć się w historię miasta.
Listopad pod Tężniami – 11 – 13 listopada
Na te eskapadę pojechało 37 osób. Jak potem dochodziła wieść głucha, było wspaniale…. No cóż nie do wszystkich miejsc Agrafek i jego gęsie pióro a samopstrykacz docierają. Może ktos opisze potomnym owe tężnie i harce łazikowe.
Andrzeju, Andrzeju – 26 listopada
„Andrzeju, Andrzeju
Panny się starzeją.
Latka szybko lecą,
pociesz ich nadzieja.”
Śpiewano dawniej w andrzejkowy wieczór. I jako przódzi bywało, dorodnych panien dostatek ci, także i w łazikowym gronie. Ale aby pozostali goście się nie nudzili takoż znaleźli i dla siebie różne ucieszne krotochwile.Skrzyknęliśmy się tedy u Małgorzatki w naszej gościnnej salce czytelni. Ścisk był okrutny, bo miejsc mało a chętnych bez liku. Ale jakoś w 52 osoby upchaliśmy się dzielnie jako przysłowiowe śledzie. I zaczęliśmy biesiadę ducha i podniebienia. Zapoznaliśmy się z wróżbami w andrzejowy wieczór czynionymi w różnych zakamarkach kraju, a piękne to wróżby i pełne nadziei. Potem wróżyliśmy z daty urodzenia i z imienia pod opieka słynnej wróżki Lidki. Trzeba było też wyciągnąć z kubeczka atrybut oddający cechę charakteru lub zawodu. I tu sprawdzało się nam w kratkę, Agrafkowi pióro w rękę nie wpadło, choć onym włada. Losowaliśmy także numery. A każdy był opatrzony stosownym uczonym, bądź zabawnym cytacikiem.Nie obyło się bez wspólnego śpiewania naszych wypróbowanych przebojów A dla ciała. Spieszę donieść o przepysznych pączkach i innych smakowitych ciastach, sałatce i kiełbasce, no i szklanicy grzańca ku pokrzepieniu serc. Były też mandarynki. Oczywiście takie bogactwo jadła a i napitku – herbatka, kawusia i wodeczka [a nie wódeczka] mineralna nie mogłoby się znaleźć na stole gdyby nie wspaniali sponsorzy . Sprawili nam przeuroczą niespodziankę. Chwała im za to.
Jak obyczaj każe stary, według ojców naszych wiary
Spotkanie opłatkowe – 18 grudnia
„Bóg się rodzi,
Moc truchleje…”
Tą uroczystą staropolską kolędą rozpoczęliśmy uroczysty wieczór wigilijny. Łaziki w liczbie 73 osób spotkały się w sympatycznej restauracji „Maltańska” aby ostatni raz pobyć ze sobą, wspólnie pokolędować i podzielić się opłatkiem. Czarowne pastorałki recytowały Lidka Piechowicz i p. Urszula Lauferska. Solo kolędy śpiewały Lidka i Ala Wilkniewska a my dzielnie im sekundowaliśmy. Był tradycyjny barszczyk wigilijny, ryba i pierogi a przede wszystkim wspólny opłatek. Życzyliśmy sobie szczerze i serdecznie a i łezka wzruszenia w oku się zakręciła. Wszak to wzruszające spotkanie jednoczące serca i myśli. Powspominaliśmy nasze eskapady i przygody wspólnie przeżyte na szlakach. Nie chcieliśmy się rozstać, bo tak dobrze być razem z przyjaciółmi. A pod choinką znaleźliśmy ogromny kosz przepysznych jabłek od św., Mikołaja. Och, ten dobrotliwy święty wiedział co lubi turystyczna brać.
A na dworze mrozik i śnieżek, cudowna zapowiedź Bożego Narodzenia.
Łazikoowe kontakty z kulturą
Nie tylko wędrujemy po szlakach i dróżkach, nie zaniedbujemy także ciekawych wydarzeń w macierzystym Poznaniu. I tak jednym tchem wymieniam co znaczniejsze spektakle obejrzane wspólnie:
- 11.01 „ Wesele Figara – A. Mozarta
- 28.01 „Ondyna” – ET Hoffmanna
- 11.02 Faust” – K Radziwiłł
- 24.03 „Parsifal” – R. Wagner
- 02.04 „Gracze” – D Szostakowicz-K Meyer
- 10.04 „IX Symfonia – L Beethoven
- 29 .05 „IX Symfonia” – L Beethoven
- 17.09 „Requiem” – G Verdi
- 17.12 “ Wigilie Polskie – B. Wachowicz
Tą piękną wyliczanką wypada podsumować kończący się rok 2005. Co nam przyniesie następny? Wierzę, że wiele ciekawych szlaków, wzruszeń i pogłębienia więzów klubowej braci.